Stefan Kisielewski, Zanim nadejdzie śmierć:
Prace ostatnie, które właśnie śmierć przerwała. Poznałem p. Kisielewskiego w tym okresie, może na dwa lata, rok przed śmiercią. Wyglądał staro i źle, ale głowa była na chodzie jak zwykle.
Cytaty:
… chcecie wiedzieć, jak naprawdę wygląda życie alkoholika i to rzucone na tło wojny i okupowanej Warszawy? Czytajcie! Nie ma żałośniejszego skowytu niż skowyt pijacki!
Wspomnienia to ważna rzecz: uważam je za wielki dorobek ludzkiego życia — człowiek gromadzi je jak kapitał przez długie lata, a gdyby nagle odebrano mu pamięć, zostałby najbardziej zrujnowanym z bankrutów.
Niedawno kontemplowałem trawnik odgradzający Aleję Trzeciego Maja od Smolnej. — Na pozór nic w nim nadzwyczajnego, a przecież jednak na miejscu owego trawnika stał nie tak dawno jeszcze dom, w którym mieszkałem lat kilkanaście. Mam ten dom w pamięci: gdy zamknę oczy, widzę każde jego okno, każdy załom muru. Gdy natomiast otworzę oczy, widzę tylko trawę. Moje wyobrażenie przeżyło dom; nie odpowiada mu już żadna realność”.
Pieniędzy nie wolno było szanować: zapalaliśmy nimi papierosy, czasem rozsypywaliśmy je po podłodze, symbolicznie się w nich tarzając. Zdarzały się też całonocne gry w pokera, po których wygrywający zapraszał partnerów do baru, gdzie przepijało się i przejadało wszystko co do złotówki.
Reguła klasztoru była bardzo surowa i ściśle stosowana. Najważniejsze jej postanowienia dotyczyły jednak naszych wspólnych rozmów. Wykluczone z nich były jakiekolwiek patriotyczne biadania, narzekania, rzewne wspominki i „długie nocne rodaków rozmowy”. O wojnie, okupacji, Niemcach, sytuacji światowej mówiło się rzeczowo, analitycznie i spokojnie, jak o sprawach dalekich…
Hanka roztasowała się u nas na parę dni,
Powstanie — cóż za nazwa! Słowo to dziedziczyło przecież historyczny spadek: Powstanie Listopadowe, Powstanie Styczniowe… Czy tamte dni chwały i legendy, bohaterstwa i klęski też miały w sobie ów paraliżujący element bezsilności i prze-pajającego wszystko niepokoju? Przecież wtedy nie groziło zniszczenie miasta, zniszczenie tej dzielnicy, która jest dokumentem historii, niezastąpionym dokumentem wielowiekowego trwania narodu. Czy należy ryzykować takie skarby? Czyż trwanie narodu nie jest ważniejsze od wielkiego działania? A zwłaszcza tego działania. Czy to było przemyślane i czy to było potrzebne? Przecież Niemcy tak czy owak będą musieli opuścić miasto — skoro cofali się od Stalingradu, cofać się będą i dalej. We Francji ofensywa posuwa się już teraz niemal błyskawicznie; Niemcy przegrali wojnę i po cóż komu to polskie powstanie? Żeby zniszczyć miasto, które jest sercem narodu, żeby zniszczyć bibliotekę? Ta biblioteka więcej znaczy dla Polski niż całe Powstanie!
Bo obecna Warszawa to już zupełnie inne miasto — to jakiś sen, koszmar — to kamienny ogród obłąkańców — jak możemy żyć tutaj wraz z widmami przeszłości, patrzeć w potworne perspektywy poburzonych ulic getta, w straszliwy, ciemny plac Muranowski, jak możemy jechać tramwajem wzdłuż Okopowej i wpatrywać się bez krzyku w oślepłe źrenice nieskończonych, pustych, porozbijanych domów, w żałobne otwory okien? A przecież nikt zdaje się tego nie spostrzegać, nikomu nie ciąży to zamarłe getto tak jak mnie.
