Archiwum miesiąca: listopad 2014

Manhattan

 

Pierwsze kadry – masywne, potężne, zwaliste bloki Manhattanu przy dźwiękach „Błękitnej rapsodii” Gershwina. Tak też film się kończy. Rama. A pobrzmiewa tu jeszcze standard „Lady Be Good” i inne znaczące kompozycje jazzowe.
Narracja zaczyna się deklaracją zza kadru: „Uwielbiał Nowy Jork. Idealizował go aż do przesady”.

Ike, Isaac,  42-letni nowojorski intelektualista o korzeniach żydowskich (po dwóch rozwodach), scenarzysta telewizyjny,  w związku z siedemnastolatką. Jego była żona (Meryl Streep) zamierza opisać ich małżeństwo i rozwód w książce. Porzuciła go dla kobiety.
Przymierza się do napisania opowiadania o neurotycznych mieszkańcach Manhattanu, którzy pogrążają się w drobnych paranojach, żeby nie oszaleć od tych naprawdę wielkich.

Skoncentrowana neuroza, niepewność siebie, obawa, by nie wydać się zapóźnionym w kręgu nowojorskich intelektualistów.

„- Ludzie powinni być sobie dozgonnie wierni. Jak gołębie albo katolicy”.
„- Mózg jest najbardziej przecenianym ludzkim organem”.
„- Masz samoocenę nieco gorszą niż Franz Kafka”.
„- Coś jest ze mną nie tak. Żaden mój związek nie trwał dłużej niż związek Hitlera z Ewą Braun”.

Manhattan, reż. Woody Allen, 1979 filmweb

Hard rain’s gonna fall

Jak nie pada, można sobie od biedy wyobrazić, że się chadza po szkockich wrzosowiskach:

Ale jak pada, to już trudno sobie wyobrazić cokolwiek:

Dla TVPInfo o „07 zgłoś się”. Po ciemku, na ulicy, w deszczu. Ale porucznik Borewicz też tak pracował.

Najnowszy coming out. Dziennikarz Marcin Dzierżanowski wyznał mediom, że jest gejem, ale za to katolickim. Zetknąłem się swego czasu z tym miłym, młodym człowiekiem. Mnie posadzili na stołku zastępcy naczelnego, a on był bodaj szefem działu krajowego (kluczowego) we Wprost. Obowiązkowy, punktualny, przygotowany, kompetentny. Dopytywałem go tylko, czy  Kapela Feliksa Dzierżanowskiego, radiowa zmora mojego dzieciństwa, to rodzina. Twierdził, że nie. Ale można to gejowi wierzyć?
A poza tym jego gejostwo mniej mnie obchodzi niż to czy lubi kiszone ogórki albo wakacje w Ciechocinku.

Głos na prawicowym portalu Polityce: „Nie mamy znikad pomocy. Z jednej strony sowieci, z drugiej Niemiec, Obama gdzieś zajęty nie wiadomo czym, Regana nie ma, Taczer umarła. Jesteśmy sami!!!!!!!!! Boże ratuj”.

Reżyser Peter Greenaway jedzie na Krym pokazywać swoje filmy. Cóż, ostatnie bywały tak dziwaczne („Pillow Book”), że nikt nie chciał dawać forsy na nowe. Może Rosjanie sypną. Kiedyś robiłem z nim wywiad. Pamiętam w Warszawie, w Bristolu. Mówię coś w ten deseń, że robi filmy z głowy, z wyobraźni. A on wskazuje za okno i pyta: „- A ta cała wasza Warszawa to niby skąd? Przecież tu nie został kamień na kamieniu”. Cóż, przynajmniej wiedział, gdzie jest.

Jacek Kleyff („Rozmowa”):

Niemniej w tym samym czasie dla większości młodych ludzi ze wsi pobór do wojska to był awans. A tym bardziej dla przyszłych pałkarzy z Golędzinowa, czyli formacji matki późniejszego ZOMO, gdzie też szło się obowiązkowo z przydziałowego poboru, tyle że tam dawali jeszcze lepsze jedzenie i wyższy żołd. Dla nich my byliśmy miastowymi „studencikami, kurwa”. Większość chłopaków spoza miast szła do wojska, bo tam codziennie dawali gorącą zupę. Więc jak kazali im bić tych maminsynków, to proszę bardzo, z przyjemnością. No i rozsądź teraz.

