Archiwum miesiąca: październik 2013

Kawałek mięsa…

 

Powołałem się w notatkach z dzisiejszego filmu na piosenkę Paula Younga, no to puśćmy ją sobie. Fryzura, strój estradowy, aranże, instrumentacja – wszystko czyste lata 80-te. Mnie się to kojarzy następująco.  Środek zimy, minus 20. Jadę na urlop z poligonu (spaliśmy w namiotach). W pociągu ciepło, zdrzemnąłem się i nie zdążyłem wysiąść w Pile. Stoję więc w otwartych drzwiach wagonu i wyczekuję, aż pociąg zwolni. Zwolnił dopiero w Jastarni, ale dobre i to. Skaczę, turlam się z nasypu. Miasteczko wymarłe. Posiedziałem trochę na pustym dworcu, ale czuję, że kostnieję. Więc na szosę. Któryś kolejny tir zabrał mnie do Wałcza. Tam mnie kompletnie rozłożyło. Wreszcie budzę się z maligny, włączam telewizor (tranzystorowy, radziecki), a tam Paul Young. „Every Time You Go Away”…
Internauta dopisał pod teledyskiem. I always heard: „Every time you go away, you take a piece of MEAT with you.” Po prostu praktyczne podejście do życia.

Polska właśnie

Redaktor Tomasz Sekielski odczuwa przemożna potrzebę zerwania kurtyny, za którą polski rząd i rozmaite agencje wywiadowcze robią brudne interesy kosztem społeczeństwa. Mógłby  się oburzyć w radiu lub w gazecie, ale on wybrał potoczystą powieść sensacyjną z kluczem. Słusznie. Fabułka dłużej trzyma się pamięci. A w fabułce sami swoi, choć pod innymi nazwiskami.
Rząd jest tylko klubem dyskusyjnym. Rozmaite agencje wywiadowcze kręcą nim, jak chcą. Premier podejmuje decyzje w zależności od tego, jaką teczkę mu akurat podsuną. Bo to jest kurek na wietrze – kalkuluje w kategoriach kadencji. Tej, najwyżej następnej. A wywiad działa w perspektywie wielu dziesięcioleci. Rozumie, że opłaca się zainwestować w młodego, wybijającego się działacza. Wesprzeć finansowo (pensyjka z rady nadzorczej), wysłać na stypendium, przyspieszyć karierę… A jednocześnie cyknąć parę kompromitujących fotek, zebrać podpisy, że wzięło się fundusze na kampanię. I tak zaopiekowany działacz wspina się, a papiery sobie grzecznie czekają. Na moment, kiedy agencja wywiadu wyrazi zapotrzebowanie, by – teraz już premier – podjął decyzję po jej myśli. Bo jak nie… Zresztą, po co te nerwy?  Media to pięknie uzasadnią, bo tam też pełno redaktorów, którzy siedzą na dwóch stołkach.
A po myśli wywiadu jest, by Polacy nie przelewali w Iraku krwi na darmo. Tylko żeby władze Iraku dopuściły polskie spółki do eksploatacji złóż naftowych. Nafta za krew. Tylko, że to wprawdzie są spółki polskie, ale bynajmniej nie kontrolowane przez skarb państwa, lecz przez inwestorów prywatnych. A w praktyce przez wysokich oficerów wywiadu. Forsę wykłada jednak nie pułkownik wywiadowni (po kursach w KGB), lecz dorobiony biznesmen. On też nie wziął się znikąd. Kiedy zaczynał, był drobnym, choć obrotnym kryminalistą. Więc pchnęło się go na zachód, by tu nie lazł sędziom przed oczy. By raczej inwestował pieniądze, które głupi rząd pakował w FOZZ. On coś tam skubnął dla siebie i teraz okupuje szczyty list najbogatszych. Stać go nawet na własną telewizję, która co wieczór pakuje rodakom do głów sieczkę. Oni zresztą w swej masie za tym przepadają.
Ale – jak w dobrym thrillerze – w tej układance namiesza pewien kliniczny wariat i agenciak, któremu już wszystko się poplątało i nie wie, komu służyć. No tak, jak polityka oszalała, to najlepiej napuścić na nią wariata.
Wreszcie uroczy drobiazg. W trakcie operacji pewien agent dostaje kryptonim „Malik” i za cholerę nie rozumie, dlaczego. My wiemy. To oczywiście z filmu Jacka Bromskiego „Zabij mnie glino” ze środkowym Lindą. Bo jak ktoś czyta kryminały Sekielskiego, to ogląda też kryminały Bromskiego. I odwrotnie.

