Paul Ham, Dusza. Historia ludzkiego umysłu:
Cytaty:
Drzewa kochano we wszystkich społecznościach prymitywnych. Żyjąc w lasach bądź w ich pobliżu, mając do dyspozycji owoce, cień i inne dobrodziejstwa drzew, wczesny Homo sapiens zaczął uważać je za dobre duchy, cud powszedniego życia, który zawsze był i będzie. To uwielbienie przeobraziło się w formę kultu czy też wiary w drzewa. Drzewo miało esencję witalną, życiodajną siłę, nawet duszę. Nic dziwnego, że leśne duchy, driady, duszki i nimfy baraszkują wśród rytów i pojawiają się w mitach każdej pogańskiej tradycji religijnej.
Te codzienne zmagania o to, by przeżyć, zaszczepiły w neolitycznym umyśle pragnienie wyjaśnień, opowieści dających nadzieję. Zasiane zostało ziarno otwartych domysłów. Skąd się wziąłem? Co tu robię? Czy moje życie ma jakiś cel?
Z czasem ludzki umysł wyobraził sobie i obdarzył wiarą panteon bogów zdolnych do interwencji w świecie śmiertelników – do przynoszenia im wojny i pokoju, choroby i zdrowia, życia i śmierci.
W starożytnej Grecji sąd zasiadający w prytanejonie mógł „skazać na banicję” kamienie, które spadając, przypadkiem spowodowały czyjąś śmierć. Najbardziej spektakularnym przykładem takiego myślenia są decyzje perskiego władcy Kserksesa. Kazał on biczować morze po tym, jak sztorm zniszczył most pontonowy, po którym jego najeźdźcza armia miała przeprawić się przez Hellespont40.
Grupy etniczne posługujące się językami bantu obawiały się o los swoich dusz setki lat wcześniej, nim chrześcijańscy misjonarze we własnym przekonaniu zajęli się ich edukacją.
Teatrami „ucieczki duszy” były sny. Według wierzeń wczesnych ludzi to, co działo się we śnie, działo się naprawdę. Jeżeli komuś przyśnili się nieżyjący krewni, oznaczało to, że dusza śniącego odbyła podróż w czasie, by się z nimi spotkać.
Dla neolitycznego umysłu osobista dusza była zatem animą, oddechem, cieniem lub esencją danej osoby; tym, co dawało życie ciału. Z kolei to ludzkie życie było jednostkową formą ekspresji świadomości zbiorowej plemienia. W tej wspólnej świadomości zjawiska zewnętrzne, takie jak zdrowie i choroba, dostępność i brak pożywienia, kojarzone były z dobrem i złem, szczęściem i nieszczęściem. Taki był początek modlitwy i składania ofiar.
A wszystkie te duchy przodków spływały do Wielkiej Tajemnicy i Everywhen, nieustającej koegzystencji wszelkich naszych wczoraj, dziś i jutro, wypełnionej duchami przodków z przeszłości, duszami żyjących i zalążkami dzieci, które jeszcze się nie narodziły.
Największą trójcę bogów tworzyli Brahma, Wisznu i Śiwa, boscy stwórcy i najwyższe istoty, wraz ze swoimi licznymi awatarami, które wędrowały po świecie, ingerując w sprawy śmiertelników. Na przykład Wisznu miał według puran dziesięć awatarów – „swego rodzaju chodzący jednoosobowy politeizm”− raz wciela się w rybę, innym razem w niedźwiedzia, kiedy indziej w człowieka-lwa i w wielu różnych ludzi (między innymi w Ramę i Krisznę), których ciała bóg zamieszkuje częściowo, podczas gdy reszta jego osoby pozostaje w niebie.
Bogowie przenikali każdą sferę życia wioski, ingerowali w ludzkie nadzieje i marzenia, obiecywali szczęście, dobrobyt i drogę do nieba, czyli mokszę. To, czy człowiek osiągał ten szczęśliwy stan, zależało od jego karmy, to jest dobrych i złych czynów w życiu doczesnym.
Wiara w reinkarnację – czyli „ponowne wcielenie” – jest centralnym elementem hinduizmu, ale także wielu innych religii;
Łatwo dostrzec, dlaczego koncepcja odrodzenia była tak atrakcyjna: reinkarnacja oznaczała, że nigdy się nie umrze. A skoro tak, to po cóż lękać się śmierci?
Cykl samsary był swego rodzaju duchowym dniem świstaka. Skazywał człowieka na wieczne odradzanie się w nowym życiu jako karę za to, że nie powiodło mu się poprzednie. Karą za kolejną porażkę było ponowne wrzucenie do gorszego życia – niewykluczone, że tym razem nawet nie do ludzkiego.
O tym, w jakim ciele lub rzeczy człowiek się odrodzi, decydował swego rodzaju osobisty bilans dobrych i grzesznych czynów. W wierzeniach hinduistycznych i buddyjskich to zestawienie uczynków nazywano karmą.
W świadomości dziecka pozostają ślady ulotnych momentów z jego poprzednich żyć. Jest to „pamięć karmiczna”, psychiczna pajęczynka poprzednich egzystencji, która przylega do duszy obecnej, „przypominając” gospodarzowi o wcześniejszych wcieleniach. To podobno właśnie pamięć karmiczna jest wytłumaczeniem poczucia déjà vu, jakie niekiedy nas ogarnia w zetknięciu z pozornie nowymi doznaniami, echa kogoś znajomego w zupełnie obcej osobie, znajomego widoku w obcych krajach czy nagłej smykałki do nigdy wcześniej niećwiczonej umiejętności.
