Archiwum miesiąca: lipiec 2016

Bo z pielgrzymami…

Czytam: „Flaga ŚDM na Giewoncie. W dniu przylotu papieża na szczyt wniesie ją podróżnik Marek Kamiński”. W hotelu w Wałbrzychu musieliśmy sporo poczekać w recepcji, ponieważ przejmowano akurat sporą grupę pielgrzymów. Dorota twierdzi, że wszystko to dawno już przewidział Jerzy Połomski:
„Bo z pielgrzymami nie wie, oj nie wie się,
Czy dobrze jest czy może jest już źle.
Jeszcze rok, jeszcze dzień – przekonanie się o tym sami
Jak to jest – z pielgrzymami”.

Ostrava. Najpopularniejsze słowo w Czechach. Podobnie jak u nas: Promocja.:

n1

Czechy. Piąty pancerny.:

n2

Wojnowice koło Raciborza. Pałac, a w nim.:

n3
Właściciel proponuje tzw. zwiedzanie uczestniczące. Więc Dorota w hiszpańskiej garocie. Z tym, że tymczasowo na ustach. „Nie mów ci, proszę cię, no bo cóż można rzec w takiej chwili…”:

n4
Ja w trumnie. Pierwsza przymiarka.:

n5
A są i inne osobliwości. Nie ma to jak trafne pozycjonowanie. „Hymn o Miłości” św. Pawła na pokrywie od kanału. Tego by nawet w Toruniu nie wymyślili.:

n6

I drobiazg, który śmieszy zapewne tylko mnie.:

n7

W Mosznie (naprawdę mogli znaleźć inny odpowiednik niemieckiego Moschen – bez jaj!) wiadomy zamek (późny Disney).:

n8

Taki tutejszy Hogwart.:

n9
Czarodziejów zastaliśmy jak skonani czarami i upałem wracali na zasłużony odpoczynek.:

n10

Muzea

– Ja byłem w muzea i ja widziałem takie rzeczy, że tu jednemu z drugim to by gały na wierzch wyszły – mówił Janusz Gajos w kabarecie. I słusznie. Bo dzisiaj muzeum to już nie starzyzna w gablotce pod szybką. Bywają u nas miasta-muzea. Taka Nowa Huta z jej Placem Lenina, obecnie, żeby było dowcipniej placem Ronalda Reagana. Przy placu bar mleczny z epoki. Lenina, nie Reagana. Zrobiłem tam za jednym razem dwa idiotyzmy. Poprosiłem o kawę. Miałem na myśli czarną, dostałem zbożową, innej nie serwują. I próbowałem zapłacić kartą… Nieopodal w dawnym kinie Światowid  – jest Muzeum PRL-u, ale „od trzech lat w organizacji”, koniec cytatu. Gdyby kto chciał wycieczce szkolnej wytłumaczyć, na czym polegał PRL, to nie ma lepszego przykładu jak  Muzeum PRL-u, które od trzech lat nie może ruszyć w centrum Nowej Huty. W tamtych czasach mawiano, że w gdyby PRL wybudował kopalnię piasku na Saharze, to po tygodniu  zabrakłoby piasku…

A skoro o muzeach socrealizmu… Mnóstwo ciekawych rzeczy upchnięto w oficynie przy pałacu Zamoyskich w Kozłówce (tuż przed Lublinem, od strony Warszawy). To tu stoi Lenin usunięty z cokołu w Poroninie. „A w Poroninie żyje jeszcze taki baca, co Leninowi kwaśnym mlekiem leczył kaca. A ty maszeruj, maszeruj, głośno krzycz: Niech żyje nam Wołodia Illlicz!” – śpiewaliśmy przy ognisku. Na mnie największe wrażenie zrobiły jednak rysunki Stefana Żechowskiego. Przed wojną ilustrował półpornograficzne  powieści Emila Zegadłowicza. Jego panienki – oczywiście nagie, talia osy, sterczący biust – były jak sen nastoletniego onanisty. Po wojnie Żechowski przeszedł przemianę i nic tylko: Stalin, Dzierżyński, Bierut i przodownicy pracy. Ale jak malował żonę kułaka, to ta – po staremu – okazywała „dużą piątkę”.  Jak za najlepszych przedwojennych czasów.