Tomasz Sekielski, Obraz kontrolny, Rebis, Poznań, 2013 LINK

„Uważam rze”

Gruza, lecz z innej książki

Postęp technologiczny. Z roku na rok prezenty pod choinkę są coraz trudniejsze do rozpakowania.

Pamiętam jedno z pytań redaktora X do ówczesnego ministra spraw zagranicznych.
– Panie ministrze, czy przyjaźń i pomoc Związku Radzieckiego jest korzystna dla Polski?
Namysł. Zmarszczona twarz ministra. A potem zdecydowana odpowiedź.
– Tak. Zdecydowanie, tak.

Panuje zasada: nie ma cię w telewizji, nie istniejesz. Umarłeś, zachorowałeś, wyjechałeś na stałe za granicę. Jeżeli nie ma cię na otwarciu, promocji, wernisażu, rozdaniu nagród, premierze – nie ma cię, mimo, że żyjesz, pracujesz, tworzysz.

Realisty show. Pozwala ludziom, którzy nie mają nic do roboty, patrzeć na ludzi, którzy robią cokolwiek.

Rozumiem doskonale jednego z aktorów estradowych, Tadeusza Olszę, który gdy w „Syrenie” występował Dymsza i miał brawa, to ten zamykał się w toalecie, aby nie słyszeć owacji dla kolegi.

Ilu jest w Polsce takich ludzi, co specjalizują się w swoim zawodzie i chcą go wykonywać perfekcyjnie przez całe życie?.. Bo przecież zwykle, gdy jesteśmy kelnerem, nie chcemy być wybitnym kelnerem, chcemy być kierownikiem sali, gdy zostajemy kierownikiem sali, to dyrektorem, jak jesteśmy dyrektorem, to chcemy być ministrem… Nie cenimy tego, co nam przyszło robić.

„Człowiek z wieszakiem. Życie zawodowe i towarzyskie”

Nocny pociąg do Lizbony / Nacht Zug nach Lisbon

 

Pewien gimnazjalny profesor z Berna (ale mówi po angielsku) ratuje dziewczynę przed śmiertelnym skokiem z mostu. Ona ma przy sobie książeczkę z rozważaniami pewnego portugalskiego medyka-filozofa. Profesor jedzie do Lizbony, by się z nim spotkać.

Ta filozofia z książeczki ma być niesłychanie głęboka. Ale zdania w rodzaju: „Odchodząc z jakiegoś miejsca zostawiamy cząstkę samych siebie…”, to ja dziękuję.
Jak w piosence Paula Younga: „Every Time You Go Away, You Take a Piece of Me With You”. A to jest bardzo popularna piosenka.

Gdybyż oni wszyscy nie byli tak cierpiętniczy I napuszeni, i nabzdyczeni… Po kwadransie ta wzniosłość jest nie do przełknięcia.

Bille August jest zdolny, ale jak trafi na swój temat. „Biały labirynt” też reżyserował według książki. Powieść była niezła, a na ekranie wyszła płasko. Tu podobnie.

Jeremy Irons niezły, ale użyty w złej sprawie.

Bruno Ganz jako weteran gestykuluje tak samów, jak wówczas, gdy w „Upadku” grał Hitlera.

Nocny pociąg do Lizbony / Nacht Zug nach Lisbon, reż. Billie August, 2013

Trzy promile w Jarosławiu

Nareszcie wiadomość, w której odnajduję ducha mojego rodzinnego miasta – Jarosławia (Podkarpackie). Tam bowiem na jednym z bardziej ruchliwych skrzyżowań pojawił się obywatel, który stanął na środku i dyrygował ruchem. Używał  przy tym donośnego, sędziowskiego gwizdka. Współmieszkańcy omijali go ze zrozumieniem. Wszak to Jarosław – tu wszystko może się zdarzyć. Aż wreszcie jakaś wredota go zakapowała. Przyjechała policja. Trzy promile. Z tym, że internauci wytknęli od razu policjantom, że nie są na bieżąco, bo poprzedniego dnia ten sam obywatel dyrygował ruchem na rzeczonym skrzyżowaniu pomagając sobie waleniem w bęben.
A propos tej ulicy Słowackiego. Ona wespół z ulicą Grunwaldzką tworzyły główne skrzyżowanie w mieście. Niektórzy regionaliści twierdzą, że słynne, żydowskie, przedwojenne powiedzenie: „Waszy ulicy, naszy kamienicy” narodziło się w Jarosławiu. Bo wprawdzie główne ulice nazwane hurrapatriotycznie, ale wszystkie kamienice przy tych narodowych i arcypolskich ulicach były własnością Żydów.