Brigid Delaney, Zachowaj spokój:
Amerykańska dziennikarka doświadcza stoicyzmu. Wszystko wiadomo. Przekartkowałem. Cytaty:
Otóż wszechstronność stoicyzmu – fakt, że nie reprezentuje on żadnego przywódcy, flagi, budynku, organizacji ani narodu – sprawia, że jest to filozofia wyzwolona. Jego nieodłączną wartością jest swoboda, którą daje. Stoicyzm celowo pozostawiono filozofią otwartą na zmiany i interpretacje, które pojawiają się wraz z ewolucją wiedzy, zwłaszcza w nauce.
Stoicyzm to przede wszystkim filozofia praktyczna. Jest niezwykle przydatny niemal w każdej sytuacji – gdy spóźnimy się na samolot, kiedy ktoś zajedzie nam drogę, gdy usłyszymy od lekarza przerażającą diagnozę lub kiedy rzuci nas partner.
Mamy wymierzony kres czasu. A jeżeli go nie użyjesz dla uzyskania pogody ducha, zniknie on i ty znikniesz, a po raz drugi nie powróci! – MAREK AURELIUSZ
Prędzej czy później wszyscy musimy to przeżyć – pierwszy szok po śmierci przyjaciela lub członka rodziny. Wszystkim nam przychodzi po raz pierwszy zderzyć się z własną śmiertelnością. A wtedy coś się zmienia – jakby ktoś wyjawił nam potworny sekret, który w końcu wszyscy poznajemy. Świadomość, że my sami – i wszyscy, których kochamy – umrzemy, jest zarówno czymś najbardziej szokującym, jak i najbardziej naturalnym.
Stoicy korzystali z szeregu narzędzi do kontemplowania własnej śmiertelności. Uodparniały ich na szok wywołany jej uświadomieniem. Rozmyślając o śmiertelności (czyli przyjmując patogen w niewielkiej dawce, działającej jak szczepionka), stoicy przyzwyczajali się do myśli o umieraniu, by nie była ona już tak szokująca, gdy koniec faktycznie nadchodził. Innymi słowy, przygotowywali się na najgorsze, a wielu z nich robiło to przez całe życie.
Aby przygotować się do żałoby, stoicy stosowali technikę zwaną negatywną wizualizacją – futurorum malorum præmeditatio (łac. dosłownie „wstępna analiza złej przyszłości”). Stosując negatywną wizualizację, wyobrażam sobie, że ktoś, kogo kocham, ma umrzeć jutro albo dziś w nocy. Dzień, który dziś z nim spędzę, to jego/jej (albo moje) ostatnie chwile na ziemi.
Tymczasem stoicy mówią, że każde spotkanie, z każdym człowiekiem, zwłaszcza bliskim, powinniśmy traktować tak, jakby miało być tym ostatnim. To twardy orzech do zgryzienia – zwłaszcza jeśli rozmyślamy nad śmiercią dziecka, a już szczególnie własnego.
Stoicy uważali, że życiem rządzą przypadki i zdarzenia losowe, złe rzeczy przydarzą się nawet wtedy, gdy zachowamy wszelkie środki ostrożności, a wszystkich nas czeka śmierć, która nie nadejdzie w wybranej przez nas chwili.
Stoicy podchodzili realistycznie do perspektywy śmierci i czasu, który był im dany na ziemi. Zdawali sobie sprawę, że nie mają władzy nad śmiercią, ale mają wpływ na to, jak o niej myślą.
Gdy generał wracał w chwale do starożytnego Rzymu, w ulicznej procesji towarzyszył mu niewolnik, którego zadaniem było przypominanie panu, że jego triumf nie będzie trwał wiecznie. „Memento mori” – szeptał mu do ucha. „Pamiętaj, że umrzesz”. Chodzi o to, aby przyzwyczaić się do myśli o własnej śmiertelności.
Zachowujemy się tak, jakbyśmy mieli żyć wiecznie. Odkładamy to, co naprawdę chcemy robić, do emerytury. Pozwalamy sobie na przerwę tylko wtedy, gdy zarobimy określoną sumę pieniędzy.
Jesteśmy mistrzami w odkładaniu spraw na później, zatapianiu się w pracy i coraz to nowych zadaniach. Czas i życie uciekają nam bez przerwy, a my jesteśmy ledwie świadomi, co z tym czasem robimy.
Stoicy mieli wielki szacunek dla czasu, widząc w nim jedyną prawdziwą walutę.
Starożytny stoik uznałby godziny spędzone online za wyjątkowo marnie wykorzystane.
W życiu tak już jest, że pieniądze się kończą, a potem znów się pojawiają, ale czas nieodmiennie ucieka. Nie można go dopożyczyć ani stworzyć, żeby mieć go więcej. Mamy go tyle, ile mamy, zawsze się kurczy, nigdy się nie kumuluje.
Jednym ze sposobów, w jaki stoicy przygotowywali się na śmierć, było przypominanie sobie o własnym miejscu we wszechświecie – to znaczy o fakcie, że istniejemy przez mgnienie i zajmujemy malutki fragmencik przestrzeni kosmosu.
Nasze życie jest pyłkiem w historii świata, a problemy, którym poświęcamy tak wiele myśli i energii, mają ostatecznie niewielkie znaczenie.
Przed podjęciem jakichkolwiek działań stoicy przeprowadzali prosty test na tzw. dychotomię kontroli. Oceniali, co w danej sytuacji pozostaje pod ich kontrolą, a co poza nią, po czym koncentrowali się na tych obszarach, na które mieli wpływ.
Mówiąc krótko: ustalasz, nad czym masz kontrolę, i na tym skupiasz działania, nie marnując czasu i energii na resztę.
Jeżeli jakaś rzecz jest poza naszą kontrolą, to nie ma sensu martwić się ani złościć z jej powodu. To strata energii. Energię należy poświęcić na wyciągnięcie maksimum korzyści ze spraw, na które mamy wpływ.
Wkładamy wysiłek w jak najlepsze działanie, a nie w martwienie się tym, czy jego wynik będzie udany. Dobrze zastosowany test kontroli poprawi nasze gospodarowanie energią i pomoże lepiej wybierać obszary, którym poświęcamy uwagę i które otaczamy troską.
Stoicy zaliczali szereg zjawisk, takich jak bogactwo, zdrowie i reputacja, do kategorii rzeczy „preferowanych, lecz obojętnych”: korzystnie jest je mieć, ale należy zachować obojętność wobec tego, czy się je ma, czy nie.
Najważniejszy jest nasz charakter. To, czy zachowujemy się dobrze, czy źle. Czy kultywujemy cechy, które stoicy nazywali „cnotami”: sprawiedliwość, umiar, mądrość i odwagę? Czy jesteśmy zrelaksowani? Czy utrzymujemy wewnętrzny spokój? Czy dobrze traktujemy innych? Czy umiemy panować nad gniewem? Te rzeczy były ważniejsze od budowania reputacji i gromadzenia kapitału. Są istotniejsze nawet od zdrowia.
Tak więc można być zamożnym, ale trzeba być pogodzonym z możliwością utraty całego majątku (lub być wobec niej obojętnym).
Zapomnijcie o euforii! Stoicy ponad wszelkie inne stany ducha cenili sobie wewnętrzny spokój. Nazywali go ataraksją, czyli „świadomym stanem stabilnego zrównoważenia, charakteryzującym się ciągłą wolnością od niepokoju i zmartwień” oraz eudajmonią, czyli stanem „bez zaburzeń” (lub dosłownie „bez problemów psychicznych”).
