Archiwum miesiąca: lipiec 2014

Czerwone róże są…

Radio M. W audycji „Mogę, chcę pomóc” słuchacze dzielą się nieodpłatnie z bliźnimi dobrami materialnymi. Niedawno pewna pani z Krakowa: „Chciałabym ogłosić lodówkę”. Pada pytanie o markę. „Nazywa się >>Mińsk<<”. Cóż, wiadomo, ile kosztuje pozbycie się z mieszkania starego sprzętu AGD. Zwłaszcza gdy ma z 20 lat i ciągnie tyle prądu co lodówka „Mińsk”.
Dzisiaj: „Oddam kiosk na kółkach. W dobrym stanie.”

TVN z pytaniem w kwestii świeżo opublikowanej dziesiątki najlepiej zarabiających aktorów z Hollywood. Wszystko fajnie, tyle, że najczęściej to wcale nie są aktorzy, jak np. Dwayne „The Rock” Johnson. Figury ekranowe, typy ludzkie, chciałoby się powiedzieć „symbole”, gdyby to słowo przystawało do takich bezmózgich mięśniaków.

Kupiłem komplet nowych głośników. Muzyka nie staje się od tego lepsza ani ja bardziej wrażliwy. Ale zawsze mogę powiedzieć, że „odkryłem nowe brzmienia”. Na początek zeszłoroczna płyta Chicka Corei „The Vigil”. Słucha się trudno, bo za dużo instrumentalistów, zbyt obszerny skład, za dużo improwizacji na moje biedne uszy. „Zu viel Noten, Lieber Mozart.”

Jak ten czas zapieprza… (moja oryginalna złota myśl). Niedawno fotografowałem po drodze kwiaty dzikich róż, a teraz na nich już zawiązki owoców (?). Był taki poeta młodopolski, co o krzaku dzikiej róży pisał sonety. I to całymi cyklami. Niestety, człowiek był nieszczęśliwy, bo mu się żona puszczała. I to z tym pijakiem Przybyszewskim. Ale róże, same w sobie, całkiem, całkiem:

Polskie zacofanie

W przedmowie do polskiej wersji „Malleus Maleficarum” (1614) – czyli słynnego „Młota na czarownice” – jej autor, tłumacz dzieła, Stanisław Ząbkowic, sekretarz księcia Ostrogskiego, narzeka na zacofanie panujące w naszym kraju. Ludzie tu żyją bowiem w ciemnocie: nie chcą za nic wierzyć w czary.
Książkę Springera Ząbkowic spolszczył z nadzieją na zmianę tej sytuacji.

Z: Marek K.E. Baczewski, Opowiadania krótkie, w: Twórczość 2014/6

Angielska robota / The Bank Job

https://www.youtube.com/watch?v=8CUcqVmk3j8

 

Gatunek: bank interrupt.

Jason Statham jeszcze nie tylko jako mięśniak.
David Suchet jako król londyńskiego porno. Stara się. Ale i tak najlepiej wychodził mu Poirot w znanej serii filmowej.

Na kanwie autentycznego napadu na bank przy Baker Street w Londynie z roku 1971. Obrabowano skrzynki depozytowe. Tyle, że okadzeni klienci nie bardzo chcieli się do nich przyznawać.
W filmie też amatorski napad na depozyty. I zaczynają się schody, gdy okazuje się, że rabusie chętnie wzięliby forsę i w nogi, a tu odnajdują się kompromitujące zdjęcia rodziny królewskiej i lista gliniarzy opłacanych przez przestępcze podziemie. W tej sytuacji na biednych włamywaczy poluje, kto żyw. Do tej pory kuli beton, teraz muszą ruszyć głową. Cóż, jak sami nie mogą się obronić, mogą tylko napuścić na siebie nawzajem własnych prześladowców.

