Paweł Sołtys, Monolok:
Cytaty:
… ten świat, który na niego patrzył, postanowił go naprostować. Nie skiepścić, bez przesady, naprostować, by znowu było git, by nie zapomniał, skąd jest i gdzie powinien wypić ostatnią setkę w życiu.
Z nas czterech: pana Antoniego, pana Piotrusia, pana Andrzeja i mnie, już tylko ja mogę mówić, pamiętać i wątpić. Ich nie ma na powierzchni. Wszyscy pod różnymi płytami, ale mówiłem już, ja w śmierć wierzę umiarkowanie. I kiedy mi się śnią, a śnią się czasem, to rano budzę się z pewnością, że i ja się im śnię. A może nie? A jeśli, to jak? Cholera wie, o czym śnią umarli.
A i tak leżała dwa tygodnie bez życia, bez świadomości, choć potem cuda opowiadała o tym czasie, że aniołów i świętych to się napatrzyła tylu, co inni sto lat po śmierci nie zobaczą.
I co z nią? Ano żyje, choć to już takie życie na zasiłku i dykcie.
… siedziała w oknie jak Pan Bóg przykazał, ręce i piersi w podomce złożone na poduszce, wzrok emerycki.
… nie wytrzymała. „Halina”, co się nie dała złamać za sanacji w ciężkim więzieniu w Rawiczu, co przeszła kanałami więcej niż my po bułki, co po wojnie dwa lata siedziała za nieodpowiedni komunizm, powiesiła się z powodu Mruczka, Czarnego i Rudej z małymi. Trumnę jej nieśli towarzysze. I Moreszczak, który kilka flaszek rozdał za ten honor. Koledzy „Haliny” myśleli, że może to ktoś z partii albo z władz dzielnicy, a to był on, bezpartyjny cukiernik, zawołany pijak sobotni, porządny facet, tylko gołębie kochał bardziej niż siebie.
Albo – to już był mój sposób na starszych panów: pan się tak nie wierć, bo to widzę, że same mięśnie i mi pan fotel rozpirzysz, a nowy to majątek. I taki pan Rystek, no, siedemdziesiąt lat prawie, niby się śmieje, niby wie, że to żart, ale dłonie na chwilę na oparciu zacisnął, żeby sprawdzić, czy jeszcze krew w nim płynie, czy jeszcze jest krzepa. I już wiem, że będzie kilka złotych ponad taryfę.
Ja swoich opłakałem, ale jak mnie pytają, czy ja jestem dumny? Wstydzić się nie wstydzę i za złe słowo o chłopakach i dziewczynach w mordę mogę dać, ale żeby uważać, że tak powinno być, że to normalne… No nie, nie. Szesnaście lat chłopak to powinien w piłkę grać, uczyć się, dziewczynom kwiaty zrywać, a nie patrzeć na śmierć, na gówno, na to, jak miasto sześćset lat budowane w miesiąc się zmienia w rumowisko. A ten mnie będzie uczył, morda pijacka, jemu się śni setka w szkle, a mnie się śnią płonące domy, ludzie, kanały, w których porządne chłopaki tracą zmysły i modlą się Bóg wie do kogo.
… dobrze spotkać kogoś, kto nie narzeka, kielicha wypić z kimś, kto po tym kielichu nie będzie ci w rękaw smarkał.
A była taka, że jak szła na balangę, to ulice się za nią wyginały, żeby jeszcze spojrzeć, jak idzie.
Śmierć będzie przychodzić w nocy, w filcowych kapciach jak w muzeum, i to tylko do bardzo starych ludzi, do tych, co się już nażyli, nagadali do woli. A, i każdemu ta śmierć jeszcze da zapalić amerykańskiego albo angielskiego papierosa, tak żeby ostatniego macha już wypuścili na tamtym świecie, na chwałę bożą, zmiesza się ten dym z wiecznym dymem serafinów, a za stypę i pogrzeb zapłaci państwo, za każdego kotleta i za każdy kieliszek wódki, za każdą galaretkę, sałatkę i śledzia, bo to nie będzie już to państwo co teraz, tylko królestwo w połowie nie z tego świata, jedną nogą stąd, z baru na Bródnie, a drugą stamtąd, z wiecznego baru w wiekuistym blasku.
W ogóle to puszczanie oka, perskiego się kiedyś mówiło… Inaczej puszcza oko złodziej do złodzieja, gdy widzą frajera do przewałki, do kart, do wyciągnięcia portfela, inaczej bufetowa do stałego klienta, tam jest przecież cień erotyczny, ale chodzi w sumie nie o to, inaczej kumpel do kumpla nad kielichem i opowieścią, a z inną melodią, kiedy wokół dęte towarzystwo, choć kumple ci sami. A całkiem inaczej puszcza oko młoda dziewczyna, gdy ty też jesteś młody i powiedziała właśnie coś, co może być i niewinne, i pikantne, i dopiero to oko dorzuca pieprzu, wtedy zwykłym chłopakom zaczynają się pocić dłonie, a wyjadaczom miłosnych gier otwiera się okno, jeszcze niby szeleści firanka, ale już wiadomo.
