Popis Audrey Hepburn.
Richard Crenna.
Muzyka: Henry Mancini.
Niewidoma, która ma być płotką w intrydze gangsterskiej. Nic nie widzi, więc jest bezbronna. To prawda, ale nie całkowita. Ma przewagę w postaci nadnaturalnie wyostrzonego słuchu. I wrodzonej inteligencji.
Hepburn urodę miała w typie kruchym i delikatnym – widzowi narzuca się przekonanie, że tym bardziej jest bezbronna. Ale gra umiarkowanie. Więcej w tym sugestii płynącej z sytuacji niż jej własnych starań.
Jak często w tego typu filmach: zagadka. Z jakich miejsc w mieszkaniu może się wydobywać światło, jeżeli osaczona przez bandytę niewidoma potłukła już wszystkie żarówki?
Doczekać zmroku / Wait Until Dark, reż. Terence Young, 1967
Dziś mnie zdrowo zmoczyło, ale trudno mieć o to pretensje w październiku:
Wczoraj TVN24 w kwestii jakiegoś konkursu piękna i seksu, który wygrała Penelope Cruz. Mówię, że takich prestiżowych konkursów są setki każdego roku. Mamy więc co sezon kilkaset laureatek, z których każda jest absolutnie najseksowniejsza. Dorota w tym roku nie startowała.
Mitologiczny Parys, który, jak wiadomo, tworzył pierwsze takie jury, dziś pochlastałby się z rozpaczy.
Dzisiaj ten sam TVN w temacie 20. rocznicy premiery „Pulp Fiction”. „- Czy jest o’kay? – Nie, jest ku….ko daleko od p……nego o’kay!”
Ciągle ten Wrocław. Człowiek wyjedzie tam na parę godzin, a potem nie umie nadążyć za tym, co zobaczył. Na Świdnickiej księgarnia imienia Henryka Worcella:
To jest ten (właściwe nazwisko: Kurtyka), który napisał przed wojną „Zaklęte rewiry”. O zawodowym i prywatnym życiu kelnerów. Poeci z kręgu „Wiadomości Literackich” z Tuwimem na czele zachwycali się, że tyle tam „prawdy życia”. Mnie nigdy nie udało się przebrnąć. W każdym razie pamiętamy świetny film Majewskiego z Wilhelmim i młodziutkim Kondratem. A ten Worcell przeprowadził się po wojnie z Krakowa w Kotlinę Kłodzką i dalej pisał reportaże „z życia wzięte”. Czyli złodziejstwo, pijaństwo, kumoterstwo itd. osadników na Ziemiach Odzyskanych. Co kosztowało go ileś tam pozwów sądowych oraz utratę oka w bójce z jednym z opisanych. W rezultacie przeprowadził się do Wrocławia i dokonał życia jako miejscowy literat. Stąd ta księgarnia. Oraz tablica pamiątkowa (fot: Internet):
Tu taka uwaga. Jeżeli ktoś jest znany, to nie trzeba pisać, że jest znany. Nikt nie mówi: A teraz wystąpi znana piosenkarka Maryla Rodowicz. Tylko podaje się nazwisko. Jak się pisze, że Worcell jest „wybitny”, to znaczy, że pies z kulawą nogą o nim nie słyszał.
Tylko IPN (i „Rzeczpospolita”) zapodają, że Worcell był w gronie dolnośląskich literatów najbardziej pracowitym kapusiem SB. Pisał donosy jak kolejne odcinki telenoweli. To jest materiał na film! Ale kto miałby teraz zagrać tego pisarza? Wilhelmi nie żyje. Jego popiersie w Poznaniu kolejne debile zamalowują kolejnym sprajem.
Poeta Jacek Podsiadło skończył 50 lat i tej okazji ukazał się obszerny wybór z jego dorobku „Być może należało mówić”. Zawsze lubiłem go czytać. Teraz też. Notuję kawałeczki wyjęte z wierszy, drobiazgi, które wpadły mi w oko:
Ministrant kadzidłem osłania swój odwrót… Społeczeństwo wstaje codziennie między piąta a szóstą… Życie gaśnie w oknach wieżowców, noc wspina się balkonami… Jak korek wepchnięty na dno butelki wina… Właściwie kobiety dają mi niewiele. Siebie. Czas płynie i nie oszczędza nawet dzieci. Nie mam dokąd uciekać. Lasy niczyje okazały się państwowe. …szukał kontaktu z ludźmi. Tak jak w ciemnym pokoju szuka się kontaktu na ścianie. Telewizyjna spikerka zapowiedziała film i uśmiecha się nieszczerze… Wstąpiłem do księgarni w Ustrzykach i uciekłem jak z domu obłąkanych. Jeszcze przyjdzie tu po nas anioł z powietrzną trąbą. Wszystko odbywało się w pejzażu kruchym jak rozejm. Zburzone będą Kraków, Sandomierz i Tarnów, Dumne ze swej urody miasta spotkań.
