Archiwum miesiąca: lipiec 2014

Małe groby, wielki cmentarz, Taki jest twój elementarz.

Wróciliśmy.
Najpierw więc pozdrowienia ze stolicy (z najpiękniejszego zakątka):

Sztuka wychodzi tam na ulice. Pewien artysta zamierzył dać syntezę kiczu pod Pałacem Kultury. A że w całej okolicy nie było niczego kiczowatego, więc ustawił obok głównego wejścia złote jelenie. Miały one tę dodatkową a cudowną właściwość, że jak się obok nich przechodziło, wygłaszały z miniaturowego głośniczka przesłanie artysty. Szczegółów nie pamiętam. W każdym razie było ono przemyślane i podniosłe:

Wprowadzeni w ten nastrój udaliśmy się na Powązki. Kwiaty tylko na świeżych grobach. Oraz u Ireny Jarockiej:

I Czesława Niemena:

Dalej jak to na cmentarzu: troszku smieszno, troszku straszno. Aleja Zasłużonych. Wybitny przedwojenny aktor Władysław Grabowski. Z tego, co pamiętam to on w filmie „Wrzos” wygłosił (jako lowelas i stary kawaler na utrzymaniu mamy) słynną kwestię: „Mam jedną nienawiść – moją mamusię. I jedną pasję – żeby mamusi dokuczyć!”
Na nagrobku nie figuruje jednak żaden z pamiętnych tytułów, w których grał, lecz lista orderów, które dostał od Bieruta i Gomułki, np. Medal Dziesięciolecia Polski Ludowej:

We wspólnym grobie spoczywają prezydent Mościcki i jego żona Marya. Ale ta pani nie jest podpisana jako po prostu „Mościcka” (poza innymi elementami nazwiska), lecz jako „Ignacowa Mościcka”. Żeby przechodzień docenił, iż nie była żoną jakiegoś tam kolejnego Mościckiego, lecz prezydenta. Dorota też będzie miała skasowane swoje (nienadzwyczajne zresztą) imię i od teraz będzie „Wiesławowa Kotowa”:

Bywa i odwrotnie. Na przykład Nina Handrycz Andrycz nie ma dopisku „Cyrankiewiczowa”:

Z kolei pisarz Paweł Jasienica spoczywa we wspólnym grobie ze swoją żoną Zofią, która przez całe lata pisała na niego raporty do UB (donosiła zresztą z przyzwyczajenia także po jego śmierci). Ponieważ jestem pewien, że Dorota donosi na mnie do dzielnicowego, rozważam separację od grobu:

Książę Stanisław Lubomirski nosi inskrypcję: „Działał, jednoczył, tworzył”. Dorota uważa, że powinienem mieć analogiczną: „Lenił się, dzielił, rozwalał”:

Ludzie na grobach wpisują tylko najważniejsze zasługi, bo miejsca mało. Zaimponował mi pewien XIX-wieczny zmarły, który na grobie ma wyszczególnioną tylko jedną zasługę: „Obywatel”. Znaczy – urodził się i już miał resztę z głowy:

No, bo z kolei pewna pani, która zmarła nie tak dawno, bo 12 lat temu, zapisała sobie na grobie za główną zasługę: „Magister farmacji”:

Ale ludzie żyją nie tylko śmiercią i cmentarzami. A nawet jakby przeciwnie. Fronda.pl:

Szatan jest bardzo inteligentnym stworzeniem. Sprytem, zdolnością przewidywania, planowania, a także ukrywania się, przewyższa znacznie nawet najinteligentniejszych ludzi na świecie. Trudno zatem nie widzieć prawdziwie diabelskiej pułapki w upowszechnieniu się mody na mieszane plaże i bikini.

Gamoń / Le Corniaud

 

Bourvil i Louis de Funnes (u nas Wacław Kowalski i Władysław Hańcza).

Bourvil gra gamonia – uroda pszenna, kartoflano-kapuściana, Gapowaty, ospały przygłup. Wybiera się na urlop, kraksa z de Funnesem. Ten nadaktywny. Stąd pożądany kontrast. Po latach to wraca w „Kolacji dla palantów”, wcześniej w filmach z Pierrem Richardem.

De Funnes wrabia głupiego sprzedawcę w transport heroiny, złota i klejnotów ukrytych w kadilaku. Tu niebywały luksus – radiotelefon. Z tym,  że gamoń wcale takim gamoniem nie jest, jak się okazuje.
De Finnes gra całym ciałem. Jak u nas Dymsza. To z czasem przestaje śmieszyć. Nadaktywny w podeszłym wieku, staruszek-wariat. To bawi dodatkowo. Jeżeli brakuje mu słów, nadrabia pantomimą. Uwielbia innych przedrzeźniać, małpować, karykaturyzować – jak uczniak. Twarz z gumy. Poza tym furiat, pasjonat.

Teksty typu: „Robię w bieliźnie. To znaczy: sprzedaję bieliznę”. „Jesteśmy załatwieni na perłowo ze szlaczkiem”.