Karma znaczy „czyn”. W tradycjach hinduistycznej, buddyjskiej i dżinijskiej czyn karmiczny oznacza moralne lub niemoralne działanie o poważnych konsekwencjach dla losów duszy w przyszłym życiu. W tym sensie karma jest „owocem” uczynku dokonanego w jakimś poprzednim życiu.
Tym samym „zła karma” oznacza, że jeśli człowiek grzeszy w tym życiu, to może się odrodzić w niższej kaście, biedny, chory, kaleki lub oszpecony – albo gorzej: jako wąż lub owad. Karma bywała okrutna i pamiętliwa. Jeżeli jednak człowiek wiedzie życie poczciwe (nawet jeśli nie na tyle dobre, żeby zasłużyć na mokszę), to może liczyć, że odrodzi się jako osoba wyższego stanu, bardziej majętna czy bardziej utalentowana.
Atman w niczym nie przypomina duszy chrześcijańskiej, która opuszcza ciało i wyrusza do nieba, czyśćca lub piekła. Atman jest „transmigrującą osobowością”, w której wszyscy
uczestniczymy; uniwersalną jaźnią, która niczym wielka rzeka wspólnej świadomości płynie przez kolejne pokolenia. Atman nie ma początku ani końca. Uniwersalna jaźń łączy rodzaj ludzki w jeden niepodzielny strumień ludzkiej świadomości, od której percepcji uzależnione są wszelkie rzeczy, wszelkie zjawiska.
Ponad dwa tysiące przed tym jak Kartezjusz odłączył umysł od ciała, starożytni hinduiści odróżniali już myśli (czyli umysł) od świadomości (jaźni/duszy/atmana).
Według pobożnych hinduistów przeciętna dusza do czasu osiągnięcia mokszy umierała nawet 8,4 miliona razy. To sporo umierania. A także sporo prób i błędów. W ten sposób ujawnia się nieubarwiona prawda na temat samsary: życie to niekończący się koszmar nawrotów śmierci.
Jak wszystkie trwałe religie hinduizm przesiąknięty jest fantastycznymi twierdzeniami, których nieweryfikowalność właśnie jest kluczowa dla podtrzymania tajemnicy wiary i ufności wyznawców.
Na tym właśnie polegał sens cyklu samsary: wciąż próbować! Wciąż dawać z siebie wszystko! Wciąż wierzyć! Okazywać życzliwość, miłosierdzie, traktować innych ludzi tak, jak sami chcielibyśmy być traktowani, a któregoś dnia – któż wie kiedy? – uda nam się wyrwać z cyklu powracającej śmierci i dołączymy do rzeszy szczęśliwców, którym pisana była moksza.
Moksza i nirwana nie były „miejscami” pełnymi aniołów, harf, dziewic i uczt, jak w wyobrażeniach chrześcijańskich i muzułmańskich. Niebo hinduistyczne i buddyjskie jest strumieniem świadomości – czystej, spokojnej, nieskalanej żalem, bólem ani gniewem.
Od blisko pięciu tysięcy pięciuset lat wyznawcy dżinizmu żyją w podporządkowaniu zasadzie pokojowej koegzystencji. Nosi ona nazwę ahinsa, czyli „niekrzywdzenie”, w czym przypomina przysięgę Hipokratesa.
Dżiniści są entuzjastami działań pozytywnych – ponadprzeciętnie wspierają działalność charytatywną, której beneficjentami są osoby ubogie i zwierzęta, łożą też środki na tysiące sanktuariów zwierzęcych w Indiach i Ameryce. Stronią od mięsa i innych produktów zwierzęcych obciążonych złą karmą. Dżinijscy asceci unikają nawet jedzenia niektórych warzyw, nie chcąc kaleczyć nasion, korzeni i łodyg – i to prawda, że zmiatają z drogi mrówki.
Źródłem cierpienia jest pragnienie (druga z czterech szlachetnych prawd), ciągły „niedostatek” szczęścia (sukha), oraz złudzenie, że osiągniemy je, jeśli będziemy lepsi, bogatsi, bardziej atrakcyjni i wpływowi. Jak zauważa Budda, nasze pragnienie nigdy nie zostaje zaspokojone. Naucza, że wolność od cierpienia stanie się możliwa dopiero wówczas, gdy znajdziemy sposób, jak położyć kres tej tęsknocie za bogactwem, statusem społecznym, przyjemnościami, władzą i tak dalej.
Budda zaproponował Szlachetną Ośmioraką Ścieżkę, która miała położyć kres naszemu pragnieniu i cierpieniu. Tworzyły ją: słuszne rozumienie, słuszna intencja, słuszna mowa, słuszne postępowanie, słuszny sposób zarabiania na życie, słuszne dążenie, słuszna uważność i słuszna medytacja. „Jeżeli dharma jest kołem – rzekł Budda – to ta ósemka tworzy jego szprychy”.
Budda nie upatrywał przyczyny nieszczęścia w czynnikach zewnętrznych, takich jak niesprawiedliwość społeczna, ucisk polityczny, niewolnictwo, wojna, ubóstwo, systemowe uprzedzenia i tym podobne. Nieszczęście brało się z umysłu człowieka, z jego pragnienia.
Ujarzmij niezdrowe potrzeby umysłu, a uwolnisz swe życie od cierpienia. Kolejnym etapem będzie nirwana.