Zmorą szkolnych wycieczek stały się  spotkania z „twórcą ludowym”. Najczęściej był to miły staruszek, tknięty niegroźną manią, odstawiający „Jezusa frasobliwego” do Cepelii w ilościach hurtowych. To się zupełnie nie sprawdza w wypadku artysty, który miał pecha nazywać się Józef Chełmowski, ponieważ wszyscy mylą go z malarzem Józefem Chełmońskim, tym od „Babiego lata”.  Chełmowski to był Kaszuba ze wsi Brusy Jagle (w połowie drogi między Chojnicami i Kościerzyną) i swoją sztuką demonstrował odlot nieziemski. W jego zagrodzie setki świątków, muzykantów, aniołów, diabląt które obsiadły każdy kąt łącznie z dachami, sufitami i rynnami. Dziesiątki uli, które udają kmieci, rycerzy, Kościuszków i co tylko.  Chełmowski wyrzeźbił też pomnik katastrofy smoleńskiej. Sportertował Gagarina, Obamę, Alfreda Nobla i tysiące innych. Ilustrował przepowiednie Nostradamusa i Apokalipsę. Komponował na fisharmonii. Stworzył także „Boży Internet”, czyli telewizor na korbkę, gdzie na ekranie przesuwają się obrazki jego autorstwa. Ktoś, kto zbłądzi do jego zagrody, ucieka po godzinie, bo nie jest w stanie przetrawić tego szaleństwa. Ten Chełmowski z Brus był jak Michał Anioł i Nikifor w jednym. Z tym, że obaj po solidnych dopalaczach.

Tu i tam władze lokalne próbują ciągnąć zysk muzealny z filmu i rozrywki. W miasteczku Lubomierz (za Jelenią Górą, w stronę niemieckiej granicy) – izba pamięci Kargula i Pawlaka.  Bo główna ulica Lubomierza (innych prawie nie ma) mignęła kilka razy w „Samych swoich”.  Z planu filmowego jest tylko czapka Pawlaka i atrapa granatu („sprawiedliwość musi być po naszej stronie”). I kot, który się pęta. Zapewne potomek tego, na którym miał Witia wierzchem jechać.
Muzeum Kargula i Pawlaka przy muzeum Tercetu Egzotycznego w Lubiniu koło Kościana  jest jak stodoła przy Moulin Rouge. Żaden polski „podmiot wykonawczy” nie ma czegoś podobnego! Na pięterku w miejscowym domu kultury jest wszystko: kostiumy, płyty, instrumenty, plakaty, garderoby muzyków, fotosy. Songi o „chłopcach z naszego puebla” lecą naturalnie cały czas. Dla mnie najciekawszym eksponatem były zapisy tekstów piosenek. Otóż Tercet Egzotyczny żył z piosenki hiszpańskiej. Przez pół wieku! Ale muzycy nie znaleźli czasu, by choćby liznąć tego języka, bo nawet prościutkie teksty zapisywali sobie w transkrypcji na język polski.

Władze Kalisza udają, że tego muzeum nie ma. Miasto nie chwali się nim na własnych stronach internetowych. Galeria Sztuki Użytkowej. Trafia się tam z głupia frant, rzut beretem od rynku. Szef, twórca i bileter w jednej osobie przez lata skupował od miejscowych to, co było do wyrzucenia. Jak leci: od wagi sklepowej z czasów cesarza Wilhelma II po zużyte kropidła. Powstała  nieprawdopodobna graciarnia rzeczy, o które potykamy się codziennie po dziesięć razy, ale ich nie zauważamy. Wchodzimy do świata, w którym rzeczy żyły znacznie dłużej niż ludzie. Kochano je, dbano o nie, szanowano, przekazywano następcom. A my jesteśmy z epoki jednorazówek.

