Eliza Kącka, Wczoraj byłaś zła na zielono:
Samotna matka wychowuje córkę ze spectrum autyzmu. Tegoroczna Nike (także Nike czytelników).
Jak dla mnie za mało konkretów, za dużo metafor.
Cytaty:
– Za dużo mamy rzeczy. – Oddaj je. Dom musi być lekki – powiedziała. – Tylko wówczas poleci – dodałam.
Sprzeczne dane, gdybania. „Jest energiczna, trzyma kontakt wzrokowy, o, jak się do pani ładnie przytula. Mowa przyjdzie z czasem”. Nie szło tylko o mowę. Szło o inność w obsłudze świata.
A gdy wygrasz z przedszkolanką, wygrasz z każdym.
Ojciec zagadnął konspiracyjnie: – Słuchaj, przepraszam, nie wydaje ci się, że on mówi „psubrata” o małej, a nie „psubrat” o mnie? Owszem, akcent robił z Rudej psubratkę. Balkonową gangsterkę, tropicielkę dziadków.
Nauczyłam się książeczek na pamięć. Gazet też: rzadko zmieniał się repertuar. Do dziś pamiętam ogłoszenia budowlane i nekrologi. „Sprzedam działkę pod grób” dali naraz w obu działach. „Gazeta Olsztyńska” sprzed niemal dekady gwarantowała, że u nas bez zmian.
„Tam!” – skandowała i śmiała się, wyraźnie rozbawiona tą nowo nabytą umiejętnością mówienia, do której coś w niej dojrzało. A może dojrzała do niej już dawno, tylko nie korzystała z tej zabawki. „Tam!” – deklamowała w tonie podniosłym i wychylała się między sztachetami, mierząc palcem w stronę lasu. – Tak, tam jest las, to las – dopowiadałam rozpaczliwie, by podtrzymać dobrą wolę mówienia do świata. – Tam – obróciła się na pięcie, mierząc palcem w słońce.
Pytałam zatem, spekulowałam, gdybałam. Jaka myśl prowadzi tam swój niekończący się monolog? A może to nie ta szkoła? Może w jej głowie samotnieją lub rozpychają się słowa? Słowa-obiekty, słowa-rzeczy. Może to ich kolizje, tarcia, ich brzmienie wprowadzają ją w taki nastrój? Może ona widzi, co ja tylko dekoduję, by wyobrażać to sobie po swojemu? Może słowo ma kolor i stroszy jakieś kłaki?
Tę gadkę trzeba było skasować jak bilet.
No, pełna rodzina by się pani przydała. Wiedzy pani ma dość. Więcej to już, powiedziałbym, może zniechęcić.
W macierzyństwie zaprzężonym do wózka martwiło mnie zawsze oddanie jednej osobie, wąskość perspektywy. Martwiło, nim sama weszłam w tę rolę.
Niektóre matki odliczają od urodzin do urodzin. Ja odliczałam od zdania do zdania.
Więcej było zdań zagadek, notowałam je na papierze i w głowie. Jedno z najważniejszych rzuciła mi od niechcenia. Była już znacznie starsza, chodziła do szkoły. – Wczoraj byłaś zła na zielono. Zdębiałam. Owszem, wkurzałam się koncertowo, ale nie wiedziałam, że w kolorze.
– O, jak fajnie, ładnie, że się tak razem bawicie. Podoba ci się, prawda, zobacz, tym razem inaczej. Paplałam, wiedząc, że „inaczej” to w świecie Niebojaka iskra na lont.
Choćbym wmawiała sobie, że to tylko troska, nos podpowiadał co innego. W. zwąchał, co i ja zwąchałam. Nie wrócimy już do życia od frontu, ale będziemy tłuc się od zaplecza. Nie podwiozę jej elegancką taryfą ani własnym autem, a w recepcji nie starczy już dla nas pakietów obywatelsko-wdrożeniowych. Wydadzą ostatnie, nim dobrnę do okienka.
Gdy pogoda dopisywała, ruszałyśmy deptakiem w stronę Biesiady, sklepu, gdzie czas zastygł tak, że można by go kroić sztućcami z zakurzonej witryny. Prowadziła mnie do działu z ceratami, ja pytałam o najładniejszą, czasem wskazywała – i już. Ekspedientki raz tylko spróbowały ingerencji: – Jak się pani wczoraj nie podobało, to nie warto było dziś przychodzić. Kolejna dostawa w poniedziałek. – My tak dla przyjemności.
Miałam jeszcze rozmowę z Janiną na osobności. Skorzystała, że córka poszła po konewkę. – Co ty masz do tego dziecka? Ja, że nic, o co chodzi. – Jest świetna, rozumie, co trzeba. Słuchaj, ona ma instynkt. Ty nie. Szczęka mi opadła.
Trudno opisać poziom zanurzenia w stan, zdolność do rozmoszczenia się w nim. Nie zastanawiałam się nad takimi sprawami, póki nie pojawiła się w moim życiu. Nie intrygowało mnie, czy i na ile ludzie przylegają do granic własnego ja, gdy patrzą na morze, siedzą z bliskimi przy stole, modlą się, medytują, adorują obraz w galerii. Czy wypełniają siebie sobą aż po czubek nosa, czubek palca, cypel źrenicy, ostatni włosek? Czy też siedzą na plaży jak zeschnięty orzech włoski, z grzechocącym gdzieś w środku rachitycznym jąderkiem, podczas gdy resztą swojego ja obracają się ku innym pejzażom, schodzą w wewnętrzne korytarze, zapadają w letarg. W wędrówce ku granicy skóry i zmysłów zatrzymują się w pół drogi, nie rozlewając się aż po styk ze światem.
