Archiwum miesiąca: luty 2014

Przeżyła

http://www.youtube.com/watch?v=ZBR2G-iI3-I

 

W samochodzie nawiedza mnie smutna refleksja przy słuchaniu stacji ze „złotymi przebojami”. Prezenterzy nie mogą się nachwalić piosenek: jakie to, mianowicie, hity i jacy to artyści za nimi stoją. A mnie nawiedza przeświadczenie, że ta stacja z hitami to jedno wielkie cmentarzysko. Marzeń o sławie, karierze, pieniądzach. Większość muzyków to ci, którym udał się jeden, dwa, trzy najwyżej dziesięć kawałków. A potem bryndza. I jak dobrze pójdzie, to z tymi dziesięcioma kawałkami do końca życia będą się pętać po różnych pipidówkach. Za marne grosze. Z tej okazji Gloria Gaynor i jej „I Will Survive”. Jak to śpiewała, zakontraktowana przez jakiego drobnego przedsiębiorcę w warszawskim „Mariotcie”, na sali było może ze sto osób. Ale nie więcej…

Miś z okienka

Na żywo w TVN Biznes i Świat o Berlinale. Nieszczęściem moim jest fakt, iż w niedziele przed południem nic się nie dzieje. Ja o filmach grzecznie odpowiadam, jak mnie grzecznie pytają. I martwię się o to tylko, żeby mi z ucha nie wypadła słuchawka, bo ta franca jest strasznie śliska i zdradliwa. Bo wówczas stracę jedyny kontakt ze studiem w Warszawie. Już mi się tak raz przytrafiło, ale wybrnąłem. Ale nieszczęściem prawdziwym jest to, że nic się nie dzieje. I Festiwal, który obchodzi bardzo wąskie grono, musi być wałkowany. Ja gadam i gadam, a tu się sypią ze strony prowadzącego pytania i pytania. Ja – nadaję, bo jestem przygotowany. Ale też rozumiem, że temat ciągnięty jest za włosy. Ale gadam, słuchawka siedzi w uchu. I tak rozkosznie upłynęło nam 15-20 minut. W ogólnopolskim programie informacyjnym o filmie – to kosmos.
Skoro zeszło na telewizję… Na szczęście jest ciepło. Ale przecież bywało minus 10, minus 15. A oni sadzają człowieka w oknie, człowiek musi odczekać, zanim go skadrują, sprawdzą mikrofon, zanim skończy się blok reklamowy itd. Z tym, że okno za plecami jest otwarte, bo tego wymaga panorama rynku. A tu ci w plecy napieprza minus 10 i chodzi o to, by w trakcie wypowiedzi nie szczękać zębami. Ileż to człowiek się nacierpi, żeby go zobaczyła ciocia w Podkarpackiem..?

Akurat mija 180 lat od momentu, gdy Mickiewicz postawił ostatnią kropkę w „Panu Tadeuszu”. Mnóstwo rzeczy się tu kojarzy. Choćby PRL-owski dowcip. Wchodzą dwaj milicjanci do księgarni. „- Czy jest >> Pan Tadeusz<<?” Kierowniczka krzyczy w stronę zaplecza: „- Panie Tadku, przyszli po pana!”. Kiedyś, jak byłem całkiem głupi i nie bardzo było, co robić, nauczyłem się na pamięć I Księgi. W szkole, jak nam mówili, że coś musi być zrobione od początku do końca, to się nazywało, że ma być „Od >>Litwo<< do >>siedzą<<”, czyli do ostatniego słowa Inwokacji, którą wszyscy mieli zakutą. A „Trzynasta Księga” Fredry? Że Tadeusz dysponował nadludzkim atrybutem? „I do dumy swojej słuszne miał powody, bo mógł unieść na ….-u pełne wiadro wody.”?

Po raz pierwszy byłem na Litwie zaledwie kilka lat temu. A z „Pana Tadeusza” wyniosłem przeświadczenie o tych cudownych pejzażach litewskich. Patrzę ja, a tu pastwiska po horyzont. I ogólnie kwintesencja przyrodniczego banału: laski, piaski i karaski. Nawet cienia tych piękności, o których czytałem w poemacie. Którymi się nasadzałem, które znałem na pamięć. Gdyby to była inna epoka, postawiłbym fundamentalne pytanie: „Co ten facet wciągał, że zobaczył takie rzeczy?!” Kiedyś tam machnąłem nawet popularną książkę dla młodzieży, że „Pan Tadeusz” i dlaczego. W tej książeczce przypominam fakt, że w pierwszym okresie po premierze książki, poemat został zjechany równo przez wszystkich znaczących pisarzy i recenzentów, jako dzieło zasadniczo kompletnie bezwartościowe.

Gary i jego kuper

 

Co ja poradzę, ze nie zasnę, jak nie zobaczę kawałka filmowego, w którym racje są jasno rozłożone. Postawy bohaterów klarowne, decyzje jednoznaczne. To pewnie podświadomość domaga się widocznie odtrutki na filmy polskie, w których dominuje hamletyzowanie i babranie się. I akurat nawinął mi się ten kawałek z filmu, który lat liczy sobie z grubsza tyle, co ja. Kocham te proste numery w stylu: „- Jeżeli ucieknę teraz, będę uciekał przez całe życie”.  „Don’t Forsake Me, My Darling” z „High Noon”.

Ostatnie słowa generała…

Hańba! Księdzu profesorowi Oko zablokowano wykład na Uniwersytecie Przyrodniczym w Lublinie. Pod byle pretekstem odmówiono tam wynajęcia sali, w której ten uczony miałby kontynuować swoje wywody na temat gender. Te z sali sejmowej. Po nich – jak sam przyznał – poczuł się jak o. Piotr Skarga. Zupełnie nie rozumiem polityki tej lubelskiej uczelni. Uważam, że powinna postąpić całkiem odwrotnie: zamówić u księdza profesora cały cykl prelekcji o gender. Koniecznie – żeby mówił jak najwięcej i by jak najwięcej z tego, co powie, dostawało się do mediów. I – żadnych „krytycznych omówień”. Tylko cytaty. I w miarę możliwości –  o onanistach, ateistach, pedofilach, pederastach. I tylko o tym.

Dorota obstaje przy tym, iż od jednego rzutu oka rozpozna, kto jest pederastą, a kto alkoholikiem. Najgorsze, że za wybitnego pederastę uważa mnie. Ciekawe, jak na to wpadła?

Sam w latach swej młodości przez pięć minut poczułem się jak Piotr Skarga (w moim macierzystym Jarosławiu kazał podczas poświęcenia fary). Otóż bowiem diecezja przemyska wydawała druk dla księży z gotowymi tekstami kazań. I pewien duchowny mówi do mnie: „-Ty masz taką łatwość słowa, machnij takie kazanie. Jedno, drugie… Tu masz wzór.” I ja siadłem i ja machłem parę takich kazań. Bo dla w miarę oczytanego 16-latka było to prostsze niż budowa cepa rolniczego. Moja zgorszona matka mawiała: „ – Ty w tym cholernym Jarosławiu chyba tylko jeszcze pociągów nie zapowiadałeś!” I tego trzeba było się trzymać, a nie… Bo po iluś latach, po iluś tam publikacjach, Jerzy Robert Nowak, gwiazda nowej ewangelizacji, zaliczył mnie, z nazwiska, w poczet „wrogów Radia Maryja”. Ale to bym mu wybaczył. Ale on tam napisał również rzecz karygodną, absolutnie niewybaczalną. Że, mianowicie, wrogami Radia są nie tylko dziennikarskie tuzy, ale i publicyści mniej znani, jako to Wiesław Kot. A tego to mu już do końca życia nie wybaczę.

Tragedia na szczytach rozpaczy ludzkiej. Nawet na trzy lata może zostać zapuszkowany pewien mieszkaniec moich stron ojczystych. Pruchnika konkretnie. Utracił był on bowiem prawo jazdy, bo się poruszał spożywszy. Jak to zwyczajnie w tych ostępach. Ale on był notoryczny i wsiadł na skuter. A potem zygzakiem. Co jednak funkcjonariuszom dało do myślenia. Więc – kontrol, dmuchanko i – niestety.

O tym Pruchniku wspominam – a można by o tym miejscu napisać tyle, co zostało zaksięgowane o Soplicowie . Bo się przypomniało. Marek Papała chodził do klasy F, gdzie było ich chłopców dwóch, na 40 bab. I jakoś tak było, że ilekroć spojrzałem w okno w trakcie nudnej lekcji, to Marek haratał w gałę na boisku szkolnym. Po czym pakował manele i szedł na PKS do rodzinnego Pruchnika. I porobiło się tak, iż ja jestem redaktorem w Poznaniu i dostaję telefon. „- Cześć, mówi Marek Papała. Nie wiem, czy słyszałeś, ale ja niedawno przeniosłem się do Warszawy. Więc może przy okazji jakaś kawa…” Ja na to „- Marek, jak najbardziej.” Po czym rzucam słuchawką: „ – A co mnie, kurna, obchodzi, że Marek Papała przeprowadził się z Pruchnika do Warszawy?! Jak człowiek zacznie pisać w czytanym tytule, to się wszyscy do  niego kleją.” O żadnej kawie ani mowy. Ale  mija miesiąc i jest rocznica klasowa w kultowym Jarosławiu. I przemawiający powtarzają w ten deseń, że jest redaktor, że jest generał itd. Mnie przemyka prze głowę, że redaktor, wiadomo, ja. Ale generał…? Ale rzecz się przenosi na taras restauracji „Słoneczna”, gdzie ja wypatruję pewnej Eli. Co to miała ze mną przez całe życie wieszać bombki na choince, chować dzieci i odmówić „Wieczne odpoczywanie”. Ale się nie złożyło. Choć było blisko. A tu koledzy z pytaniem: „- Gadałeś już z generałem…? – Z jakim? – Co ty, głupi jesteś? Z generałem Papałą!” I do mnie w jednej sekundzie dociera, że Marek Papała to jest generał Marek Papała, komendant główny policji.” Ale chodzimy sobie z generałem po tarasie kawiarni „Słoneczna”, a on do mnie: „ – Wiesz, ta moja generalicja jest postkomunistyczna. Ale moim celem nie jest Moskwa. Moim celem jest Bruksela”. Słucham, po czym pojechałem na festiwal do Opola. Wracam, dzwonią, że Papałę zastrzelili, bo, podobno, miał niesłychanie cenne informacje. Prasa podaje: „Jednym z ostatnich rozmówców generała był publicysta Wiesław Kot”. Od tego momentu czuję się jak Jack Strong po przejściu na stronę amerykańską.

„Relikwie pierwszego stopnia”, czyli kości świętej zakonnicy

Wystarczy się lekko ruszyć z domu, a już zaczynają się dziwy. Wieczorem parkuję pod „Biedronką”, Dorota idzie zakupić. Oczywiście, przy drzwiach wiadomy klient. Wygłasza swoje orędzie, ale rzadko kto przystaje. Aż trafia się jedna pani. Która najpierw opieprza go od stóp do głów, co pojmuję z gniewnych gestów. A potem ustawia się obok niego. I jak któryś z przechodniów na tekst proszalny sięga po drobne, ona się włącza. I tłumaczy, by temu oto nie dawać, bo zapewne przepije itd. Nie żal jej czasu, nie straszny jej zimowy chłód, nie pobiera za to żadnej opłaty. Bezinteresownie stoi i namawia, by nie dawać spragnionemu. Jeśli miałbym wskazać kogoś, kto obrazuje Matkę-Polkę, wskazałbym właśnie tę panią.

Z frontu gender. Ksiądz  profesor Oko oświadcza, że Pol Pot i jego masowe zbrodnie to w czystej linii wpływ genderyzmu.

Telewizja Trwam w trakcie inauguracji już za parę dni w Częstochowie otrzyma relikwie św. siostry Faustyny, ale – uwaga! – „relikwie pierwszego stopnia”, czyli kości świętej zakonnicy. Ciekawi mnie, czy np. relikwie siódmego stopnia to są buty albo może przybory toaletowe, choćby ręcznik?

Na Fejsie idiotyczna – zdaniem moim – akcja: wypij piwo jednym haustem. I pokaż to na filmiku kręconym telefonem. A jak na portalach prawicowych piszą, że jedno piwo to naprawdę „małe piwo”, to zaraz odzywają się głosy głęboko  zatroskane: „To o czym piszesz, to wpływ sowietyzacji obyczajów w Polsce komunistycznej.” Tak, picie piwa jednym haustem to czysta sowietyzacja.

Poza tym w Radiu M. częstsze niż zazwyczaj prośby o „dar serca”, czyli siano. W Internecie kpinki: „Mohery, znów będzie podwyżka na Różę Maryi ! Tylko bez sztuczek z pustymi kopertami. Boże, jak ja kocham tą robotę …. Tadzio.”

A gdzie toczy się prawdziwie polskie życie? W Chorzowie, dokładnie: w ubikacji jednego z tamtejszych klubów. Bo to tam właśnie Doda (rzekomo) pobiła prezenterkę Agnieszkę Szulim. I to się nadaje do prasy!

Song o burdelu

 

To są te pierwsze chwyty, których się uczyłem grając na gitarze. Uwaga, Paweł, także na Prehybie. I w tam tych lasach jeszcze ich echo odbija się od drzewostanu. A, kto wie?, może nawet od samego wypiętrzenia tatrzańskiego, wznoszącego się dumnie ponad beskidzki (bez kicki?) horyzont? Jak byli z tym towarem w Poznaniu i grali na Cytadeli, akordy odbijały się od nagrobków żołnierzy radzieckich, co tam już zostali i spoczywają. Eric Burdon & The Animals. Piosenka o burdelu. „The House of the Rising Sun”.