Archiwum miesiąca: luty 2014

Ciągle pada

http://www.youtube.com/watch?v=bjPqsDU0j2I

 

Coś, czego słuchałem do zdechu. Z maksymalnie podkręconym potencjometrem. Bo mi się śniło, że to jakieś objawienie. Przynajmniej w muzyce. A to banalna piosenka o tym, że pada deszcz.  Nieboszczka Electric Light Orchestra  i „Mister Blue Sky”.

Największa na świecie

W Poznaniu znowu jakieś targi, w związku z czym jazda samochodem staje się gehenną. Przyjeżdża sporo ludzi, którzy nie znają miasta. I bez uprzedzenia zmieniają pasy nie biorąc pod uwagę, że te zaprowadza ich w zupełnie inne rejony miasta niż by chcieli. Inni znowu zatrzymują się gwałtownie, bo zorientowali się, że się zgubili. Taksówkarze zwietrzyli zarobek, więc pędzą jak szaleni, wpychają się na trzeciego. Miejski obłęd! Przejeżdżając zwyczajowe pięć kilometrów z pięć razy cudem uniknąłem stłuczki.

W Radiu M. jest audycja „Mogę, chcę pomóc”. Intencja jest taka, żeby dać coś swojego biedniejszym od siebie. Ale od lat przebiega to w ten sposób, że jak kto się chce pozbyć z domu starych gratów, bo kupił nowe, a nie wie, jak to zrobić, to telefonuje do Radia. Że chętnie złoży taki dar serca. Dziś rano jeden pan ofiarował z serca „telewizor kolorowy”, tylko chwilowo zepsuty. Inny słuchacz miał do zaoferowania „biurko do garażu”. Ale najlepszy był ten darczyńca, który proponował „pralkę Frania w bardzo dobrym stanie”.

„Nasz Dziennik”: W Rzeszowie likwidują sklepy z dopalaczami. Jezusmaria, to na czym oni teraz tam pojadą? Przecież jeszcze przed erą dopalaczy mieli takie jazdy, że hej. Postawili w samym centrum, w hołdzie towarzyszom radzieckim, „największą w Polsce”. I każdy mijający centrum Rzeszowa – a sam robiłem to 365 razy i jeszcze  – musiał to oglądać. A ile razy w roku można znieść widok damskiego atrybutu, który mierzy 30 metrów ? Jaka męska duma to wytrzyma?” W dodatku „najwyższe władze” przy byle okazji składały przed tą obrazą boską kwiaty i wieńce z szarfami.
Zdaje się, że ciut rozsądniej była tam przed holocaustem. Wtedy jednak Rzeszów nazywano Mojżeszów.

W moim niewyjętym mieście rodzinnym startuje program Jarosławska Akademia Bezpiecznego Seniora. Skierowany jest do mieszkańców 65 plus. „- Program ma przede wszystkim podnieść poziom wiedzy najstarszych, dotyczący bezpieczeństwa w domu, na ulicy, w parku, na spacerze, sklepie, banku, urzędzie i podobnych miejscach – tłumaczy Andrzej Wyczawski, burmistrz Jarosławia.”
Ten sam burmistrz niedawno uroczyście oddał Panu Jezusowi Jarosław wraz z całym powiatem. Oczywiście, w imieniu mieszkańców. A teraz sugeruje, że jak mieszkaniec Jarosławia widzi staruszka, to od razu kombinuje, jak by tu dać mu w łeb i ukraść zegarek. W tym streszcza się cały świat duchowy mojego miasta.

Gdzie te kwiaty

http://www.youtube.com/watch?v=aLAxbQxyJSQ

 

Ciągle cos się przypomina. Tym razem piosenka, która ma swoja światową legendę. Dużo by pisać. U nas pięknie śpiewała ją Sława Przybylska. Ale niech będzie Marlena Dietrich. „Sag mir, wo die Blumen sind?”
Najinteligentniejszy umieszczony pod nią w sieci komentarz brzmiał:  „Ja lubia słuchać ta piosenka.”

Nie dla mnie sznur samochodów…

Wiozę, jak co dzień, Dorotę do pracy i tych pięć kilometrów na ukos przez Poznań jest jak lektura jakiegoś porannego kurierka… Co tu się człowiek napatrzy. Dziś na Moście Dworcowym (dwa pasy w tę, trzy w tamtą), ruch jak cholera. A tu trawersem, na ukos bierze tych pięć pasów (plus graniczna barierka) niemłody mężczyzna, u którego ramienia wisi bezwładna kobieta. „Zaniemogło biedactwo”. Mężczyzna silnie utyka, do tego jedno oko ma całkowicie zalepione plastrem, a drugie koszmarnie podsinione. Ale nie baczy na to, nie baczy na sznur samochodów. Podąża ze swoją kobietą ku sobie tylko wiadomym celom… Takie rzeczy tylko w klasycznych westernach.

Na froncie walki z gender dzieje się tyle, że już przestałem to ogarniać. Pani poseł Beata Kempa oświadcza: „- Być może uderzyliśmy w ogromne lobby”. Naturalnie, że za genderem kryje się ogólnoświatowy spisek. Inaczej światły Benedykt XVI nie mówiłby, że gender jest gorszy od komunizmu i faszyzmu. Zwłaszcza o tym faszyzmie powinien co nieco jeszcze pamiętać…
Na kanwie ostatnich wystąpień prezesa Kaczyńskiego odezwał się Internet: „Nie ma żony, kochanki, prawa jazdy, konta w banku, nie wybudował domu, nie posadził drzewa… Czy to w ogóle jest mężczyzna? To gender jakis… „
O ukryty genderyzm oskarżona została prezenterka telewizyjna Monika Richardson, która lekceważąco wypowiedziała się o walce z gender. Nazywa się Richardson, co znaczy „syn Ryszarda”, a podaje się za kobietę. Czysty gender.

Ojczyzna-polszczyzna. W ogólnonarodowej dyskusji, jaka się wywiązała w związku z zajściem w chorzowskim klozecie, głos zabrał superarbiter Michał Wiśniewski. „Przytaczam: „Ja nie przyklaskuję żadnej przemocy ! Ludzie, opanujcie się ! Ta propaganda Agnieszki Szulim powywracała wam łeby ! Zdzira skarży się w swojej telewizji, że została pobita a tak naprawdę została tylko zbluzgana czym sobie słusznie na to zasłużyła. Ja nie jestem fanem Dody ale uważam, że nikt nie ma prawa dręczyć kogoś za pomocą mediów. Potrafi to więcej zniszczyć niż policzek w twarz.” Interesuje mnie nie stanowisko piosenkarza, lecz tylko ostatnie zdanie, które w części już słyszałem. Jak Tym z Bareją w „Misiu” chcieli przybliżyć postać scenarzysty-grafomana i dać próbkę jego stylistyki, to kazali mu wygłosić zdanie: „- To jest policzek w twarz dla całej ekipy”. Policzek w twarz! A w co można dostać policzek? W dupę?

W Jarosławiu nowiną dnia jest informacja o tym, ze pewien piętnastolatek pożyczył od kolegi telefon komórkowy i zamiast grzecznie oddać próbował go sprzedać w komisie. Został przyłapany. I tylko jedna informacja może konkurować z tym doniesieniem. Że mianowicie ze stanu sędziowskiego został wykluczony niejaki Grzegorz T., który prowadził pod Jarosławiem. I wydmuchał 2,5 promila.

Słucham Lennnona sprzed lat zapowiadającego piosenkę wykonywaną przed dworem królewskim: „- Ci na tanich miejscach mogą klaskać. Pozostali niech potrząsają biżuterią.”

Nie od dziś uważam, jako pilny czytelnik, że jednostką nudy mógłby zostać „jeden skubiś”. Jest to wzięte od księdza Ireneusza Skubisia, naczelnego tygodnika „Niedziela”, który gorliwie produkuje tam felietony, a potem nieskończenie monotonnym murmurando czyta je na antenie Radia M. Do zasypiania: godne najwyższego polecenia. Ale pewnie nie ja jeden jestem podobnego zdania. Bo oto czytam najnowsze wynurzenia księdza infułata: „Przyglądam się naszym kierowcom, którzy jeżdżą po parafiach, rozwożąc „Niedzielę”. Okazuje się, że nie wszystkie parafie są zainteresowane tym, żeby tygodnik rzeczywiście dotarł do czytelników. Są księża, którzy podchodzą do tej sprawy w sposób techniczny, nieraz oddają cały pakiet egzemplarzy, który przyjęli do rozprowadzenia. I – jak mówią kierowcy – nie przejmują się tym.” I znowu ta polszczyzna. Bo można napisać „Podchodzą w sposób techniczny”, a można też: „Mają to w dupie”. Sam nie wiem, co brzmi lepiej…

Dzień obelg

Dziś Dzień Kota. My name is Kot. Wiesław Kot. Już miało być świętowane, ale tak niezręcznie położyłem na posadzce torbę z zakupami, że wyskoczyło z niej wino i się stłukło. Czarna rozpacz. Ale po krótkiej naradzie z Dorotą, w trakcie której padło pod moim adresem wiele słów obelżywych, a niezasłużonych, zdecydowałem jednakowoż cofnąć się po zakup. Wychodzę ze sklepu, a tu sąsiad z naprzeciwka stoi i pochyla głowę w niemej rozpaczy. A na chodniku leży stłuczona butelka piwa i szeroko rozlana  kałuża. Pech. Musiałem mu przebiec drogę… Ale jego tragedię rozumiałem tego dnia jak nikt inny.

TVN przyjeżdża z pytaniem o brytyjskie filmowe nagrody BAFTA. Paradoksem jest to, że Brytyjczycy nagrodzili głównie Amerykanów. A oni tak maja swoje Oscary. Więc cała zabawa po nic. Ale, niestety, lata 60, kiedy to Brytyjczycy mieli trzy świetne towary eksportowe z zakresu popkultury: królową angielską, Beatlesów i Bonda jakoś nie chcą wrócić.

W NaTemat.pl  czytam, że „arcybiskup Wacław Depo chciałby wprowadzenia listy zakazanych mediów. Według częstochowskiego hierarchy Katolicy, którzy np. przeczytają artykuły w zakazanym piśmie, będą musieli się z tego spowiadać.” Popieram w całej rozciągłości. Ale że wiele z artykułów w mediach ściśle katolickich to polemika z artykułami „mętnego nurtu”, więc publicyści katoliccy powinni mieć jakąś dyspensę, żeby jednak mogli to czytać. Ale – co za problem..?

Pani poseł Krystyna Pawłowicz doświadczyła ambiwalencji uczuć. Na tle ministra Zdrojewskiego od kultury. Najpierw, jak wręczał nagrodę Polańskiemu – odraza. Bo nagradza pedofila. Ale jak sypnął 6 milionów na Świątynię Opatrzności Bożej, to spojrzała przychylniej. I teraz ma hamletyczny dylemat. I musi z tym żyć!