Oscar Peterson. Słucham go już z pół wieku. Bo jego sztuka pianistyczna nadaje się na refren życia. Pluska sobie starszy pan (+2007) na fortepianie z dodatkiem orkiestry albo tylko kontrabasu i miotełki na czynelu (słynne trio). I już jest nastrój. Tym razem za plecami grają mu smyczki Michela Legranda i gitarka, co czyni płytę wyjątkowo jesienną. „Trail of Dreams. A Canadian Suite”:
Trzypłytowa składanka Arethy Franklin „Sunday Morning Classics”. Pogranicze soulu, popu, bluesa i jazzu, a wszystko spaja rewelacyjny, ciepły głos Arethy. Czasem ociera się o histerię, ale słyszy się, że pieśniarka doskonale nad nim panuje. Nie jestem jednak pewien, czy to właśnie chciałbym słyszeć w niedzielny poranek. Chyba, że trzeba się szybko zbierać, bo zajęcia z zaocznymi. Ostatnia wiadomość o artystce na Wikipedii jest taka, że ma ona raka, który jest „nieoperacyjny”:
Extra Ball „Go Ahead”. I śp. Jarosław Śmietana. Pozycjonowanie stereo jest odrobinę archaiczne – każdy instrument słychać w innym głośniku. Ale to na swój sposób miłe: tak brzmi pierwsza edycja np. „Girl” Beatlesów. Duch upływającego czasu.
W połowie lat 80. słuchałem tej płyty do obłędu. Tam i z powrotem. Czy dlatego, że ją tak kochałem? Nie tylko. Miłość przyszła później. Najwyższym wysiłkiem kupiłem wówczas gramofon marki „Daniel” (sensory podawały ramię) i na płyty już nie zostało. Puszczałem, co podarowali dobrzy ludzie. Jeden z nich dał mi to, na co sam nie miał ochoty. Właśnie „Go Ahead”. Do dziś niektóre motywy zanuciłbym, gdyby Bozia nie odmówiła słuchu (czynnego, bo bierny się zgłasza – jak 07):
Bezinteresowne piękno to stary PRL-owski plakat propagandowy eksponowany we Wrocławiu w uznaniu zasług Wolnej Europy i Jana Nowaka-Jeziorańskiego. W Poznaniu ma on swoje rondo. Ludzie, którym nazwisko Nowak-Jeziorański nic nie mówi, nazywają je „Jeziora Nowakowskiego”:
Bardzo pobieżne streszczenie – jeżeli komuś o to chodzi.
U Dostojewskiego jest napięcie w sferze duchowej, w sferze psychologii. Film usiłuje to oddac przez napięcie w sferze akcji. Nieporozumienie.
Yul Brynner jako Dymitr Karamazow. Katja o Dymitrze: “- Jest pan jak Rosja. Silny i bez zahamowań”.
Muzyka polska – Bronisław Kaper. Słychać motywy typu: „Szabadabada, amore.”
Cały Dostojewski – na przemian kwestie moralne i finansowe. „Jeśli nie ma Boga, wszystko jest dozwolone”.
Rosyjska miłość: „- Powiedz, że kochasz mnie rozpaczliwie. – Rozpaczliwie”.
Kiksy – nazwy na drogowskazach na rosyjskiej prowincji pisane alfabetem łacińskim.
Dymitr wchodzi do gospody: „- Welcome, sir!”
Każdy kogoś kocha miłością fatalną, ale zawsze pechowo kocha nie tego, kogo należy. Woody Allen świetnie to parodiował w filmie o Rosji.
W całej historii namieszał sporo dość niesympatyczny „polski oficer” nazwiskiem Wróblewski. Rzeczywiście, wygląda mało zachęcająco. Dostojewski, jak wiadomo, Polaków nie lubił programowo. Chyba miał rację.
No, i już wiadomo, który z braci stuknął starego Karamazowa i dlaczego.