Gierek powiedział, że są trzy rodzaje kultury: pierwsza – popierana, czyli chóry, zespoły tańca, festiwal w Opolu, druga – zakazana, czyli drugi obieg, a więc Sacharow, Sołżenicyn, też nasi: Kisielewski, Miazga Andrzejewskiego, a także młodzi dysydenci, pojawił się właśnie Barańczak… Niektórzy byli na pograniczu, jak Teatr Ósmego Dnia, kiedy wystawiał Jednym tchem Barańczaka. A trzecia, pośrodku, jest kultura tolerowana: taka, że nie popularyzujemy jej przed masową publicznością, ale wy tam studenci, wicie, rozumicie, róbcie se tam te, he he he, te swoje kabarety.

Więc jeżeli ktoś mówi, że „Wyborcza” zmonopolizowała opinię, to jedynie bezwiednie przyznaje, że jest najlepsza. Bo jest też „Rzeczpospolita”, jest „Uważam Rze”, gdzie jest pan Ziemkiewicz ze swoją obsesją, że jeśli niemal w każdej publikacji nie użyje kilkakrotnie słów „Michnik” oraz „Gazeta Wyborcza”, to chyba moczu nie będzie mógł oddać.

Tangerine Dream „Kafka. The Castle” (2013). To jest jakiś pomysł: soundtrack do powieści. Przełożyć „Zamek” na syntezatory? Czemu nie? Można przekładać wszystko na wszystko. Czy ta muzyka jest mroczniejsza niż inne dokonania Tangerine? Nie bardzo. Rozlane, szerokie plamy dźwięku, rozciągnięte akordy. Coś mi się wydaje, że ta muzyka do innych arcydzieł też by pasowała:

Aaron Novik „Secrets of Secrets” (2012). Dla mnie – o jeden most za daleko. Judaistyczna medytacja rozpisana na kilkanaście instrumentów, co w żaden sposób się nie zbiega w całość. Ani to jazz, ani folk, ani klezmerstwo, choć echa tego wszystkiego da się wychwycić. I jak to się ma do rozważań nad Torą czy Talmudem? Muszę więcej ćwiczyć:

Intryga rodzinna / The Family Plot

 

Kryminał niegroźny, farsowy. Zakończony perskim okiem do kamery.
Nieudany aktor, nieudane medium w centrum intrygi kryminalnej.
Przeświadczenie: blondynka wyjdzie cało nawet z najniebezpieczniejszej sytuacji, pod warunkiem, że jest dostatecznie głupia.

Gdzie mądry człowiek ukryje liść? W lesie.
Gdzie mądry człowiek ukryje brylant? W żyrandolu.

Hitchcock jako cień interesanta na szybie w drzwiach biura.

„- Masz dwie stówy?
– Przecież mnie znasz…”

Zjazd drogą nad przepaścią z popsutym hamulcem. Ale większym zagrożeniem kobieta, która – przerażona – dusi kierowcę jego własnym krawatem.

Intryga rodzinna / The Family Plot, reż. Alfred Hitchcock, 1976 filmweb

Z drzewem do lasu

Jest prawie zero. A jak na dworze jest prawie zero, to niby wszystko takie jak zwykle, ale jednak nie jest już tak przyjemnie:

Nawet krasnalom:

Dwie wiadomości z moich stron. Pierwsza: w Jarosławiu wygrało PiS.
Druga: „W Pawłosiowie koło Jarosławia /rzut beretem od mojego domu rodzinnego/ przestępcy założyli profesjonalną uprawę konopi indyjskich”. Tu następuje uściślenie dla mieszkańców mojego miasta: „Z nich wytwarzana jest marihuana”. I szczegóły: „Rośliny miały specjalistyczne oświetlenie, wentylację, każda donica z sadzonką osobne nawadnianie. Prąd pochodził z własnych agregatów”. Mnie najbardziej zaimponowała informacja, że „grupa wywoziła znaczne ilości narkotyków za granicę, m.in. do Holandii”. Na litość boską! Z drzewem do lasu?!

Bezinteresowne piękno. Na eleganckim, snobistycznym Górnym Mokotowie nikt nie wystawi ordynarnej tabliczki „Nie deptać trawników”, lecz:

I jeszcze. W warszawskim pensjonacie, w którym się zatrzymaliśmy, wprawdzie nie było wi-fi, ale tego, co przeżyliśmy w dziedzinie sztuki, nikt nam nie odbierze:

Jacek Kleyff (z książki „Rozmowa”):

Używki są sprawą losu i jestem zwolennikiem tej samej teorii co Witkacy, którą trafnie sformułował też Janek Kelus, że każdy człowiek powinien nosić w kieszonce cyjanek potasu, żeby codziennie rano wiedzieć, dlaczego go nie zażywa. Ludzie by żyli bardziej świadomie.

