Archiwum miesiąca: listopad 2014

Zawodowcy / Righteous Kill

 

Robert DeNiro i Al Pacino jako dwaj gliniarze z Nowego Jorku, prywatni mściciele. Odstrzeliwują tych, którzy wymknęli się prawu. Potem prowadzą śledztwo we własnej sprawie. Coś z Edypa.

Brian Denehy już mocno wiekowych, choć facetów w sile wieku grywał, od kiedy pamiętam.
Wszyscy noszą koszule o numer za duże. Na starczych szyjach wygląda to fatalnie.

Wśród zabitych przez policjantów ksiądz-pedofil.

„- Czujność na ulicy zachowują tylko gliniarze i przestępcy. Pozostali idą przed siebie”.

W końcu wskutek bardzo niejasnej pscyhomachii DeNiro zabija Pacino. Żeby jeszcze wiedzieć, o co chodzi…

Zawodowcy / Righteous Kill, reż. Jon Avnet, 2008 filmweb

Krwawa wiewiórka

Byliśmy w trzydniowym objeździe po Warszawie, gdzie żebrałem o uwagę odbiorców licznych mediów w związku z moją książką.
Wrażeń moc. Miejmy je więc z głowy.
Obok przepysznej centrali TVN-u na Wiertniczej (chrom, marmur, szkło) jakże skromny budyneczek. Za to jakież słuszne hasła utrwaliła na nim anonimowa dłoń:

Poza tym – w stolicy już Christmas. Pod Kolumną Zygmunta:

Na Trasie Łazienkowskiej:

W Radiu publicznym na Malczewskiego:

W Świetlnym Miasteczku koło Pałacu w Wilanowie:

Poza tym drobiazgi. W wilanowskim Muzeum Plakatu porwani siłą wyrazu pewnego dzieła postanowiliśmy założyć dwuosobowy (na razie) Komitet Antyalkoholowy:

Mnie skłonił do założenia Komitetu wcześniejszy widok pewnego plakatu w Łazienkach. Wyobrażony na nim artysta aby prowadzić pędzel prawą ręką, musi podtrzymywać ją lewą dłonią. Co zapewne spowodowane jest wiekiem. Ja nie jestem tak wiekowy jak on, a przecież musiałem nieraz dokonywać zupełnie podobnych zabiegów. Bynajmniej nie z powodu wieku ani Parkinsona:

W Muzeum Powstania Warszawskiego Dorota wypatrzyła taki oto podręcznik malarstwa dla dzieci. Cóż, widywaliśmy wiele niemal identycznie ubranych łączniczek (tylko nieco starszych) na ulicach stolicy. Ich zadaniem było dotrzeć najkrótszą drogą do najbliższego punktu handlującego godnym pogardy płynem i wrócić na kwaterę:

Jeden z takich punktów doczekał się nawet, iż nazwano ulicę jego imieniem:

W Łazienkach najpierw było groźnie. Dorota przysięgała, że ta wiewiórka chciała rzucić się jej do gardła i miała mord w oczach. Jak ja rozumiem to zwierzątko…:

Potem było niezrozumiale. W Pałacu na Wodzie eksponują dwie grupy posągów: greckich bogów i polskich bohaterów. Tylko dlaczego jedni panowie demonstrują przyrodzenie, a inni nie? Jak wszyscy, to wszyscy:

Poza tym gender. Zwłaszcza na Mariensztacie:

Wstydź się,  Warszawo!

Seven

Pani poseł Pawłowicz znowu się wypowiedziała w mediach i po raz kolejny wywołała pytanie: jest ona czy nie jest profesorem. No więc załóżmy, że jest.
Pytam: co z tego?
Pani Pawłowicz jest profesorem w trakcie wykonywania obowiązków na uczelni, która ją zatrudnia. Po godzinach pani Pawłowicz jest: abonentką karty rabatowej na stacjach Orlen, czytelniczką Biblioteki im. Marii Rodziewiczówny, ciocią, płatniczą ZUS-u i jeszcze kilkoma wcieleniami. Kiedy zaś wypowiada się w bieżących sprawach politycznych, pozostaje panią poseł wiadomego klubu parlamentarnego. W związku z tym byłoby absurdem przypominać, że  głos zabrała pani poseł, czytelniczka biblioteki im. Marii Rodziewiczówny. Równie absurdalne jest powoływanie się na jej profesurę. Co ma piernik do wiatraka?
W Poznaniu szefem Akademickiego Klubu Obywatelskiego im. Lecha Kaczyńskiego jest pan Mikołajczak. Profesor Uniwersytetu, specjalista w zakresie gramatyki i staropolszczyzny. Na ten temat publikował i zapewne w kwestii niuansów języka staro-cerkiewno-słowiańskiego jest specjalistą bezkonkurencyjnym. Problem w tym, że kiedy wypowiada się na tematy polityki, religii, kwestii smoleńskiej, czyni to również jako „profesor”. A co ma starocerkiewny do katastrofy w Smoleńsku? Mikołajczak jest „profesorem”, kiedy omawia przyimki w XVI wieku. Ale kiedy mówi o ewentualnym zamachu, jest tylko Mikołajczakiem. Ewentualnie posiadaczem karty rabatowej w empiku. Cóż, ze znajomości genealogii nazw poznańskich ulic nie wynika wiedza, czy na wraku znaleziono ślady trotylu, czy też nie.
A nikt z tych utytułowanych naukowo osób (także pani Środa czy pan Hartman) nie protestują, gdy w trakcie dyskusji np. o satanizmie nazywa się ich profesorami. To prostym umysłom podsuwa przekonanie, że ich profesorskie kompetencje przelewają się gładko z jednej dziedziny na drugą. I z powrotem.
Poza tym, powtarzam to, co już tu pisałem. Odsetek idiotów wśród profesorów uniwersytetów jest taki sam jak w każdej innej grupie zawodowej. Ani większy, ani mniejszy.

