Archiwum miesiąca: maj 2014

Mówi „Wąski”

Marudziłem, że bytuję tak ponuro, a to nieprawda. Wczoraj Dorota kupiła mi (z dostawą) nowy komplet wypoczynkowy – łóżko jak lotnisko i fotele. No i teraz mam w pokoju cztery fotele – i pogrzeb.

I to jest wielki dzień w moim za….m życiu. Teraz zaczynam nowe życie – za…..ne.

Jeszcze o Marku Nowakowskim. Wspomina go dziś redaktor Sakiewicz, szef „Gazety Polskiej”: „Bez wątpienia był jedną z najwybitniejszych postaci literackich powojennej Polski.” Bez wątpienie coś się redaktorowi pomerdało. „Postać literacka” to postać występująca w literaturze, jak Wokulski, Tadeusz Soplica, od biedy Łysek z opowiadania Morcinka. Nowakowski zaś był postacią ze świata literackiego. Z samego szacunku wypadałoby nie mylić takich rzeczy w nekrologu „jednego z najwybitniejszych” pisarzy.

Media: „Dziś mija 113 rocznica rozpoczęcia strajku uczniów we Wrześni. Uczniowie zbuntowali się przeciw germanizacji szkół, modlitwie i nauce w języku okupanta, czyli niemieckim.” Jak tam byłem zeszłej jesieni, to na każdym słupie wisiało ogłoszenie, że ogłaszają nabór młodzieży na szeroko zakrojone kursy języka niemieckiego.

Według najnowszego sondażu CBOS na listach zaufania społecznego przodują: wojsko i policja. Polskiej armii ufa 74 proc. ankietowanych, a stróżom prawa 71 proc. Głosują zapewne głownie ci, z których byle kapral-debil robił szmatę w ramach służby zasadniczej. I ci, którzy najpierw dostawali pałami od ZOMO, a teraz wciskają łapówki drogówce.

Jest to bardzo cenna wiedza o naturze narodu polskiego.

Kandydatka do PE z ziemi kaliskiej, Marzena Wodzińska, w Kaliszu  reklamuje się hasłem „Bo kaliskie kobiety nie zawodzą”, a w Ostrowie Wielkopolskim –  „Bo ostrowskie kobiety nie zawodzą.” A Kaliskie liczy jeszcze tyle miast…

Do tego nie wolno dopuścić

Parę dni temu zmarł pisarz Marek Nowakowski. Informuje o tym cała prasa, ale szczególnie „Gazeta Polska Codziennie”, która przypomina, że to był jej autor. Pod informacją jednak żadnego komentarza. Pies z tym Nowakowskim, czy jak mu tam, tańcował. Co innego, gdy w informacji pojawi się nazwisko Tusk lub Kaczyński. Natychmiast zgłasza się setka światłych komentatorów.

Raz robiłem z nim wywiad. Były pierwsze lata 90. Nowakowski trzymał w „Wyborczej” odcinkową powieść z życia wschodzącego polskiego biznesu. Nazywała się „Strzały w motelu George”. Gadamy w redakcji, która wtedy gnieździła się w paru klitkach. Ale Nowakowski proponuje zmienić lokal. Prowadzi do takiej sobie knajpy. I zaraz jest inna rozmowa. Zamówił wódeczkę (ja, głupi, jeszcze wówczas nie piłem), gada z szatniarzem, z gośćmi, kelnerami – z wszystkimi na ty. Wywiad poszedł jak z płatka.

Tylko potem coś mu się porobiło. Może w knajpach nie znał już nikogo z imienia?

A propos: M. Laskowska, Przyjmujemy gości, Polskie Wydawnictwa Gospodarcze, Warszawa 1960

„Jeśli przekroczymy budżet na przyjęcie, trzeba zrezygnować przede wszystkim z alkoholu.

Nie wydaje się potrzebne przekonywać Czytelników o ujemnych skutkach nadużywania alkoholu. Trzeba jednak sobie uświadomić, że nadmiar alkoholu, podanego podczas przyjęcia dla uzyskania dobrego nastroju, w większości przypadków daje efekt wręcz odwrotny. Wśród uczestników przyjęcia obserwujemy różną reakcję na spełniane „kolejki”. Początkowo rozmowa się ożywia, wypowiedzi stają się głośniejsze, bardziej śmiałe, jak to się zwykło określać „rozwiązują się języki”. Stan taki utrzymuje się krócej lub dłużej, zależnie od częstotliwości napełniania kieliszków. A potem, jedni goście są smutni i senni, stają się nadmiernie obraźliwi, jeszcze inni skłonni do wygłaszania przemówień itp.; psuje to ogólny nastrój, a do tego nie wolno dopuścić.”

Bo ja na przykład to mam skłonność do wygłaszania przemówień.

Założyciel nogi na nogę

Ktoś, czyje życie jest jeszcze bardziej szare i monotonne niż moje (choć to nie do wyobrażenia), skoro czytuje te kawałki, zatrącił o kwestię nazwiska. I zaraz mi się przypomniało.

Kot to zwykły kot wioskowy i już. Ale jak austriacki urzędnik wpisywał nazwisko w papiery rodziców małego Janka (też z Kotów), to z przyzwyczajenia dopisał im drugie „t”. I znany szekspirolog nazywał się Jan Kott.

Niedawno dostałem dostojnego maila od jakiejś pani naukowiec, która zapytywała mnie, czy może jestem synem profesora Stanisława Kota, człowieka ogromnie zasłużonego, m. in. założyciela Biblioteki Narodowej „Ossolineum”. Odpowiedziałem, zgodnie z prawdą, że owszem jestem synem Stanisława Kota. Ów jednak Kot Stanisław (już, niestety, śp.) raczej nie założył żadnej biblioteki, o Narodowej nie wspominając, ponieważ była mu to instytucja z gruntu obca. Z trudem skończył cztery klasy, z trudem czytał etykiety na produktach. Ale pewnie jak by mu kazali założyć „Ossolineum”, to by założył, bo był człowiekiem zgodnym i ustępliwym. Nikt się jednak do niego z taką propozycją nie zwrócił i – z tego co wiem – jedyne co w życiu założył, to nogę na nogę. Zresztą służę większą ilością szczegółów o tej w sumie bardzo ważnej w moim życiu postaci. Jednak pani badaczka nie była czemuś zainteresowana. Nie odpowiedziała.

Poza tym Kotów jak psów. Pisałem już o tym, zdaje się. Kiedyś pokazali mi druk naukowy z biografiami osób, które pisywały w drugim obiegu. Mnie, jako studentowi, też się zdarzało. I tam mój życiorys był idealnie zmiksowany z biografią Wiesława Kota, poety z Rzeszowszczyzny. Raz fakt ode mnie, raz fakt od niego. Pamiętam, że ktoś znajomy oburzył się – to skandal, natychmiast należy napisać, aby to sprostowali. A mnie się to akurat wydało bardzo zabawne. I, oczywiście, postanowiłem niczego absolutnie nie ruszać. I do historii przejdę jako twórca bajek. Co zresztą takie dalekie od prawdy nie jest.

Ponieważ terminy gonią, Dorota się postarała i w galerii Malta podstawowe zakupy zrobiła w absolutnie rekordowym czasie 1 godz. 58 min, 34 sek.

Ach, jak przyjemnie

Włodzimierz Press z „Czterech pancernych” kończy 75 lat. Po tym jak na oczach całej wschodniej Europy prowadził czołg od Oki do Berlina, okazało się, że nie ma prawa jazdy i nie umie poprowadzić nawet malucha.

Prof. Ryszard Legutko powiedział w wywiadzie dla „Rzepy”, że, oczywiście, gender to zaraza, ale dodał, że w jego małżeństwie to on gotował,  z tym, że nie robił z tego ideologii. W necie od razu padają pytania – a kto gotuje w małżeństwie prezesa Kaczyńskiego?

24 maja pielgrzymka młodzieży Radia M. na Jasną Górę. Szkoda, że spotkania tylko od 16.00 do 19.00. W Radiu zgłaszają się rozmaici organizatorzy. Najczęściej babcie, które chętniej organizują wyjazdy „naszej kochanej młodzieży”. Młodych nie słychać wcale.

To bardzo małostkowe wypominać prezesowi Kaczyńskiemu, że jak woda podchodziła, to pojechał na podkarpackie wały, a jak się naprawdę podniosła, to znalazł się w Łodzi.

Zostałem zdemaskowany (już dawno)

W Turcji się nieco uspokoiło, więc mogłem sobie pogadać w TVN24 o Cannes.

W druku reklamowym, wrzuconym do naszej skrzynki na listy, znalazłem arcyciekawe propozycje:

„Sowa przywita twoich gości” (54.49). Goście wchodzą, a sowa świeci oczami i robi: „Hoo hoo-hoo”, znaczy po angielsku.
Inna oferta (tylko 29.99) – „Kaczka sanitarna damska/męska. Wygodna rzecz w domu, domku letniskowym lub w podróży. Pomoże zarówno w nocy jak i w ciągu dnia. Kaczka jest bardzo prosta w użyciu. Nie musisz się obawiać, że zawartość wycieknie na zewnątrz”. A to podstawa.
Dalej: „Świecące i kolorowe motyle” (39.99). Można je umieszczać na oknach, lustrach, meblach. Mienią się kolorami w dzień i w nocy. Nareszcie coś w sam raz na moje szare i smutne życie.
I jeszcze: „Święcąca orchidea” (59.99). 16 kwiatów, wysokość 1 m.
Wreszcie najciekawsze i przede wszystkim dla mnie: „Zaskocz gości powitaniem miauczącej kociej rodziny.” (49.99) Jest to figurka kociej mamy i trojga kociąt z wmontowanym czujnikiem. Należy ją umieścić przy wejściu do pokoju. Gość przechodząc w strefie działania czujnika powoduje, że koty zaczynają zbiorowo miauczeć. Ale jazda!
Ci, którzy kotów nie lubią, mogą zamówić wycieraczkę (29.99), na której figuruje tak przekonujący, realistyczny futrzak, że esteta odczuwa samą radość mogąc o niego wytrzeć zabłocone buty.

Szukałem w necie jakiejś swojej starej recenzji i natknąłem się na recenzję mojej własnej osoby i publicystyki sprzed wielu, wielu lat. Rzecz jest pióra Jerzego Roberta Nowaka, zagorzałego publicysty prawicowego i wiernego syna Radia M., które ostatnio już nie bardzo się do niego przyznaje. W każdym razie napisana ze 20 lat temu charakterystyka nie dość, że do mnie pasuje, to jeszcze pasuje coraz bardziej:
„Wiesław Kot, autor licznych oszczerczych antypolskich i antyreligijnych tekstów na łamach postkomunistycznego „Wprost”, przedstawiających Polaków jako grabieżców mienia żydowskiego, antysemitów i ciemniaków. Kot nie oszczędził też wielkiego polskiego męczennika Ojca Kolbe. Są teksty Wiesława Kota, które wprost proszą się o jak najszybszą interwencję prokuratora, z uwagi na ohydne oszczerstwa, godzące w dobre imię narodu polskiego. Na przykład tekst o Liście Schindlera Stevena Spielberga („Wprost” z 6 lutego 1994), stwierdzający, iż: Schindler jest ślepy na teorie rasistowskie, po prostu kocha życie i w zabijaniu swych żydowskich współpracowników dostrzega unicestwianie części Europy – czyli to, co my w Polsce dostrzegliśmy kilka dziesięcioleci później. Pisze to Kot jakby nie było kilkuset tysięcy Polaków bezpośrednio zaangażowanych w ratowanie Żydów, jakby nie było tysięcy Polaków i Polek straconych z tego powodu, jakby nie było największej liczby drzewek „Sprawiedliwy Wśród Narodów Świata”, zasadzonych ku czci 4,5 tysiąca Polaków przed Yad Vashem w Jerozolimie!!!”

„Nasz dziennik” ma rację!

Czytam dziś w „Naszym Dzienniku” kolejny na tych łamach tekst o manipulacjach w mediach. Tym razem jest o przekłamaniach w wykonaniu „gatekeeperów”: /…/ funkcja tzw. gatekeeperów jest kluczowa dla odbiorcy przekazu. Niewłaściwa selekcja proponuje wizję świata w krzywym zwierciadle. Odpowiedzialni za selekcję wydarzeń zwykle dokonują pewnego osądu, na ile dana wiadomość może być interesująca dla odbiorcy. Zdarza się, że stosują tzw. gatekeeping ukryty, tzn. celowo pomijają niektóre wydarzenia, a eksponują inne.”
Święta racja! Ledwo co powyższe przeczytałem, a już doświadczyłem tego na własnej skórze. Miałem gadać na żywo w TVN24 o Cannes. Jestem w studiu, dopijam kawę, zaraz podłączą mi mikrofon. A tu telefon. Dzwoni pani redaktor z Warszawy i przeprasza, ale wejścia na żywo o Cannes nie będzie, bo w Turcji zaczęły się rozruchy i sam pan rozumie… Może jutro jak się tam uspokoi… Niby rozumiem – sam setki razy tłumaczyłem autorom, dlaczego ich tekst nie ukazał się w numerze. Ale przecież – Cannes! Mówię o tym kolegom redaktorom z TVN. Oni trzymają moją stronę. Pewnie, że Warszawa skrewiła. Bo przecież mogłem zacząć od rozruchów w Turcji, przejść gładko, że to temat dla wschodzącej kinematografii tureckiej i potem swobodnie do Cannes. Ale – przepadło.
W kilka godzin później piję kawę w Polsat News. I słyszę, że przed moim wejściem (o Cannes, naturalnie) idzie materiał pod tytułem: „Kot zwycięzca”. Że bohaterski kot odpędził psa, który dobierał się do dzieciaka. I już jestem pewny – zaraz odwołają moje wejście. Bo jak mają w serwisie kota, to po co im jeszcze jeden? Ale jakoś nie zajarzyli – pogadałem sobie. Ale kto mi wróci te nerwy, ten stres?

Przed miesiącem ducha oddał Najwyższemu ksiądz prałat Sylwester Zawadzki, proboszcz parafii pw. Miłosierdzia Bożego w Świebodzinie, słynnej z największej rzeźby Jezusa na świecie. Zgodnie z testamentem księdza, jego serce pochowano w krypcie pod figurą. Niestety, wedle prawa ciała i szczątki doczesne można składować tylko na cmentarzu lub w kościele. Dowiedziała się o tym prokuratura i poczuła się „zaskoczona”. Oddała sprawę policji. Osobie, która wbrew obowiązującym przepisom zgodziła się na pochowanie ludzkiego serca pod pomnikiem, grozi kara grzywny lub aresztu. A policja zepchnęła sprawę na Sanepid. I to on ma zdecydować, co stanie się z sercem kapłana, inspiratora wzniesienia największego Chrystusa. A jak by tak Jeszcze sanepid zepchnął…

Próbują wprowadzić gender do przedszkoli. Ale obrońcy dzieci są czujni: „Jest niedobrze, bo szatan porozmieszczał w szkołach i uczelniach dużo swojego pomiotu i stoi na jego straży.” Ale to jego ostatnie podrygi na polskiej ziemi: „Ponieważ jednak modlitwy a przede wszystkim świadomość o jego obecności dociera do coraz większej rzeszy ludzi, szatan szaleje i miota się, co widać jak na dłoni.” Sam wczoraj widziałem takiego jednego jak na dłoni. Miotał się, franca, u zbiegu Głogowskiej i Hetmańskiej. A ludzie szli sobie jak gdyby nigdy nic… Znieczulica.

Prawicowy komentarz na dziesięciolecie naszego wstąpienia do Unii. Bodajże z Joanny Rawik: „Po co nam to było? Jeszcze nic się nie zaczęło, a już się skończyło …”