Grzegorz Piątek, Świątynia i śmietnik. Architektura dla życia:
Cytaty:
… historia architektury rzadko interesuje się tym, co zwyczajne. Nie chodzi nawet o śmietniki, ale niemal o wszystko, co służy codzienności.
… odciągają uwagę od tego, co ostatecznie decyduje o doświadczeniu miasta i o jakości życia. A decydują nie odświętne gmachy, lecz suma przestrzeni dla codzienności. Mogą to być wielkie budowle, ale przeważnie chodzi o te drobniejsze: domy, bloki i kamienice, szkoły i przedszkola, miejsca pracy i rekreacji, przystanki i toalety, parki i podwórka. A w tych parkach i na tych podwórkach – ławki i śmietniki.
„Mało który kraj może powiedzieć, że ma u siebie dziesięć procent architektury. Reszta to po prostu budownictwo, mniej lub bardziej udane, czysto użytkowe realizacje, które w drodze uzusu, a trochę pracy krytyków architektury, historyków sztuki i architektury, zostały opatrzone etykietką »architektura«”.
Przedstawiciele elit i aspirującej klasy średniej pierwsi czerpali korzyści z modernizacji, a mimo to kurczowo trzymali się dawnych form życia. Piece na węgiel zastępowali już centralnym ogrzewaniem, ale kaloryfer maskowali za pomocą misternie kutych krat. Żarówkę wciskali w kryształowy żyrandol, a stalowe konstrukcje coraz wyższych kamienic zakrywali tynkiem, gipsem, stiukiem. Loos, na przekór temu wyparciu, rezolutnie dowodził, że – jako nowoczesny człowiek – nie może nosić rzymskiej togi, bo spadłaby z niego przy próbie wskoczenia do tramwaju9. Choć projektował głównie domy, sklepy i wnętrza dla burżujów, walczył z tradycyjnie pojmowanym przepychem, lansował prostotę, solidność i praktyczność.
„Artysta służy jedynie samemu sobie, architekt służy ogółowi”
… młody Le Corbusier nawoływał, by o domu i wnętrzu myśleć jak o sprawnym urządzeniu, które znakomicie spełnia wszystkie swoje funkcje, jak o przyjaznym narzędziu, które dobrze leży w dłoni.
Według tych modernistek i modernistów architekt powinien być przede wszystkim godnym zaufania fachowcem, który potrafi uczynić życie bardziej praktycznym, a dzięki temu – przyjemniejszym, zdrowszym, wygodniejszym.
… budowle powstające oddolnie i spontanicznie, często związane z szarą strefą, czy – mówiąc ładniej – gospodarką nieformalną, takie jak stragany, a później także wstydliwe miejsca, takie jak publiczne toalety.
Śmietnik to prawda o życiu. Nieidealna, ale prawda. Świątynia to projekcja ideałów.
W cieniu śmietnika spotykają się, jak niedopuszczone na salon wyrzutki, wyparte koszmary naszych czasów: nadprodukcja i nadkonsumpcja, eksploatacja środowiska i ekonomiczne nierówności. Ci, którym brakuje, grzebią w śmieciach w poszukiwaniu tego, czego inni mają w nadmiarze.
– Skibniewska walczyła z podejściem do dziecka, które nazywała „nie rusz, zapnij się, zostaw” – opowiada Fudala. – Uważała, że architektura nie powinna dziecka strofować, że ono w osiedlu powinno mieć luz, wolność, stymulującą atmosferę. Dlatego z Scholtz proponowały też miejsca niedokończone, na przykład place zabaw zwane „robinsonadami”, na których dzieci mogą układać własne kompozycje z różnych elementów.
… w mieście kapitalistycznym zieleń ma prawo życia tylko tam, gdzie ziemia jest tania – im dalej od centrum, tym większe jej szanse na przetrwanie.
Rozumował tak jak wcześniej fabrykanci fundujący osiedla dla swoich robotników czy Le Corbusier rzucający hasło „architektura albo rewolucja”53 – albo szerzej rozdystrybuujemy zdobycze nowoczesności, albo sfrustrowane masy ulegną politycznej radykalizacji54 i wpadną w objęcia socjalistów czy, co gorsza, komunistów.
Historia architektury jest jednak dla Żórawskiego łaskawa, bo zbyt rzadko interesuje się tym, jak budynki działają, a skupia na tym, jak wyglądają. To tak jakby dietetycy zajmowali się głównie tym, jakie wrażenie potrawy robią na talerzu, a nie ich wartościami odżywczymi i wpływem na organizm.
Historia architektury jest jednak dla Żórawskiego łaskawa, bo zbyt rzadko interesuje się tym, jak budynki działają, a skupia na tym, jak wyglądają. To tak jakby dietetycy zajmowali się głównie tym, jakie wrażenie potrawy robią na talerzu, a nie ich wartościami odżywczymi i wpływem na organizm.
Nawet najmniej spostrzegawczy mężczyzna potwierdzi, że tam, gdzie zbierze się większa liczba chętnych – na lotnisku, podczas przerwy w szkole, po seansie w kinie – kolejka do damskiej toalety jest dłuższa niż do męskiej.
Te niekorzystne proporcje to i tak postęp w stosunku do czasów wiktoriańskich, kiedy tabliczka GENTS na drzwiach nie była nawet potrzebna, ponieważ ubikacje publiczne przeznaczano z zasady dla mężczyzn.
Pierwszy szalet dla pań i panów w Londynie pokazano na Wystawie Światowej w 1851 roku, ale trzeba było ponad czterdziestu kolejnych lat, by otwarto pierwszą stałą damską toaletę w mieście68. Ten deficyt był ewidentnym zwycięstwem konwencji nad potrzebą.
Nie tylko w Warszawie i nie tylko w Polsce lekarstwem na zapaść miało być szersze udostępnienie łazienek w budynkach publicznych czy restauracjach, lecz na dłuższą metę może to być tylko uzupełnienie systemu, a nie jego zastępstwo. Trudno oczekiwać, że toaleta w bibliotece położonej w tłumnie odwiedzanym punkcie przyjmie na siebie taki ruch jak toaleta na dworcu. Natomiast restauratorzy, mimo zachęt, na przykład dziesięcioprocentowej obniżki czynszu, często nie życzą sobie takich przypadkowych gości.
„Forma i usytuowanie szaletów publicznych odzwierciedla sposób, w jaki społeczeństwo traktuje swoje ciało, jakie panują w nim relacje płci, gdzie przebiega granica pomiędzy tym, co nieczyste, a tym, co święte”.
Dzięki temu, że warszawska toaleta jest zaokrąglona, nie ma narożnika, za którym mógłby się schować napastnik. Nie ma też okna, więc nikt nie może zajrzeć do środka, ale jest nieprzejrzysty świetlik w dachu, który sprawia, że w dzień wnętrze nie jest całkowicie ciemne.
„Sikajmy i głosujmy! Budujmy szalety, nie pomniki!”