Nagle zrozumiałem: Getto przyszło do nas, duch jego owładnął Warszawą. Wielkie miasto nie zrozumiało przestrogi, strasznego memento, które wisiało nad nim jak owo mane-tekel-fares — udawało, że się nie boi, że strach nie istnieje, i oto strach wypełznął z umarłych zakamarków Dzielnej, Smoczej, Nowolipia i owładnął Warszawą.
Lubiłem pić co godzina szklankę białego wina — w hotelu była to po prostu szklanka do mycia zębów. Pod koniec wciągnąłem się trochę w trunki mocniejsze i, zwłaszcza wieczorami, ciągnąłem nieźle kalwados, „armaniak” i zwykły koniak. Pamiętam nawet paryski bal polskich malarzy, kiedy upiłem się porządnie i wpadłem bodaj w jakieś dziwne stany psychiczne. Ale to jeszcze nie był początek. Poza tym zdrowie miałem wówczas doskonałe. Prawie codzienne picie zaczęło się chyba dopiero w Warszawie, po śmierci Ojca, i to nie od razu.
Notowałem tylko poszczególne słowa, nazwy, bo na więcej nie miałem siły, a liczyłem, że te słowa przypomną mi jutro wszystko inne. Ale na drugi dzień te słowa wydawały mi się bez znaczenia, a to, co przypominały — nieważne i nieciekawe. Czyżby to było tylko narkotyczne złudzenie? Nie, na pewno nie. Pijany wie dużo, ale musi to zapomnieć, gdy będzie trzeźwy, a chcąc sobie na nowo przypomnieć, musi znów wypić. Piszą o tym tylko ludzie trzeźwi — dlatego ucieka gdzieś rzecz najważniejsza. Myślę czasem o filozofii picia — ale ja jej już nie stworzę. Wracam więc do tego, że nie mogę sobie dokładnie przypomnieć, jak i kiedy zaczął się u mnie alkoholizm. Po tej pierwszej próbie, w szóstej klasie, nie piłem chyba ze trzy albo cztery lata. Może trochę na balach i zabawach — ale raczej bardzo rzadko i bardzo na wesoło: to ważna sprawa, żeby pić na wesoło. Na wesoło też piłem w Paryżu, gdzie byłem przeszło pół roku. Piliśmy tam właściwie od rana — wino i aperitify. Nie miało to charakteru upijania się, tylko ciągłego pobudzania w sobie miłego paryskiego rausza. Lubiłem pić co godzina szklankę białego wina — w hotelu była to po prostu szklanka do mycia zębów. Pod koniec wciągnąłem się trochę w trunki mocniejsze i, zwłaszcza wieczorami, ciągnąłem nieźle kalwados, „armaniak” i zwykły koniak. Pamiętam nawet paryski bal polskich malarzy, kiedy upiłem się porządnie i wpadłem bodaj w jakieś dziwne stany psychiczne.
po paru setkach pisanie nie wychodzi. Próbowałem nieraz zanotować, co wtedy myślę. Notowałem tylko poszczególne słowa, nazwy, bo na więcej nie miałem siły, a liczyłem, że te słowa przypomną mi jutro wszystko inne. Ale na drugi dzień te słowa wydawały mi się bez znaczenia, a to, co przypominały — nieważne i nieciekawe. Czyżby to było tylko narkotyczne złudzenie? Nie, na pewno nie. Pijany wie dużo, ale musi to zapomnieć, gdy będzie trzeźwy, a chcąc sobie na nowo przypomnieć, musi znów wypić. Piszą o tym tylko ludzie trzeźwi — dlatego ucieka gdzieś rzecz najważniejsza. Myślę czasem o filozofii picia — ale ja jej już nie stworzę. Wracam więc do tego, że nie mogę sobie dokładnie przypomnieć, jak i kiedy zaczął się u mnie alkoholizm. Po tej pierwszej próbie, w szóstej klasie, nie piłem chyba ze trzy albo cztery lata. Może trochę na balach i zabawach — ale raczej bardzo rzadko i bardzo na wesoło: to ważna sprawa, żeby pić na wesoło. Na wesoło też piłem w Paryżu, gdzie byłem przeszło pół roku. Piliśmy tam właściwie od rana — wino i aperitify. Nie miało to charakteru upijania się, tylko ciągłego pobudzania w sobie miłego paryskiego rausza. Lubiłem pić co godzina szklankę białego wina — w hotelu była to po prostu szklanka do mycia zębów. Pod koniec wciągnąłem się trochę w trunki mocniejsze i, zwłaszcza wieczorami, ciągnąłem nieźle kalwados, „armaniak” i zwykły koniak. Pamiętam nawet paryski bal polskich malarzy, kiedy upiłem się porządnie i wpadłem bodaj w jakieś dziwne stany psychiczne. Ale to jeszcze nie był początek. Poza tym zdrowie miałem wówczas doskonałe.
Zanim nadejdzie smierc, Stefan Kisielewski
Są takie okresy w życiu, gdzie pamięć nie ma się o co zaczepić — przechodzą i giną. Są za to inne, nawet niedługie, które wbijają się w głowę tak, że widzi się po latach wszystkie szczegóły.
Zawsze twierdziłem i twierdzę, że prawdziwy, rasowy alkoholik nie pije dla towarzystwa, nie uznaje po wódce rozmów, dyskusji, awantur. Alkoholik pije dla siebie i chce się na tym skupić. Chce być wtedy sam ze sobą i nie lubi, jeśli mu przeszkadzają.
Zupełnie inaczej patrzy się na kobietę, kiedy się dużo wypije. Idealizuje się ją i jakoś upiększa.
Łyknięcie setki nic dla nich nie znaczyło, jak dla dorożkarza na mrozie.
Kto nie znał okupacyjnej Warszawy, ten nie wie, jakie dziwne i różne trafiały się tam lokale. W ogóle sytuacja tego miasta w czasie wojny stanowiła chyba coś wyjątkowego na całym świecie. Choćby to, że wszyscy od rana pili bimber. Sprzedawano go po prostu na ulicach, w kioskach z wodą sodową, w stoiskach z tekstyliami w Halach, wszędzie. Patrole niemieckie krążyły po mieście, Niemcy nie tylko wiedzieli o tym powszechnym — piciu, ale sami również brali w nim udział. Zabić człowieka to dla nich była drobnostka, za to pili jak i my. Zostawiali leżącego na ulicy trupa i beztrosko szli na wódkę, a właściwie na nielegalny przecież bimber. Zupełnie dziwne rzeczy!
… okupacja niemiecka dała właśnie szantażystom specjalną szansę. Wystarczyło przecież byle nie sprawdzone nawet oskarżenie, aby człowiek pojechał do obozu, poszedł do więzienia lub na śmierć. Śmierć była do dyspozycji każdej chwili, szantażyści dobrze o tym wiedzieli. Wiedzieli też naturalnie i szantażowani.
My, zwartym, zgnębionym tłumem, konwojowani przez ukraińskich policjantów, i oni, jako zaciekawieni widzowie, obserwujący nasz pochód w wolnej chwili, na marginesie normalnego życia. Po prostu w Warszawie było Powstanie, a w Pruszkowie, o kilkanaście kilometrów, go nie było. Istnieje granica obłędu i musi gdzieś w przestrzeni przebiegać.
Polska się odradza, komunizm upada, Gorbaczow dał hasło, Rosja kapituluje, wolność, wolność, hosanna! Na razie co prawda plajta finansowa, twarda reforma wokół, jak by tu przerobić komunizm w kapitalizm z tymi samymi ludźmi (w „wolny rynek” mówią rządzący moi przyjaciele, wstydząc się po staremu słowa „kapitalizm” — zresztą, co tu mówić o kapitalizmie, gdy kapitału brak).