Bracia Karamazow / The Brothers Karamazov, reż. Richard Brooks, 1958
Ale numer! Znajomy zadzwonił do mnie z informacją, że mi już całkiem odbiło. Niby żadne to dla mnie zaskoczenie, ale pytam o przyczynę. Otóż na YouTube znalazł się filmik reklamowy pokazujący poznański Ekobazar z moją narracją. Było coś takiego – pół roku temu. Zaprosili mnie, robiłem przez pięć minut za małpę i wypowiedziałem się do kamery o żywności ekologicznej. Bardzo mi była wówczas potrzebna – od tamtego czasu straciłem ze 20 kg. Także dzięki zdrowej żywności właśnie. Teraz ten filmik. Troszku smieszno, troszku straszno:
Pan Szwedowski wciągnął mnie niedawno podstępnie w dyskusję o „syndromie Poznania”. Moje ple-ple jest jednak żenująco nieprzekonujące wobec materii życia.
Oto dziś rano czytam w „Głosie Wielkopolskim” o wydarzeniu, którego scenerię znam doskonale. Pod Poznaniem jest otóż wieś Szreniawa, a w niej Muzeum Wsi Wielkopolskiej. Bardzo często tam parkuję, po czym idę do lasu. Obok muzeum znajduje się także kompleks „polny”: jakieś działki z tablicami informacyjnymi. Tablic nie mogłem nigdy odczytać, bo dostępu do nich broni siatka z drutu. Taka, jaką ustawiają na poboczach autostrad, żeby sarenki nie wybiegały na jezdnię. Ale niedawno pewna starsza pani podeszła do płotu, chciała wyrzucić kamyk z buta i odruchowo chwyciła się owej siatki. Trzepnęło ją – podobno zdrowo. Siatka pod napięciem. Jak dookoła pastwiska, na przykład. Mąż biegnie ze skargą na recepcję Muzeum, a tam – pełny spokój. Tak, siatka jest pod napięciem, żeby dziki z lasu nie weszły w szkodę. A jak ktoś za nią chwyta, sam sobie winien. Że nie ma o tym żadnej informacji, ostrzeżenia, żadnej marnej błyskawicy na tabliczce? Było nie dotykać i już.
Przypominam – płot pod napięciem (a bez ostrzeżenia) jest niemal w środku wsi. Obok stacja kolejowa, muzealne parkingi, bloki mieszkalne. Muzeum często organizuje pikniki, przyjeżdża mnóstwo ludzi. Dotknąć go może dziecko, osoba chora na serce, starsza, z wmontowanym rozrusznikiem itd. Porażenie, szok, w skrajnym przypadku śmierć. Sama sobie winna – po co tam łaziła i pchała się z łapami?
Teraz pytanie: czy dyrektor Muzeum (wielkopolskiego!) jest zapobiegliwym gospodarzem, zatroskanym o powierzone mu mienie? Ty też jest skrajnym idiotą, pozbawionym wyobraźni? Moja odpowiedź na to pytanie: on jest tylko jednym z wielu podobnych dyrektorów wielkopolskich instytucji użyteczności publicznej.
Fronda.pl komentuje obrady Synodu w sprawie rodziny: „Prośmy Miłosiernego Boga by otworzył oczy i serca tym biskupom, którzy kuszeni są przez laickie i współczesne ideologie. Niech ufają Sercu Jezusowemu i Ewangelii a nie podszeptom szatana”. Ba, to oczywiste, że część biskupów ufa podszeptom szatana. Trzeba tylko o nich „śmiało i po nazwiskach”. Żeby było wiadomo, że biskup Gądecki, Ryczan, Jędraszewski czy choćby Gonzales stale ulegają podszeptom szatana. I już. Ech, ta Fronda. Zawsze zatrzymuje się wpół drogi.