/o pomocy robotnikom po wydarzeniach w Radomiu ’76/ Trafiłem do człowieka, którego wyrzucono z milicji, bo odmówił bicia strajkujących. Pojechaliśmy tam z Bożeną, moją drugą żoną, w Wigilię. Oni się tam popili i zaczęli nadawać po chamsku na Żydów. Zdenerwowałem się: komu ja pomagam? Może trzeba było mieć więcej wyrozumiałości, ale ja wtedy postanowiłem, że trzeba to przerwać.

I słynna późniejsza opowieść Kelusa, jak już za Gierka przyjechało dwóch Niemców, Zielonych, a Zieloni byli finansowani przez Kremel, i u niego w domu zaczęli mówić, że ten Związek Radziecki to równo bogactwo dzieli i że Breżniew jest dość fajny. Na to Janek tym pożytecznym idiotom, naiwnym entuzjastom, Zielonym, niewiedzącym, że są marionetkami, mówi, że ta wycieczka do Polski też jest fundowana przez Kremel. Wyjmuje paczkę biełomorkanałów, takich ruskich papierosów, na niej jest mapka z trasą Kanału Białomorskiego, pokazuje im: „Widzicie? Ten kanał to był taki podłużny obóz koncentracyjny, tam minimum pół miliona ludzi przy niewolniczej robocie stalinowce wykończyli. Jak ja teraz tym cię częstuję – mówi Janek Kelus – drogi Hansie, to jest trochę tak, jakbym cię częstował: masz, zapal auschwitza z filtrem”. Niemiecki aktywista Zielony sfioletowiał, wyjechał i raczej do Zielonych się już nie nadawał.

Symfonie Haydna lubiłem od zawsze. Zdaje się dlatego, że nie stawiają poprzeczki zbyt wysoko. Ładny, miły temacik, obrobiony w kilku wersjach. A tu jeszcze to wybijanie rytmu przez wahadło zegara. Dziwne, bo sekundy wybija szybciej niż u mnie zegar na ścianie. Cóż, to tylko sugestia na użytek ówczesnego słuchacza.
Czytam, że jak symfonia spopularyzowała się w połowie XVIII wieku, to od razu napisano ich kilka tysięcy. I dziwić się tu kompozytorom disco polo:

Acoustic Alchemy „This Way” (2007). Dla mnie – bomba. Relaks w stanie czystym. Muzycy sfotografowani na tylnej okładce mają rozmyte twarze. Może i słusznie. To nie twórczość, raczej dostawa zamówionego towaru. Mało gitar, sporo smyczków, blachy. Do tego pokwikujący moog. Brzmi to jak morskie fale – bez początku i końca:

Rozgrywka / The Score

 

Robert DeNiro, Edward Norton, Marlon Brando

Heist movie. Włamywacz na koniec kariery robi skok życia – w siedzibie urzędu celnego.

Brando (nieprawdopodobnie otyły) gra pasera. Spolegliwego, dobrotliwego, rozumiejącego menedżera włamywaczy.

DeNiro – włamywacz przewidujący. Uważa, że w tym fachu najbardziej liczy się dyscyplina, metoda i pracowitość. Najbardziej szkodzi – improwizacja i brawura. No, i cele należy wybierać. Gdybyż tylko dało się za każdym razem do tego zastosować.
Poza tym ryzykują i inni (paser), choć każdy jest zdania, że nie powinno się ryzykować.

Cwaniactwo Nortona – zgrywa kalekę. Takiemu więcej wolno, wszyscy pobłażają. Jak wejdzie, gdzie nie trzeba, może powiedzieć, że się pomylił. Wszyscy uwierzą.

Napięcie – jak zawsze, gdy wiele elementów musi zagrać, by napad się udał. I ta niewiadomo: kto kogo i na jakim etapie wpuści w maliny.