Angielska robota / The Bank Job, reż. Roger Donaldson, 2008

Kielce on my mind (2)

Bardzo trudno rozstać się – nawet we wspomnieniach – z Ziemią Kielecką. Więc jeszcze dwa słowa.
Oto przemiłe miasteczko Bodzentyn z doskonale zachowaną ruiną zamku. Ale miejscowi ruinę już widzieli. Teraz więc oddają się ulubionemu zajęciu: siedzą w oknach i przyglądają się przyjezdnym. Ten obyczaj tak dalece wszedł im w krew, że jeżeli sami w danej chwili nie mogą patrzeć z okna, wyszukują sobie zastępcę. W jednym z okien do tej roli został wynajęty nawet Jezus Frasobliwy:

Niedaleko rynku swój skromny, ale jakże użyteczny interes prowadzi specjalista od „usług pogrzebowych” – J. Kita. Wszystko fajnie, ale gdyby mu tak lekko podkręcić „piar”? Np. hasłem: „Wystarczy odwalić kitę, resztę załatwi Kita”:

Poza tym w Kielcach na honorowym miejscu pomnik dzika. Niby wiadomo: nazwa Kielce wzięła się ok. kielec, czyli od kłów dzika. Tylko czy ten dzik musi stać w miejscu, w którym – jak w każdym polskim mieście – powinien stać pomnik Jana Pawła, a co najmniej Kościuszki?

No i huśtawka duchowa. Dorotą wstrząsnął widok doczesnych szczątków księcia Jeremiego Wiśniowieckiego (ten z Trylogii), eksponowanych na Świętym Krzyżu:

Do tego stopnia, że przed furtą klasztorną na Świętej Katarzynie rozważała porzucenie wszelkich światowych uciech i oddanie się pokucie i umartwieniom:

Kielce mają jednak to do siebie, że łagodzą wszelkie skrajności. I po pewnym czasie oboje znaleźliśmy w Kielcach swoje ulubione miejsca. Najpierw Dorota:

A potem ja:

Poza tym – życie biegnie itd. Siedzę przy kawie na kieleckim deptaku (ul. Sienkiewicza). Przy sąsiednim stoliku nastolatki plotkują o swoich chłopakach. W pewnym momencie jedna z nich mówi do koleżanki podniesionym głosem: „- Pamiętaj! To jest facet! On cię zawsze wykorzysta!”.
Na Fronda.pl rekordowe zainteresowanie komentatorów budzi temat: „Czy katoliczka może karmić piersią podczas Mszy?”
Z kolei w tygodniku „Niedziela” – zmiany, zmiany, zmiany. Odsunięto od kierowania pismem ks. infułata Skubisia (kiedyś proponowałem jednostkę nudy: „jeden skubiś”), a na jego miejsce weszła pewna pani, która zapowiedziała „nowe otwarcie”. Czytam – i rzeczywiście. W eksponowanym miejscu witryny biegnie złota myśl tygodnia: „Żeby uwieżyć, trzeba chcieć. Biskup Tadeusz Pikus”. Na razie mamy więc „nowe otwarcie” w ortografii, ale przecież od czegoś trzeba zacząć…

Morderstwo w Orient Expressie / Murder on the Orient Express

 

Obsada, że pozazdrościć. Anthony Perkins, John Gielgud, Richard Widmark (jako Cassetti), Lauren Bacall, Michael York, Sean Connery, Ingrid Bergman.
Tyle, że talenty tych aktorów nie są do niczego potrzebne. Chodzi o znane twarze.
Poirot (Albert Finney) jakiś odstręczający: przygarbiony dziadyga o nieruchomej szyi. Nic porywającego.

Sprawnie streszczona historia z powieści. Wprawdzie akcja tylko w jednym przedziale, ale rozmowy i przesłuchania z ich dynamiką równoważą tę statyczność.
Powieść tym razem nie angielska (wiktoriańska), lecz międzynarodowa.

Poirot podczas sakramentalnej końcowej konferencji najpierw podsuwa wygodną dla wszystkich wersję o tajemniczym mordercy z mafii, a kiedy wszyscy oddychają z ulgą, podaje wersję prawdziwą. Jak się szasta po przedziale, przypomina nieco Hitlera.
„Myślę! Cóż mogę robić w pociągu zasypanym śniegiem?”
Zdaje się, że autorka miała z powodu tego kryminału nieprzyjemności, ponieważ jej detektyw na ochotnika kryje winnych przed karą. A w brytyjskim kryminale to niedopuszczalne!

