Archiwum miesiąca: lipiec 2014

W moim ogrodzie, gdzie czas leniwy

W moim ogrodzie, gdzie czas leniwy
Powolną strugą płynął wytrwale…

Jeszcze nieco z Kaszub.
Wracamy wieczorem na kemping. Dorota nabyła w miasteczku nalewkę, teraz sączy. Leśna droga. Dorota: „O, tam pobiegło jakieś zwierzę! – Jakie? – Nie wiem. Było trochę większe od zająca i trochę mniejsze od sarny. Więc to albo duży zając, albo mała sarna…” Miejscowe nalewki słusznie przeszły do legendy.

Nic ciekawszego już się nam tego lata nie przydarzy. Na przedmieściach kaszubskiego miasteczka Brusy odkryliśmy dość przypadkowo zagrodę miejscowego twórcy ludowego o dość pechowym nazwisku Józef Chełmowski (zmarł niemal równo rok temu). Wszyscy mylą go z Chełmońskim. To był ktoś w rodzaju kaszubskiego Nikifora. Jego dom i zagroda – oprowadzała nas przemiła żona artysty – to autentyczna pracownia i muzeum dokonań tego świątkarza i filozofa. Latem, wobec bujnej zieleni, wszystko to wygląda na istne cudo. Opisać trudno, nawet zdjęcia tego nie oddadzą.
U wejścia kapliczka z roku 1981, którą władze swego czasu „aresztowały”. Powód oczywisty:

W dodatku nad drogą krzyżową świeci słoneczko wyraźnie podobne do Wałęsy:

Więc tylko rzut oka na podwórze:

Rzut oka na sad:

A w detalu artystyczna wersja PRL-owskiego plakatu propagandowego:

I – oczywiście – ul z cytatem z twórczości Stanisława Barei:

W moich stronach policja odnotowuję występowanie odruchów warunkowych. „W Cieszanowie policjanci drogówki kontrolowali kierowcę samochodu. Kontrola nie spodobała się pasażerowi. Swoje niezadowolenie wyrażał w obraźliwych słowach kierowanych w stronę policjantów.” Ten od „obraźliwych słów” miał 2,6. Kierowca nieco więcej.
Idźmy dalej: „Policjanci z Lubaczowa interweniowali wobec 20-latka, mieszkańca Lubaczowa, który szedł środkiem drogi i tym samym stwarzał zagrożeniem w ruchu drogowym. Gdy zobaczył policjantów, to pod ich adresem wykrzykiwał obraźliwe słowa.” Że oscylował wokół trójki nie warto dodawać.
Kawałek dalej, pod Stalową Wolą, pasażerowie sami z siebie zatrzymali kierowcę autobusu. „W autobusie funkcjonariusze znaleźli dwie butelki wódki o pojemności 0,2 litra. Jedna była pusta, a druga do połowy opróżniona.” No i odruch: „Podczas zatrzymania 47-letni mieszkaniec powiatu tarnobrzeskiego był agresywny wobec funkcjonariuszy.”

Dużo się siedzi, więc i sporo się słucha.
Keith Jarrett „The Koln Koncert” (podobno najlepiej rozchodząca się płyta w historii jazzu). Od lat lubiłem latem siąść pod drzewem na rozstaju jak Janko albo Antek i słuchać tego fortepianu.
Dziś jeszcze Jarretta: „Haendel. Suiten fur Klavier”. Niby późny barok, ale pulsacja jazzowa. Jarrett cierpi, biedak, na „syndrom chronicznego zmęczenia”. Mnie się to jakoś nie ima. Bo też nie daję organizmowi powodów.

No i by nie było zbyt wesoło nieco tematyki typu „vanitas”. W piśmie literackim znalazłem wiersz na temat naszej – powiedzmy – terminalności:

Wszystko martwe

Rdzawa muszka na gładkiej skórce
zielonego jabłka
jest już martwa
za kilka minut
zniknie w pisku i dziobie jaskółki

Szary słowik ukryty w gałęziach morwy
śpiewający o miłości
jest już martwy
za kilkanaście dni
w pazurkach kota o imieniu Felek

Kudłaty pies z uśmiechnięta mordą
szczęśliwy na trawniku
jest już martwy
jeszcze kilka miesięcy
i wyjąc będzie usypiał swoje cierpienie

Pani a kasie coraz bardziej z rakiem
rzec można za pna brat
jest już martwa
chociaż lekarz mówi
ze to może potrwac parę złych lat

Ten wiersz umiarkowany i spokojny
jakby pogodzony
jest już martwy
bo urywa się
właśnie w tym miejscu raz na zawsze

Jerzy Śleszyński w: Topos. Dwumiesięcznik Literacki, 2014/3

Rivers of Babilon

Zmienny a niewdzięczny los rzucił nas na Kaszuby, na kemping w okolice miejscowości Swornegacie. Na krótko, bo jak zaczęło lać, to nie odpuszczało. Pomyśleliśmy, że może w Trójmieście pogodniej, ale tam lało jeszcze mocniej. Więc parę drobiazgów z drogi.
Zaczęło się w okolicy, gdzie płynie Brda (spływy!). Nad Brdą miejscowość Babilon. Jak dodać rzeki do Babilonu…:

Kemping nad Brdą prowadzili przemili gospodarze, którzy z rolnictwa przerzucili się na branżę turystyczną. Co widać po pogardzie, w jakiej pozostają maszyny rolnicze. Z tym, że młocarnia (z niemieckimi napisami) to zapewne jeszcze po rodzicach Eriki Steinbach:

A ten wał to – oczywiście – wał pomorski:

Na stodole tabliczka z nazwą usługi, która nie była uwzględniona w ofercie internetowej. Chciałem skorzystać, ale kolejka była taka…:

Na kempingu skręciło mnie z zazdrości. Bo my też mamy krzesełka kempingowe, ale, niestety, nie takie wypasione:

W miejscowości Leśno nawiedziliśmy „kamienny krąg”. Miejsce obrzędowe sprzed tysięcy lat. To głazy wbite w ziemię po okręgu, z jednym, większym na wzgórku. Wewnątrz groby: „skrzynkowe” i „całopalne”. W sumie na współczesnych cmentarzach są dokładnie takie same.
Dorota zagrała z upodobaniem postać ze swej ulubionej telenoweli brazylijskiej „W kamiennym kręgu”. W tym celu wygłosiła swój ulubiony tekst z tego serialu: „Hallo! Tu rezydencja senora Prado…”:

W uroczym miasteczku Brusy (po kaszubsku trochę inaczej) naprzemienie: sklepy z używaną odzieżą i alkoholem. Choć występuje i branża mieszana. Bo jak by kto wpadł sobie machnąć fotkę do legitymacji, zaordynował bukiet tulipanów i dorzucił: „Pani da jeszcze pół litra!”, to taki sklep też jest:

W jednym sekondhandzie działają perspektywicznie. Spotkaliśmy już kreację na halloween:

Nieco dalej witryna zakładu kosmetycznego:

Po drodze na Wybrzeże z przyjemnością zauważyliśmy, iż miejscowa ludność integruje się wokół idei naprawdę istotnych:

No i Gdynia. Gdyby kto nie wiedział, jak wygląda „Dar Pomorza”, to on wygląda tak:

Wróciliśmy, a tu słoneczko na niebie jak gdyby nigdy nic. Więc – czytamy. W powieści Michała Witkowskiego – notka o jednym z bohaterów. Jak bym czytał o sobie: „Nic nie robi. No, bloga prowadzi…”

Rolling Stone

Znowu jedziemy się gdzieś pokręcić. Ale na krótko, bo w poniedziałek (14 lipca!) mam udzielić światłej wypowiedzi na temat komedii francuskiej w „Lecie z radiem”. Nie mogłem odmówić, bo to całe pięć minut na żywo, a wziąwszy pod uwagę moją dotychczasową obecność w mediach pięć minut w „Lecie z radiem” to więcej niż mogłem zamarzyć. Nie wykluczone zresztą, że to moje ostatnie „pięć minut”.

Tymczasem więc czytelnia:
Adam Zagajewski. Z wiersza „Anteny w deszczu”:

Kapliczki pod lipami; tu modlą się pszczoły.

Gdybyśmy umieli czytać wiersze równie uważnie, jak studiujemy menu w drogiej restauracji…

Autobus z tablicą: Klimatyzacja. Wycieczki Wieliczka, Oświęcim.

Szli Kanoniczą krzycząc kurwa, kurwa.

Kino było tak małe, że film Bergmana z trudem się w nim mieścił.

Zmęczony czasownik wraca na noc do słownika.

Pytam ojca: co robisz całymi dniami? Wspominam.

Adam Zagajewski, Wiersze wybrane, Wydawnictwo a5, Kraków 2014

I haiku mistrzów (Kennet White) – sam, niestety, nie potrafię:

Listopad
Na dachu teraz tylko
Samotna sroka,
która patrzy na mgłę.

Orkady
Sztorm zaraz nadejdzie,
świat zostanie rozsypany –
czarne krzyki kormorana.

Catou
Na szronie w ogródku
ślady kota,
który poszedł do lasu.

Wreszcie ikonografia mojego własnego losu. Pcham przed sobą ciężar ponad siły – jak ten pan sfotografowany na Wildzie:

To mi przypomniało dowcip z mitologii greckiej. Na Bronksie spotykają się Syzyf i Edyp. Edyp do Syzyfa:
– Hey, Rollingstone!
Syzyf do Edypa:
– Hey, Motherfucker!

Patriot Games

Wystąpił u mnie problem odzieżowy. Zasadniczo noszę się tak, by się nie wyróżniać. Do lasu – bermudy i polo, do ludzi – zwyczajne spodnie, buty. Błąd! Czas by zastosować jakieś wyrafinowanie. Bo na portalu Polityce.pl obok setek tekstów uzasadniających dlaczego Tuska należy odsunąć i to zaraz – reklama. „Odzież patriotyczna: >>Red is Bad<<”. Koszulki z nadrukami, że Okrągły Stół to zdrada itp.
Na wielkim banerze przy mojej ulicy z kolei reklama „Erotic center” przy Głogowskiej. Rzut beretem ode mnie. Baner poleca 600 modeli bielizny erotycznej.
W tej sytuacji trzeba się będzie zdecydować. Może pod bermudy włożę stringi (cienkie jak włos)? Albo do tych bermudów przypnę sobie wstążeczki w barwach narodowych? Niech sarny i zające widzą, że maszeruje prawdziwy Polak.
Bo rankiem okoliczności przyrody jak zwykle:

W czytelni bardzo pożyteczna muza. Osjan „Księga deszczu”. Trochę rozczarowała. Spodziewałem się, że będą smęcić nastrojowo przy gitarze, fujarce i przeszkadzajkach, ale oni poszli w zgrzyty i przesterowania. Jak by mało było, że upał nieznośny.
Za to zbiorówka SBB „Wicher w polu dmie” jazzrockowa jak należy. Stare numery: „Cięcie”, „Z których krwi krew moja”…

Rada Osiedla Strzeszyn w Poznaniu w Poznaniu podjęła uchwałę w sprawie nazw ulic na tzw. osiedlu literackim. Będą ulice Byrona i Goethego, ale nie będzie ulicy Verne’a (zamiast tego: Liryczna). Radni uznali, że ten Goethe jeszcze ujdzie, ale Verne jest zdecydowanie za trudny. Cóż, odwrotnie niż literatura, którą ci panowie po sobie zostawili.

Radio M. aż kipi od przygotowań przed ogólnopolską pielgrzymką słuchaczy (najbliższa sobota i niedziela). Tak się złożyło, że akurat czytam kolejny tom „Dziennika” Jan Józefa Szczepańskiego – z lat 60. i 70. Z autorem rozmawiałem kilka razy. Był chłodny, krytyczny, sceptyczny. Nie kumplował się zanadto ani z władzą, ani ze środowiskiem „Tygodnika Powszechnego”, choć uchodził za autora „katolickiego”.
Pisze o podobnych zjazdach z okazji 1000-lecia chrztu Polski:

1966
4 V
Ponad 200 tys. ludzi – przeważnie ze wsi, cały dzień i noc na placu przed klasztorem. Śpią, jedzą, załatwiają się na miejscu. Między tą zmordowaną ciżbą krążą kwestarze, zbierając datki. Tymczasem na Wałach od świtu msze i procesje. Wszędzie kioski służące do wpłat na msze i z dewocjonaliami. Wielki przemysł pobożności. Milicja złożona z kleryków w niebieskich beretach, wyżywająca się w sprawowaniu władzy. Trybuna dla prasy bez ławek. Kiedy korespondenci upomnieli się u dygnitarza od propagandy w habicie, odpowiedziano im: „A wpłaciliście coś na klasztor?” Gips i sacharyna z własną milicją i inkasem.

Nieco dalej:

Wczoraj podczas nabożeństwa odczytano z ambony list arcybiskupa w sprawie incydentu z obrazem Matki Boskiej. Ta barokowa peregrynacja w stylu kruchcianej dewocji na pograniczu bałwochwalstwa pomyślana jest niewątpliwie jako manewr w konfrontacji politycznej – konfrontacji dwóch dziecinnych i prymitywnych fanatyzmów. Ale otaczanie jej atmosferą melodramatu jest tym bardziej irytujące. I jeszcze do tego obłuda – że chodzi o akt ściśle religijny. Zawstydzające.

I gdzie Ten Szczepański miał to publikować? W Trybunie Ludu? W Tygodniku Powszechnym?

Odwet

Jerzy Kamas – zdaje się, że dopasował się do ról anglosaskich gentlemanów na stałe. Chłodny i arogancki. Do czarnych butów białe skarpetki. To szyba jednak nasza, nie angielska, moda połowy lat 80.
Karol Strassburger. Tu nie ułan, lecz kombinator.
Marian Kociniak – zabawne: znany głownie jako Franek Dolas, tu w roli adwokata,  Anglika z dobrego towarzystwa.
Śp. Gabriela Kownacka – dziewczęca, blondynka, krótkie włosy.
Śledztwo prowadzi inspektor (nomen omen) Clever. Jerzy Bończak.

Trochę to skomplikowane i rozbiega się w kilka kierunków. W każdym razie pewien kombinator chce sprzedać w Stanach wynalazek swego brata, który nie okazuje zdolności kupieckich. Czyni to jednak na korzystnych dla siebie warunkach. To ściąga na niego niechęć postronnych. A okazuje się, że takich niechętnych (delikatnie mówiąc) jest więcej i że ta niechęć ciągnie się od lat. Kiedy więc znajdują zwłoki kombinatora, wszyscy oddychają z ulgą. Ale ci „niechętni” też się żrą między sobą…

Odwet (wg. Francisa Durbridge’a), reż. Bogdan Augustyniak, 1985

Godzina piąta, minut trzydzieści…

Aby uniknąć upałów, zerwałem się jak w wojsku. Oczywiście, całkiem niepotrzebnie. I tak było chłodno, poszedłem bez mapy i zamiast przejść zwyczajowe 10 km, przeszedłem o pięć więcej nie bardzo wiedząc którędy. Jezioro Góreckie patrzyło na to z zimną pogardą:

Interesują mnie bardzo doświadczenia bliźnich, którzy zrzucili kilogramy, więc czasem klikam. Dziś przeczytałem: „>>Schudłam z brzucha<< – mówi Alicja z Bochni.”

W Sejmie premier zagrożony wotum nieufności odpiera zarzuty prezesa. Tomasz Lis uważa, iż to obrona brawurowa. Z kolei Internet podsumowuje Lisa: „To mówiłem, ja, Lis Tomasz, dziennikarz wszech kategorii i wszech czasów. Zaraz jak pojawiły się te obrzydliwe taśmy, to nic nie mówiłem, bo byłem chory. Mam zwolnienie.”

W „Wyborczej” czytam o sprawie „taśm Giertycha”. Przypominam sobie, jak gdzieś na początku lat 90. byłem na zjeździe reaktywującym Młodzież Wszechpolską. Obrady były w dawnym gmachu KC w Poznaniu. Na koniec obrad przewodniczący, młody Giertych (bo był i stary) krzyknął: „- Dziś spotykamy się w dawnej siedzibie PZPR, jutro na ruinach Gazety Wyborczej!” Odpowiedział mu ryk aplauzu.

Cztery sumienne godziny w bibliotece. Na uszach muzyka:
Jarosław Śmietana (zmarło mu się w zeszłym roku, biedakowi): „Polish standards”. Niemęczące, softjazzowe wersje „Dni, których nie znamy”, „Kiedy byłem małych chłopcem…” i podobnych.

J.S. Bach i „Koncerty Brandenburskie”. Oczywiście, przypomina się Gałczyński:

Jest w domu lichtarz nieduży
z wysoką świecą szkarłatną;
ona do koncertów służy,
do dźwięku dodaje światło.

Ty ją zapalasz w godzinie
muzycznej i płomyk świeci
w chwili, gdy z głośnika płynie
Koncert Brandenburski Trzeci.

Radość jak poważny taniec
przesuwa swój cień na ścianach
I pada świecy pełganie
na twarzy Jana Sebastiana

W bibliotece jest mniej romantycznie. Boks o przeszklonych ścianach i duszno, całkiem nie ma czym oddychać. Ale przynajmniej komary nie tną jak w leśniczówce Pranie pod Karwią (zwaną pod dawnemu Kurwią).

Wreszcie Cohen „Concert Live 2009” w Londynie. Artysta przeprasza publiczność, że żyje tak długo.

W lasach: „Kobra” Frederica Forsytha (stosunkowa nowość). Czyta Jan Peszek. Jak to u Forsytha: trochę gotówki, kilku łebskich facetów, dobre planowanie i już można rozwalić światowy rynek produkcji kokainy.

Zaległości poetyckie. W Gazecie Lubuskiej działa kącik literacki czytelników. Wiersze wymierzone są głównie, jak czytam (początek lipca), w układ rządzący Polską. Dłuższy utwór Tomasza Witkowskiego zaczyna się od strofy:

Szarpak dziejów –
jak porcję łajna
wrzucił na stos zastane „dziś”,
czerwone płachty
zjadły swe teksty,
odszedł słomiany Barei miś.
/…/