We Wrocławiu Dorota się ucieszyła, że nazwa hotelu jest od jej imienia. Szybko wyprowadziłem ją z błędu. Tu nie może chodzić o nią. Przecież to hotel „świętej”(!) Doroty:
I wiele ciekawych rzeczy na murach. W Poznaniu jak ktoś opróżni szkło, to go wyrzuca tam, gdzie stoi. A we Wrocławiu jednak dba, by zharmonizować go z architekturą historyczną:
Tutaj nawet jak eksponują krasnala, to w trakcie selekcjonowania śmieci:
A co do murów, to i tak najciekawsze są nie te, na których coś jest. Najciekawsze są te, które pokazują, że coś było, ale już go nie ma:
Właśnie! Nie ma! Bar mleczny „Mewa”. Mewy we Wrocławiu były? Są? Będą?:
Kiedy ja byłem bardzo młody, te piosenki były już dość stare. No, ale na tło pierwszych flirtów i romansów nadawały się znakomicie. Jak mi się pewna miłość nie udała, to na zabój słuchałem „Wiem, że nie wrócisz”. I ten jeden jedyny kawałek na zawsze będzie w mej pamięci związany z tą jedną i jedyną dziewczyną. Jak było dobrze, to się słuchało „Obok nas”. Jak gorzej, to „Stoję w oknie”. A dziś? Dziś aktualne jest: „Bo czas jak rzeka, jak rzeka płynie, unosząc w przeszłość tamte dni…” Niemen „Czy mnie jeszcze pamiętasz?” I wszystko jasne:
Góralska muzyka. Kapela Andrzeja Obrochty „W karcmie”. Zawsze z rozbawieniem słucham „Góralu, czy ci nie żal”. Autor tekstu, Michał Bałucki (+ 1901) napisał całkiem sporo powieści i sztuk teatralnych. Teraz czasami grywają jeszcze „Grube ryby”. Ale pod koniec życia i mu nie szło i jego dramaty cieszyły się coraz mniejszym powodzeniem. Tak się tym przejął, że z rozpaczy palnął sobie w łeb. Był zapewne przekonany, że już niebawem jego twórczość ulegnie kompletnemu zapomnieniu. Niewiele się pomylił. Uległa. Ale bardzo by się pewnie zdziwił, gdyby mu powiedzieć, że jeden jego kawałek będą znali wszyscy dorośli Polacy. Napisał go w więzieniu, gdzie go posadzili za jakąś burdę. Tam rozmawiał z młodym góralem, który udawał się właśnie za pracą na emigrację. I to jemu zadał pytanie, które dziś znają wszyscy: „Góralu, czy ci nie żal?”:
Cyprian Bazylik to muzyk staropolski (+1591), z Sieradza. Jak staropolaninowi przystało, płyta z jego dorobkiem nosi tytuł „Complete Works”. Muzyka kościelna (a był kalwinem) na cztery głosy a capella. Jak się śpiewacy bardzo starają, to słuchacz miewa wrażenie, iż dochodzi do niego taśma puszczana od tyłu. Czytam, że pod koniec życia dostał od króla Batorego siedem łanów (115 ha). Niezły PGR:
Po unieruchomieniu miasta z racji maratonu w Poznaniu huczy. Najbardziej sensowne wydały mi się postulaty, by maratony w przyszłości odbywały się w poniedziałki. Skoro niezłe jaja były w niedzielę, to jakie numery mogłyby odchodzić w mieście zamkniętym na poniedziałek?!
Reklama mieszkania w poznańskim radiu: „Nie bądź osłem. Nie daj się rozdzielić z ukochaną. Zamieszkaj na osiedlu…”
Wczoraj byliśmy w zoo z córeczką znajomych. Najsłynniejszy osioł w Polsce wyglądał tak:
Zdjęcie nie odda tego, jak bardzo był apatyczny. Nie zdziwiłbym się, gdyby mu dosypali jakiegoś bromu. Bo dyrektor zapewne kalkuluje trzeźwo: ta radna PiS-u od kopulujących osłów może jednak wygrać wybory (w jakiejś tam kategorii). I czego jak czego, ale tego osła i jego dyrektora, to ona już nie zapomni do końca życia. A wtedy…?
W każdym razie w zoo było tak pół na pół. Połowa zwierząt żywych, połowa sztucznych. Oczywiście, te sztuczne są znacznie bardziej ciekawe. Na przykład to zwierzę z piosenki:
Oraz to – z powieści o Alicji i z „Matriksa”. Ale ja za królikiem, niestety, nie pobiegłem. I tkwię we własnym matriksie:
I najweselszy widok w zoo: szereg pustych klatek:
Jeszcze reminiscencje wrocławskie. Na Ostrowiu Tumskim pomnik kardynała Kominka:
Poniżej słynny cytat z „Orędzia biskupów polskich do niemieckich braci…” z 1965 roku, napisanego (po niemiecku!) przez tegoż hierarchę:
Zawsze mnie to ciekawiło. Skoro biskupi wystąpili z tym aktem przebaczenia w imieniu narodu, to naród widocznie musiał się tego domagać. W dwadzieścia (i mniej) lat po wojnie naród widocznie masowo naciskał na duszpasterzy, kiedy oni wreszcie się zbiorą do kupy i w imieniu narodu przebaczą Niemcom te Auschwitze i Treblinki. Bo przecież tak dalej nie da się już żyć. Przebaczenie zakłada, że ktoś zrozumiał swoją winę, przyjął ją, zamierza naprawić. A przede wszystkim – prosi o przebaczenie. Niemcy zapewne masowo nas prosili. I biskupi – pod tym ogromnym naciskiem dziesiątków milionów katolików – wreszcie wzięli i przebaczyli. Bo skoro tak nieustannie proszą i błagają…
Po czym na kilka tygodni, jak podaje historia, zapadła denerwująca cisza. Bo my Niemcom przebaczyliśmy. I w porządku. Ale nerwy brały się z niepewności, czy Niemcy przebaczą nam? Nie było łatwo, ale w imieniu milionów Niemców (zapewne także były masowe naciski) biskupi niemieccy zwrócili się ze słowem przebaczenia. Wprawdzie dość niejasnym, ale nie czepiajmy się.
A teraz? Ciągle na ten temat wypisują jakieś bzdury. Ot, sobotnia „Gazeta Wrocławska”, a w niej wywiad z prof. Jerzym Maroniem, historykiem wojskowości:
Kończy się słowami: „… i choć wierzę, że w końcu dojdzie do pojednania między szarymi Polakami i szarymi Niemcami, to jednak musi minąć dużo czasu”. Co to za gadanie?! Od „Orędzie biskupów” minęło pół wieku. Zgodnie z nim, myśmy Niemcom wszystko przebaczyli już 50 lat temu. Biskupi napisali to wyraźnie! Auschwitz? Nie ma sprawy, przebaczamy. Każdemu może się zdarzyć.
A co do Wrocławia to na ścianach malują tam same świństwa. W Poznaniu nie do pomyślenia:
Nic dziwnego, że jakaś pobożna ręka ostrzega na murze: „Konfliktem nuklearnym w 2017 roku rozpocznie się Apokalipsa”. Nareszcie!:
„Sukces” (1968) Niemena. Ludowy kawałek o pożarze stodoły podczas wesela śpiewa jak wczesny Presley. Nawet rosyjską „Bradiagę”, czyli „Włóczęgę” wykrzykuje jak by to był wzorcowy kawałek w stylu soul. W tym samym stylu „Allilah” ze śpiewem muezina – jak wschód, to wschód. Awantura się wywiązała, kiedy Piwowski pod takim tytułem nakręcił krótkometrażówkę o idolu. Tu na widowni ryczy tłum fanów, a tam w garderobie Niemen mówi, że najmniej zależy mu na popularności. A swoich muzyków wysyła na dancing do „Europejskiego”, bo fałszują. Cały Niemen:
Najbardziej elegancki hotel w Berlinie splata losy kilku osób. „Ludzie przyjeżdżają, ludzie wyjeżdżają. Nic się nie dzieje.” Rzeczywiście ludzkie rojowisko. Scenka za scenką, bohater zbiorowy.
Opozycja – luksusowy hotel, nieszczęśliwi goście. Są tak nieszczęśliwi, że aż groteskowi. Nawet swoje klęski muszą przeżywać patetycznie, czyli tak jak nakazuje status społeczny.
Pewien śmiertelnie chory urzędnik przyjeżdża tu spędzić ostatnie tygodnie życia. Imponuje mu, że jednym pstryknięciem może włączać i wyłączać światło. A kąpać się w ciepłej wodzie może nawet w nocy.
Zmęczona karierą primabalerina nazwiskiem Grusinskaja (Greta Garbo). Histeryzuje, nie chce tańczyć, widownia z każdym wieczorem coraz bardziej pusta. Menedżer: „- Kończę z baletem. Jazz! Tylko jazz!”
Greta Garbo w wyjątkowo emocjonalnych scenach gra wyłącznie ruchem brwi.
Szef wzywa stenografkę do pokoju. Ona: „- His master’s voice!”.
Jeżeli ktoś zachowuje się impertynencko: „- Fe, berlińskie maniery!”
„- Zatańczy pan ze mną? – Nigdy nie tańczę przy ludziach”.
„ – Gdyby któryś z pańskich pracowników był tak głupi w małej skali, jak pana jest w dużej…”
Ludzie w hotelu / Grand Hotel, reż. Edmund Goulding, 1932