Morderstwo w Orient Expressie / Murder on the Orient Express, reż. Sidney Lumet, 1974

Popcorn

Dokąd jest najbliżej z Warszawy? Oczywiście do Kielc. Nie mogliśmy sobie odmówić. Siedzę w Warszawie przed kamerą, nagrywamy coś, a ja w przerwie proszę pana redaktora, żeby to odrobinę przyspieszyć, bo Kielce na mnie czekają. „- A co się dzieje w Kielcach?” – pyta pan redaktor. „- Proszę pana, to jest pytanie wewnętrznie sprzeczne” – odpowiadam. Nie miałem racji. W Kielcach dzieje się mnóstwo.
Ot, poszliśmy do Muzeum w Pałacu Biskupów. I nie było nam dane nawet obejrzeć ekspozycji stałej, bo trafiliśmy na wystawę prac Stefana Żechowskiego (1912-84). To jakże niesłusznie zapomniany malarz. Wiadomo – przed wojną ilustrował powieści Emila Zegadłowicza, ale te skonfiskowała (razem z ilustracjami) cenzura za nieobyczajność. Żechowski specjalizował się wówczas w rysowaniu lasek o urodzie Violetty Villas:

I parametrach, jakie chętnie wyobraża sobie 15-letni onanista:

Po wojnie zaś artysta przeżył objawienie i zapisał się do PPR. Zaczął swą sztuką służyć sprawie ludu pracującego. Jak kiedyś pisałem książeczkę o kułakach, to w roli ilustracji kazałem umieścić obrazki Żechowskiego z cycatymi żonami kułaków itd. A przecież Żechowski dawał także portrety największych swoich czasów. Oto Stalin, który czuwa u wezgłowia śmiertelnie chorego Lenina:

Stalin, który przewodzi tłumom:

Dalej biegnie Majakowski („Lub się biegnie Majakowskim być na wiec” – wiadomo: Osiecka):

Za Majakowskim – Janek Krasicki (padł):

Nie mogło naturalnie zabraknąć Feliksa Dzierżyńskiego. Więc obraz „Feliks Dzierżyński przy pracy”. Trochę inaczej sobie tę pracę wyobrażaliśmy, ale widać błędnie:

Wreszcie: kultura i sztuka. „>>Mazowsze<< śpiewa w Moskwie”. Jakoś mało mówi się o tym koncercie wspominając pełną zasług historię zespołu:

I „ojciec prowadzący” wszystkich tych procesów:

Ale to nie znaczy, by Żechowski był tak całkiem niedoceniany, jak napisałem. Wikipedia przypomina, że „za całokształt twórczości otrzymał nagrodę kieleckiego miesięcznika „Przemiany”. To przecież ma swoją wagę.

Jedziemy dalej. W Chęcinach ruiny zamku, które wszyscy znają. Ale i coś ciekawszego. W sklepie „Wszystko po 4 złote” swoisty kombajn: ozdobny żaglowiec, zegar, budzik i lampa w jednym. Niestety, to cudo kosztowało 40 złotych, a więc stanowczo powyżej naszych możliwości finansowych:

Odkułem się (przynajmniej duchowo) w Oblęgorku, w dworku Sienkiewicza, gdzie kazałem się sfotografować ze swoim  alter ego:

Poza tym na Kielecczyźnie kwitnie życie religijne. Zarejestrowaliśmy trzy najważniejsze przejawy. W restauracji obok stacji benzynowej w miejscowości Górno (wiadomo, jak nazywają ją miejscowi) Dorota zamówiła flaki i Pan Bóg ją pokarał na miejscu. Bo trafiliśmy akurat na moment, kiedy to w restauracji posilała się pewna pielgrzymka parafialna (na szyjach biało-czerwone chusty). Dorota pozwoliła sobie na kolejny żart poniżej wszelkiej krytyki: „- Te panie jadą na Jasną Górę czy Łysą Górę?” I zaraz została ukarana. Bo porcję flaków, które dla niej wydała pani bufetowa, porwał – jak swoją – pewien starszy członek pielgrzymki. Zjadł, otarł usta i wyszedł do autokaru. Dorota musiała reklamować i podali jej następną. Uraz na tle religijnym pozostanie jej zapewne na całe życie.
A tu na terenie Zespołu Pałacowego w Kurozwękach (Żeromski!) wygenerowano największy na świecie portret papieża – 4 hektary. Po prostu podobiznę wycięto w polu kukurydzianym. Proponuję nazwę „popcorn”. Powstawałaby ze skrzyżowania „pope” (papież) i „corn” (kukurydza).  Zresztą poprzednio eksperymentowano z innymi roślinami. Prasa lokalna podaje, że „w ubiegłym roku labirynt był posadzony w konopi i robił furorę.” Papież i konopie – ostatecznie czegóż innego się spodziewać?

Na kolejny przejaw gorliwości religijnej trafiliśmy w miejscowości Tarczek, gdzie przycupnął uroczy kościółek romański. Na parafialnej tablicy ogłoszeń – ważkie ostrzeżenie. Wypisano, jakie firmy powinien bojkotować prawdziwy katolik w odwecie za to, iż sprowadzają one do polski napój energetyzujący „Demon”, którego puszkę zdobi pentagram. A wiadomo, jak bardzo satanizm szerzy się poprzez napoje energetyzujace:

A prawdziwe życie biegnie sobie spokojnie obok. W witrynie TVN24 prognoza pogody: „Burze cały czas są aktywne.” To ważne. Bo po drodze spotkaliśmy kilka burz całkiem nieaktywnych. Wręcz pasywnych.
Witryna Fronda.pl trwa przy ulubionych tematach: „Życie zaczyna się w momencie poczęcia aż do śmierci.”
Tutaj też bokser Tomasz Adamek: „Wrócę do Ojczyzny, jak będą rządzić ludzie związani z Kościołem.” Internet pyta przytomnie, co wobec tego pięściarz robi w Stanach Zjednoczonych?

Podwójne ubezpieczenie / Double

 

Klasyk kryminału noir. Współscenarzysta Raymond Chandler. Eward G. Robinson jako kierownik w branży ubezpieczeń.

Agent ubezpieczeniowy z Los Angeles. Poznana przypadkiem kobieta (Barbara Stanwyck) proponuje, że założy sekretną polisę własnemu mężowi. Następnie doprowadzi do jego śmierci i zgarnie pieniądze. On szybko orientuje się w kombinacji. Odmawia, ale w końcu ulega jej sugestii i sam – jako fachowiec – podejmuje się zgładzić faceta. Na ochotnika. „- To będzie doskonałe. Od początku do końca.” W dodatku wpada na pomysł, by zgarnąć pulę ekstra: „podwójne ubezpieczenie” za śmierć w szczególnie rzadkich okolicznościach. Niby wszystko jest dograne, ale wówczas w grę zaczynają wchodzić „przeczucia”. Szefa agenta i pasierbicy zamordowanego. No i drobiazgi. Ot, żona na dwa dni przed śmiercią męża w wypadku przymierza żałobny welon.
Zdemoralizowanemu zabójcy i jego femme fatale kibicujemy jednak do końca.

Służąca każe czekać akwizytorowi ubezpieczeń na panią domu: „- Tam jest pokój gościnny. Alkohol jest pod kluczem. – W porządku. Mam własne klucze.”

„- Chciałby pan mrożonej herbaty? – Tak, o ile nie znajdzie się gdzieś butelka piwa.”
„- Nauczyłem się trochę życia. – Nie sądzę, by się pan uczył z kursu korespondencyjnego.”
O branży ubezpieczeniowej: „Znają więcej tricków niż małpy w cyrku.”

Podwójne ubezpieczenie / Double, reż. Billy Wilder, 1944