Papież zaprosił do bożonarodzeniowego koncertowania pankówę Patti Smith, co niektóre media (Fronda.pl) czynią wiadomością dnia. Błąd! News powinien brzmieć inaczej: „Franciszek na koncert w Watykanie nie zaprosił:
Jana Pietrzaka,
Andrzeja Rosiewicza,
Eleni,
Krzysztofa Krawczyka i in.
Zaprosił za to trzeciorzędną kontrowersyjną pieśniareczkę. Wniosek? Franciszek kompletnie nie zna się na muzyce”.

W Krakowie na Rynku szturm modlitewny zmierzający ku temu, by miasto oczyścić z przybytków rozpusty. Popieram całym sercem!
Chociaż od razu rodzą się znaki zapytania. Bo „nieczystość” to dopiero trzeci w kolejności „grzech główny”, czyli taki, który prowadzi do innych grzechów. Przed nim jest np. „chciwość”. Dlaczego jakoś nikt nie organizuje demonstracji pod bankami, siedzibą giełdy? Piątym z kolei grzechem jest „nieumiarkowanie w jedzeniu i w piciu”. Czemu nie pikietować w związku z tym Wierzynka?  A co do grzechu pierwszego – „pychy”… Może by tak obstawić demonstrantami redakcje tabloidów, które lansują tych, którzy są znani, bo są znani? Tylko proponuję.
Czemu wszyscy mając do wyboru aż siedem grzechów głównych uparli się akurat na tę nieszczęsną „trójkę”?

Gdzie mieszkają najszczęśliwsi ludzie w Polsce? W miasteczku Tuszyn pod Łodzią. Bo tam rajcy miejscy omawiali kwestię, czy Kubuś Puchatek był obojnakiem. Na znanych wizerunkach występuje bowiem bez jakichkolwiek genitaliów. W związku z tym – można jego imieniem nazwać plac zabaw czy nie?
Jak tylko ta paląca kwestia znajdzie rozwiązanie (zapewne nieprędko), to bez najmniejszej zwłoki wrócą do kwestii kolejek w przychodniach, bezrobocia itd.
No, ale przecież są jakieś priorytety!

Claude Bolling „Suite For Chaber Orchestra” (1990). Francuski pianista w suicie własnej kompozycji z pogranicza muzyki kameralnej i jazzu. Zawodowa orkiestra kameralna dostarcza  partie smyczkowe, jest też mistrz fletu. Do tego Bolling z improwizacjami fortepianowymi. Rytmy lekkie, swingujące. W sumie wyzwanie dla słuchacza to nie jest. Raczej wpływa kojąco:

Georg Philipp Telemann „Ouverture& Concertos”. Barok, jaki lubię najbardziej. Mniej tu przepychu i komplikacji dla samej komplikacji. Prosto zarysowane linie melodyczne. A jednak jest w tej muzyce pewna powtarzalność, która czyni nastrój. Tak, że można tego słuchać w pętli. Zresztą, jak czytam, Telemann takich uwertur napisał coś koło tysiąca. Ławeczkę ma w Żarach, bo tam pomieszkiwał:

Śniadanie u Tiffaniego / Breakfast At Tiffany’s

https://www.youtube.com/watch?v=BOByH_iOn88

 

Audrey Hepburn
Wśród wykonawców wymieniony został kot (Cat) oraz jego trener.
Film otwiera słynna „Moon River” Henry’ego Manciniego.

Holly Golithly, dziewczyna, która miewa “wściekłą chandrę”, jedzie postać przed wystawą Tiffaniego. To jej poprawia nastrój. „- Tyle tam spokoju i godności. Nic złego nie może się zdarzyć”. Dzisiaj po to chadza się do galerii.
Pisarz, który nie jest w stanie napisać drugiej ksiązki. Tymczasem utrzymanek pewnej bogatej damy.

„- Noszenie brylantów przed czterdziestką jest wulgarne”.

Ameryka wielkomiejska, Ameryka dostatku. Nieźle żyją nawet ludzie, którzy nic nie robią.

Śniadanie u Tiffaniego / Breakfast At Tiffany’s, reż. Blake Edwards, 1961 filmweb

Szukanie wiatru w polu

Na powietrzu bez zmian. No, rzepa krzynkę podrosła:

W Internecie ciągle to samo. Mem o Państwowej Komisji Wyborczej: „Nie mamy waszych wyników i co nam zrobicie”. Poczułem się lepiej, bo ciągle powtarzam studentom, że powinni oglądać „Misia”, choć wcale ich nie śmieszy.

W Naszym Dzienniku, którego jestem gorliwym czytelnikiem, znalazłem informację o tym, że niebawem do pisma zostaną dołączone Cudowne Medaliki. Właśnie uroczyście je poświęcono. Cóż, w porządku: jaka gazeta, takie inserty. Zdziwiła mnie tylko nazwa. Wydawało mi się, że medalik staje się „cudowny” dopiero wówczas, gdy przy jego pomocy dokona się jakiś cud. A tu medalik dopiero co wyszedł spod sztancy (zapewne w Chinach) i już jest cudowny. To co będzie dalej?

Czytam też: „Wysokie odznaczenie kościelne dla Leszka Mądzika”. Znów: w porządku. Chadzałem na jego spektakle. Tylko jakoś nigdy nie zdarzyło mi się przeczytać sformułowania: Niskie odznaczenie kościelne dla… Nie tylko kościelne zresztą.

Wybieram się do Warszawy w podróż delegacyjną. Zapewniam więc wydawnictwo, które mnie wysyła, że naprawdę pojadę samochodem. A nie – wezmę forsę za benzynę, a polecę tanimi liniami.

Michael Buble „It’s Time…” (2005). Chyba nic nowego – w dwa lata od debiutu. Raczej umacnianie pozycji. Brzmi jak Sinatra, Tony Bennett. Taka sama aranżacja, orkiestra itd. Dancingowy swing. Są standardy – „Quando, Quando, Quando”, “Can’t Buy My Love”, “I’ve Got You Under My Skin”. Głos miły, ale nie rewelacyjny. Resztę robi atmosfera:

Yello „Touch” (2008). Od 1979 roku zawieszeni na elektronicznym rusztowaniu, pakowali na nie co się tylko dało. Ich kompozycje brzmiały jak słuchowisko radiowe z tymi wszystkimi dość chaotycznie pozbieranymi odgłosami. Co czyniło z nich muzyków bardziej „sophisticated” niż inni koledzy z działki elektronicznej, których muzyka nie wiązała się często z niczym pozamuzycznym. Tym razem odgłosów jest mniej, więcej „downtempo”, czyli „szujów”. Ale czuje się, że to nie są tylko spiętrzone nakładki. Jest w tej płycie oddech i powietrze:

Zmierzch bogów / Goetterdaemmerung

 

Dirk Bogarde
Z boku: Charlotte Rampling (jaka szczupła!)

Rodzina niemieckich przemysłowców w wieczór podpalenia Reichstagu. I urodzin nestora rodu. Ten brzydzi się hitlerowcami jako parweniuszami, ale godzi się z nimi współpracować dla dobra swojej stalowni.
Pewien chłopak chce się kształcić w konserwatorium, ale ojciec zmusza go do dyrektorowania.

Napięcia między starą arystokracją przemysłową i „ludźmi nowymi”, którzy rwą się do władzy, wpływów i pieniądza. Część z nich stawia na hitlerowców, którzy wymuszą przetasowania w tym ustałym światku.

Detal z epoki: kobiety nie mają wygolonych pach.
Na lokaja wołają: „- Janek!”
Jeden z młodszych członków rodu – homo jak z karykatury.
Ludowa impreza formacji SA ma charakter orgii homoseksualnej. Kontynuacja: masakra chłopców z SA przez chłopców z SS.
Jest też narkomania, pedofilia, kazirodztwo. Cóż, Visconti.

Oni się w tej starej niemieckiej rodzinie bawią w jakieś gierki, a oficer SS spokojnie zajada winogrona. Oni jeszcze nie załapali, że teraz w Niemczech kto inny i inaczej rozdaje karty.

Reżyser usiłuje udowodnić, że oni się w tym faszyzmie zagubili, zanim rozpoczęli wojnę. Że orientowali się, iż to wszystko pokazówa z tą nacjonalistyczną ideologią. A co najmniej mieli wątpliwości. Chyba jednak nie bardzo…

Trudno się oprzeć wrażeniu, że nasza lektura szkolna na ten sam temat – „Niemcy” Leona Kruczkowskiego – była jednak znacznie ciekawsza.
By nie wspominać o dramatach Brechta.

Zmierzch bogów / Goetterdaemmerung, reż. Luchino Visconti, 1969 filmweb