Podróż przez Włochy – namiastka folderu. Atrakcje turystyczne wolne od turystycznej stonki. Wokół wieży w Pizie i na Placu św. Piotra po prostu pustki. Jak w filmach Allena. Finałowa sekwencja na zamku w Carcassonne.

Gamoń / Le Corniaud, reż. Gerard Oury, 1965

Mów do mnie jeszcze…

Jutro wyjazd do stolicy na nagranie dla telewizji, o której jeszcze parę dni temu nie wiedziałem, że istnieje. Pewnie przy tej okazji jakiś skok w bok, bo jazda A-2 nudna jest nad pojęcie.

Odsłuchana została do reszty „Kobra” Frederica Forsytha. Symulacja – jak to zwykle u niego – na temat możliwości wykończenia światowego obrotu kokainą.  Miałoby się to odbyć tak, że zespół wysoko wyspecjalizowanych agentów udaremnia przemyt proszku z Kolumbii dla Europy i Stanów.
Problem jednak nie w podaży, ale w popycie. Co powieść elegancko przemilcza. Bo oba te kontynenty ssą proszek jak gąbka wodę. I ciągle im mało. Kokaina stała się częścią zachodniej cywilizacji, podobnie jak alkohol. Tylko w Stanach obrót roczny w tej branży wynosi 40 miliardów. Na walkę z dilerami rząd przeznacza 14 miliardów. Przebicie na jednym gramie produkowanym w dżungli amazońskiej i sprzedawanym na ulicach Nowego Jorku sięga tysiąca procent. Ten łatwy zarobek przyciąga setki tysięcy ludzi zaangażowanych w produkcję i dystrybucję. Dochody karteli narkotykowych są najwyższe na planecie. Jak się rozwali jeden kartel, na jego miejsce pojawia się pięć nowych. Więc próby zlikwidowania rynku narkotykowego przez ograniczanie podaży zamiast popytu to zabieranie się do sprawy, jak mawia młodzież, „od dupy strony”. Ale słucha się tej bajeczki całkiem przyjemnie.

Echa rodzinnych stron. Wioska Cieszanów: „15-letnia motorowerzystka, która przewoziła 19-letniego pasażera, straciła panowanie na pojazdem i uderzyła w ogrodzenie posesji.” Nic szczególnego, zwłaszcza, że prowadząca i pasażer nie byli, jak to jest w okolicznym zwyczaju, na wspomaganiu. Wspominam o tym, ponieważ komenda policji w Jarosławiu ozdabia komunikat o zajściu następującym komentarzem: „Jazda motorowerem lub motocyklem daje ich miłośnikom wiele przyjemności, ale należy pamiętać, że brawura lub przecenianie swoich możliwości może skończyć się tragicznie. W każdym przypadku uderzenia w przeszkodę, zderzenia z innym pojazdem grozi śmiercią lub bardzo poważnymi obrażeniami ciała.” Gdybym to ja napisał, że do moich rodaków należy mówić jak do dzieci lub półidiotów, żeby zrozumieli, ktoś powiedziałby, że szkaluję, pomawiam itd. A tu, proszę, policja, która przecież zna swoich klientów…

Na wschodzie bez zmian, więc odnośny liryk Adama Zagajewskiego:

Gdyby Rosja

Gdyby Rosja została założona
przez Annę Achmatową, gdyby
Mandelsztam był prawodawcą
a Stalin tylko marginesową
postacią w zaginionym gruzińskim
eposie, gdyby Rosja zdjęła swoje
nastroszone niedźwiedzie futro,
gdyby mogła żyć w słowie, a nie
w pięści, gdyby Rosja, gdyby Rosja

Adam Zagajewski, Wiersze wybrane, Wydawnictwo a5, Kraków 2014

W południe więcej niż 30 na termometrze i sielskie obrazeczki: kapliczka w miejscu, gdzie trafił piorun, pełny kłos i listowie:


Dalej idą wspomnienia z Brus i twórczość pana Chełmowskiego. Więc –
Goethe:

Franciszek:

Gagarin:

I Obama:

Czerwona oberża / L’Auberger Rouge

 

Dziś to ramota, lekka farsa. Kiedyś przebój ekranów. Nic nie zmienia się tak szybko i łatwo jak rodzaj poczucia humoru.
Siła komiczna Fernandela.
Piosenkę stylizowaną na balladę średniowieczną śpiewa Yves Montand.

XVIII/XIX wiek. Rodzina prowadząca odludna oberżę morduje swoich gości. Trafiają tu w środku zimy pasażerowie dyliżansu oraz mnich z nowicjuszem zakonnym. Wszyscy dość bogaci – mnich ma „skarb”, relikwie patrona tych okolic.
Fernandel gra mnicha, ale nie nazbyt gorliwego. Jest gadatliwy, łasy na dobre jedzenie i drobne wygody.
Nagle gospodyni korzystając z obecności duchownego wyznaje mu na spowiedzi, iż z mężem mordują przyjezdnych. Mnich jest rozdarty – tajemnica spowiedzi zobowiązuje, a przecież chce ostrzec podróżnych, przed tym, co im grozi w gospodzie. I tu zaczyna się kombinacja komiczna, bo mnich musi grać niejako na dwa fronty.
Ten komediowy horror jest przełamany wątkiem romansowym: nowicjusz zakonny zakochuje się w pięknej córce gospodarzy. Przestraszony mnich aby uratować życie podróżnych (goście weselni) zachęca córkę gospodarzy do ślubu z nowicjuszem.
Z kazania: „Mawia się, że najpiękniejszym okresem małżeństwa jest narzeczeństwo i jest w tym sporo prawdy”.

Czerwona oberża / L’Auberger Rouge, reż. Claude Autant-Lara, 1951

Bo naprawdę nie dzieje się nic…

Najwyżej to, że pewien 16-latek z Poznania wszedł na teren działek i stamtąd domowym laserem oślepiał pilotów samolotów lądujących na Ławicy. Takie numery do tej pory uskuteczniali gimnazjaliści ściągani przez nauczycieli ciupasem do teatru.
W Poznaniu też awantura o kluby go-go. Propozycja części radnych, by przenieść je wszystkie hurtem na jedną ulicę. Może na ulicę Górczyńską (na Górczynie)? Miałbym blisko.
W Rzeszowie – co jest całkiem zrozumiałe – pewien mężczyzna o 1. w nocy wtargnął do „pojazdu szynowego” i uparł się, żeby go poprowadzić. „Funkcjonariusze Straży Ochrony Kolei musieli użyć siły, bo pijany mężczyzna nie chciał dobrowolnie opuścić pociągu.” E tam! Zaraz „użyć siły”! Facet miał 2,5 promila!
Zaś w Żorach Rogoźnej pewna młoda kobieta stanęła za ołtarzem miejscowego kościoła i odprawiała mszę przed swoim nieletniem dzieckiem, które słysząc jak wykonuje śpiewy liturgiczne zaczęło płakać. Okazało się – amfetamina. Ale jeden ze świadków zajścia powiedział: „- Robiła to lepiej niż ksiądz.”

Nasi górą! Szkoda tylko, że dawno i pod Grunwaldem.

Nieco obrazków, by nie zanudzić. Tym razem Górczyn (na razie jeszcze niestety nie „dzielnica czerwonych latarni”) okiem spacerowicza:

Wspomnienie zagrody-galerii Józefa Chełmowskiego z Brus. Więc ogród:

ì

I jego wizja religijnego Internetu:

Oraz deszczowy Gdańsk-Wrzesz, a w nim mural reklamujący renowatora antyków:

Słuchany był Stan Getz. Stan Getz nie jest mocarzem saksofonu, ale gra bardzo przyjemnie. „Girl From Ipanema. The Bossanova Years”1989.

Ponieważ dzień upłynął nad klawiaturą, stosowny wiersz Adama Zagajewskiego:

Filozofowie

Przestańcie nas oszukiwać filozofowie
praca nie jest radością człowiek nie jest najwyższym celem
praca jest potem śmiertelnym Boże kiedy wracam do domu
chciałbym spać lecz sen jest tylko pasem transmisyjnym
który podaje mnie następnemu dniu a słońce to fałszywa
moneta rano rozdziera moje powieki zrośnięte jak przed
narodzinami moje ręce to dwoje gastarbeiterów i nawet
łzy nie należą do mnie biorą udział w życiu publicznym
jak mówcy ze spierzchniętymi wargami i sercem które
zrosło się z mózgiem
Praca nie jest radością, lecz bólem nieuleczalnym
jak choroba otwartego sumienia jak nowe osiedla
przez które w wysokich skórzanych butach
przechodzi obywatel wiatr

Adam Zagajewski, Wiersze wybrane, Wydawnictwo a5, Kraków 2014

Wakacje pana Hulot / Les Vacances de Monsenieur Hulot

http://www.youtube.com/watch?v=_92Cm8gl7Ls

 

Prawie nikt nic nie mówi – same odgłosy i sytuacje komiczne.
Przypomina Bustera Katona, Chaplina z czasów kina niemego. Czasami nasz rejs – obserwacja obyczajowa plus gagi.

Megafon dworcowy bełkocze jak pijak i podróżni biegają w obłędzie z peronu na peron.
Samochód pana Hulot ledwo dyszy, a on i tak bardzo przestrzega ograniczenia prędkości do 40 km.

Ileż numerów może wywołać przeciąg w salonie domu wypoczynkowego!

Wyższy od wszystkich o głowę lub dwie, przygięty jak paragraf w pozie pełnej szacunku, gotów natychmiast każdemu wyrazić uszanowanie i z każdym się zaprzyjaźnić.
Spodnie 10 centymetrów za krótkie, fajka w zębach skutkiem czego nikt nie rozumie, co Hulot mówi. Z twarzy – lekko szurnięty.

W domu wypoczynkowym nad Atlantykiem jak na statku na naszym „Rejsie” – zbieranina. Np. były wojskowy, który nieustannie opowiada wszystkim przebieg bitew z czasów swej służby. Mąż tyranizowany przez stara i brzydką żonę.

Wszystko mu stawia opór: samochód, koń, obraz na ścianie, fajerwerki.

Wakacje pana Hulot / Les Vacances de Monsenieur Hulot, reż. Jacques Tati, 1953