No i coś, co się nie nadaje do pokazywania, lecz do picia. W Żywcu, w historycznym Browarze Habsburgów zapraszają do „kapsuły czasu”. Goście stają w cylindrze wzorowanym na statku kosmicznym. Chorych na padaczkę ostrzega się o hukach i wstrząsach przy starcie. Łubudu i już jesteśmy w XIX-wiecznej karczmie, w warzelni, w kawiarni z Dwudziestolecia, w ślepej kuchni z PRL-u. Wszędzie żywiec, żywiec, żywiec. Bo zmieniają się epoki, upadają imperia, a ludzie piwkują jak gdyby nigdy nic. Zwiedzanie z takim przesłaniem kończy degustacja żywca (w cenie biletu).  „Hop, hop, hop szklanka piwa, hoooop!”

radiomerkury

Zasada prawej ręki

Światowe Dni Młodzieży są wszędzie. Zakonnice latynoskie tańczą w parku obok pałacu w Pszczynie.:

s1

Młodzi katolicy z Portugalii skrzykują się na stokach Jaworzyny w Szczyrku.:

s2

Pszczyna i księżna Daisy (z lewej).:

s3

Pałac. Nosił wilk razy kilka…:

s4

Wspaniała kolekcja poroży. Ale Dorota nie jest zachwycona. Twierdzi, że mnie przyprawiła rogów znacznie więcej.:

s5

Po czym poznajemy, że jesteśmy w Bielsku-Białej. Ano po tym.:

s6

I po tym.:

s7

Poza tym obecna ekipa ma tu wiele do zrobienia.:

s8

Chcieliśmy nawet udać się w tej sprawie do posła PiS-u, ale z braku czasu…

s9

A lokalna Platforma niczego nie zrozumiała, niczego się nie nauczyła.:

s10
W Bystrej „Fałatówka”. Temu zawsze najlepiej wychodził śnieg. Na jego obrazach rzadko bywał biały. Dorota twierdzi, że pewnie musiał kombinować, jak mu zabrakło białej farby.:

s11

s12

Zdjęcie zdjęcia. Woziliśmy się w Szczyrku.:

s13

Chciałem nawet kupić jakąś pamiątkę regionalną. Byłoby jak u Barei: „- Dwie? – Jedną. Wozem jestem”.:

s14

W Tychach napis przy drodze: „Na całym osiedlu obowiązuje zasada prawej ręki”. Obawiam się, że tylko mnie to śmieszy.

Ite, missa est!

Piątek, 22. lipca. Ileż wspomnień. Jak byłem w wojsku, koszary w Sieradzu okazji święta były pijane przez trzy dni. Paradoks polega tym, że ja nie piłem. Wtedy.

Od piątej rano – pisanie, nagrywanie, wysyłanie tekstów, ale to już spowszedniało. Dzień przeniósł nas do Tychów, co może brzmi pospolicie, ale za to gości nas hotel o nazwie „Gloria”. I chwała Bogu! Nie jest to bowiem Gloria Gaynor, lecz „Gloria in excelsis Deo”. Proszę docenić.

Odsłuchane w samochodzie. Agata Christie „Kieszeń pełna żyta”. Jedna z bardziej klasycznych historii z panną Marple. Na szczęście sporo zapomniałem od czasu, gdy to czytałem. Nagranie dla niewidomych z roku 1968. Jakość fatalna, ale w tym cały urok. Lektor np. zamiast „marpl” czyta „panna marple”. Ostatecznie tak stało napisane.:

p1
Prof. Pawłowicz: „Działania polityków PO są podyktowane olbrzymią nienawiścią do PiS. Oni reprezentują antypolskie interesy”. Gdyby pani poseł powiedziała coś nowego, proszę mnie obudzić.

Tygodnik Nie: „Za zgodą sądu policjanci z Centralnego Biura Śledczego opublikowali wizerunki dziewięciu mężczyzn podejrzanych o pedofilię. Co ciekawe, nie ma wśród nich Tuska, Komorowskiego i Kopacz”.

Portal Polonia Christiana: „Msza trydencka na ŚDM! Wyjątkowa oferta nie tylko dla młodych”. Jakże popieram! Jako ośmioletni chłopiec zdawałem na ministranta i musiałem wyrecytować po łacinie całą ministranturę od „Dominus vobiscum” przez „Credo in Omnipotens Deus” po „Ite, Missa est”. Oczywiście nie miałem najbledszego pojęcia, co znaczy ten bełkot, który musiałem wkuwać. O gramatyce łacińskiej naturalnie zero pojęcia. Przypominam, że mój tata, który prowadził mnie na egzamin do jarosławskiej kolegiaty,  umarł (świeć Panie nad Jego duszą) jako człowiek niepiśmienny w każdym języku. A ja się nauczyłem ministrantury łacińskiej naśladując dźwięki. Potem z nudów nauczyłem się na pamięć I Księgi „Pana Tadeusza” czy języka esperanto. Taka nuda panowała w PRL-u, w mieście Jarosław na Podkarpaciu (wówczas Rzeszowskie)!
Tak więc teraz dopuszczałbym chętnych na Mszę łacińską, ale pod warunkiem, że opanują pamięciowo łacińską ministranturę. Na początek – „Credo” po łacinie. Na blachę!

Radio Merkury, piątek 22 lipca 2016

Mili Państwo,

Dziś Dzień Aproksymacji liczby Pi, co to wszyscy wiemy, że jest 3 przecinek czternaście i dalej już nikt nie pamięta. Z wyjątkiem Japończyka Akiry Haraguchi, który podał liczbę Pi z dokładnością do 100 tysięcy miejsc po przecinku bijąc własny rekord z roku 1995, kiedy podał zaledwie 83 431 cyfr po przecinku. Cóż, musiał mieć gorszy dzień…

Ogłoszenia z mediów wielkopolskich. Finanse: „Dam koszty, sprzedam koszty, dam faktury, sprzedam faktury”. Nie bardzo rozumiem, o co chodzi, ale pewne światło rzuca na tę usługę dopisek: „Zapewniamy pełną dyskrecję”.
Sprawy ostateczne. „Dezynfekcję po zgonie, zmarłym, samobójstwie, zabójstwie przeprowadzamy w sposób profesjonalny. Ze względu, iż nasza firma przejęła 75% rynku na terenie całej Polski, klient otrzyma najniższą cenę, przy wysokim standardzie usługi”.
Film „Leon zawodowiec”. „- Z czego się utrzymujesz, Leonie? – Sprzątam”.

Kącik historyczny. Rzut oka na stan wojenny. Lipiec 1982. Dziennikarz reżymowej telewizji pyta kierownika sklepu spożywczego na warszawskiej Pradze o dostawy towaru. Kierownik: „- Jesteśmy prawidłowo zaopatrywani, tylko nigdy nie wiemy kiedy”. Kilka lat później, ale też na smutno. Rok 1986 Prasa donosi: „Sąd skazał 84-letnią inwalidkę Antoninę L. na rok więzienia za to, że –  cytuję – „bez wymaganego zezwolenia sprzedała z zyskiem jedną butelkę Extra żytniej za kwotę 1000 złotych, nabywając ją uprzednio w placówce handlu detalicznego za kwotę  640 złotych”. Ciekawe, ile Antonina L. odsiedziała, czy może wyszła wcześniej za dobre sprawowanie i czy w wolnej Polsce domagała się odszkodowania finansowego, jako, że niewątpliwie była prześladowana przez komunę.

Z cyklu słynne powiedzonka: Radziecki pisarz Izaak Babel o pewnym żydowskim złodzieju z Odessy: Benia mówił mało, ale Benia mówił smacznie. I jak Benia skończył, to się chciało, żeby Benia jeszcze coś powiedział.
U nas mówi się dużo i niesmacznie. Smacznie to mawiał pisarz Antoni Słonimski. Z wizytą do Polski przybył wybitny pisarz radziecki.  Podczas  uroczystej gali pyta dyskretnie Słonimskiego: „Gospodin Antoni, gdzie tu można wysikać się?” Słonimski na to „Pan – może wszędzie!”

Prawa Murphy’ego na dziś.: Fajnie być idiotą, zwłaszcza jak nikt nie patrzy. Oraz: Nawet jeżeli jesteś idiotą, staraj się nie być głupi.

Staram się.
Wiesław Kot

radiomerkury

Symphonic Queen

Royal Philharmonic Orchestra „Symphonic Queen”.
Czyli repertuar Queen na orkiestrę i gitarę elektryczną. Wyraz kompleksów rockmanów i łaskawości symfoników, którzy robią łaskę, że zamiast ćwiczyć adagio biorą się za kawałki tych prymitywów. Ale próbowali tego wszyscy, za moich czasów np. Purple: beznadziejnie. Czekam na płytę „Tercet Egzotyczny symfonicznie”. Niech wreszcie ci chłopcy z naszego puebla idą w cholerę! A choćby i przy wtórze smyczków!:

p2