Rozgrywka / The Score, reż. Frank Oz, 2001 filmweb

My way

Łażę. Czuję się jakiś taki Wierzbicki:

Van Gogh by się zapłakał:

Po bojkocie Empiku przyszedł czas na bojkot Lidla. Bowiem w reklamie tej sieci nazwę „Boże Narodzenie” zastąpiono określeniem „te dni’. Sieć można oprotestować podpisując się pod następującym oświadczeniem:
„Z wielkim oburzeniem zauważyłem/am, że promują Państwo niechrześcijańską wizję Świat Bożego Narodzenia w Państwa spocie telewizyjnym. Dlatego proszę o przywrócenie w reklamie akcentów polskiej chrześcijańskiej kultury, Bożego Narodzenia. Jeśli Państwo nie zmienią swojej nihilistycznej i obcej nam ideologii, przestaniemy kupować Państwa produkty i będziemy zachęcać innych do bojkotu Lidla!
Z poważaniem
Imię i nazwisko”
Reprodukuję tę formułę, bowiem uważam bojkot za konieczny. Ufam, że właściciele firmy zrozumieją swój błąd i już niebawem będziemy mieli żłóbki, Dzieciątko, Maryję i Józefa na każdej półce. Obok, rękawiczek, twarogu, salami, ziemniaków itd.
A sygnatariusze podpisów? Oni to dopiero będą wygrani! Będą mieli okazję, by protestować – przeciw komercjalizacji Bożego Narodzenia.

Redaktor Andrzej Niczyperowicz (Głos Wielkopolski):
„- Czym różni się balkon od aktora prowincjonalnego? – pyta ciekawa Karolina ze Żnina. – Tym – droga Karolino – że balkon może utrzymać czteroosobową rodzinę”.

Wspomnieniowa rozmowa-rzeka barda i opozycjonisty z poprzedniego ustroju – Jacek Kleyff, Rozmowa, Wydawnictwo Czarne 2011. Kawałeczki wyrwane z kontekstu:

Jan Krzysztof Kleus:
[…] Wymyślił głupiutką piosenkę, ot leżąc po ciemku na wznak,
melodię skądś chyba pamiętał, coś jakby tak:
Boże pozwól, bym potrafił, kiedy armia mnie zawoła,
zamiast piersi wypiąć dupę, bo ta nafta nie jest moja.
Tę piosenkę, tę jedyną śpiewam dla ciebie, dziewczyno…

Gomułka wprowadził punkty dla chłopów. Wszyscy narzekali, a mi się to podobało. To było pewne wyrównanie. Dzięki punktom chłopskim zdał na studia nasz kolega Jan Babij, gdzieś spod Biłgoraja, który w ogóle nie umiał rysować. Nie było go stać na kurs ani na nic innego. A po trzech miesiącach był najlepiej rysującym studentem na naszym roku.

Potem, jak moi rodzice wyjeżdżali i ja zapraszałem do siebie, to przed ich powrotem trzeba było odnawiać mieszkanie. Wszędzie fruwały wstęgi papieru toaletowego… Albo patrzę, a na gzymsie za oknem mieszkania na drugim piętrze stoi marynarz. Ja go pytam: „Pan z daleka?”. On mówi: „Przyjechałem z Gdyni, jestem kolegą Olesińskiego, mogę wejść?”. „Serdecznie zapraszam”. Myślę zresztą, że ojciec, który sam zjeżdżał za młodu po schodach na trumnie, jakoś by to przyjął.

W więzieniu normalnie jest fala, strasznie tępi się nowych, a oni mi dawali herbatę i częstowali tytoniem. Nie wiem, jak inni to odbierali, ale moje cztery krótkie, tak zwane polityczne pobyty w więzieniu wspominam jako bardzo inspirujące. Opowiedziałem im wtedy film ze trzy razy i jak wychodziłem, to krzyczeli do klawisza: „Panie Stanisławie, on nam jeszcze nie dokończył!”.

Larry Carlton & Steve Lukather „No Substitutions. Live in Osaka” (2001). Carlton był przez wiele lat muzykiem sesyjnym. Nagrywał jako sideman z n najlepszymi i tak mógł dotrwać do śmierci. Anonimowy, ale za to nieźle opłacany. Zdecydował się na karierę solową w nurcie jazz-rocka i – zaistniał. Tu gra na zmianę ze Stevem Lukatherem z grupy Toto, która miała przeboje, ale nie była szanowana jako formacja usługowa dla yuppies. Obaj idą raczej w stronę rocka i bluesa. Miłe są jednak szczególnie te delikatniejsze solówki: