Archiwum miesiąca: październik 2014

Dzień, wspomnienie lata

Dziś +20 i słoneczko. Po niezwykle pogłębionym konwersatorium ze studentami zaocznymi (oni to dopiero śrubują poziom!) spacer po obrzeżach lasu. Do środka nie chciało mi się wchodzić, bo szkoda tych ostatnich promieni. Niby przyroda zamiera, ale nie całkiem. Bo ozimina – przykładowo – zieleni się jak gdyby nigdy nic:

W Częstochowie dziś pielgrzymka taksówkarzy.

Głos Wielkopolski: „W sobotę w Scenie na Piętrze odbyła się konwencja Prawicy Rzeczypospolitej. Gościem specjalnym spotkania był poseł Marek Jurek.” Scena na Piętrze dysponuje stosunkowo niewielką salą. Europoseł Jurek i jego partyjni koledzy stoją murem za wartościami, które zamierzają wdrażać w świat polityki przy okazji najbliższych wyborów samorządowych. Komentarze internatów dość rozchwiane. Od pełnej aprobaty: „Stop pedalstwu!” do sceptycyzmu: „Członkowie tej partii mieszczą się na kanapie a w windzie jak wejdą są jeszcze wolne miejsca…..Scenę na Piętrze „ośmieszają” bardziej jak kabaret TEY…”

Z rozmowy red. Anny Retmaniak z Janem Kobuszewskim:
– Ale nadzieja jest matką głupich.
– Czy ja wiem? Moja matka była mądra.

Bezinteresowne piękno prezentuje dziś wrocławski cmentarz żydowski. Dotychczas oglądaliśmy biedne macewy, porośnięte trawą. Wrocławskie groby to z kolei pałace. A jesienne bluszcze przydają im głębi, melancholii i młodopolskiego nastroju (zdjęcia telefonem). Nic dziwnego, że bilet wstępu kosztuje 10 zł:

„W radiu śpiewa Mahalia swój smętny, czarny blues” – śpiewała z kolei Irena Santor. Mahalia Jackson zarejestrowana podczas występu na żywo. Brawa przerywają występ. Słuchacze klaszczą do taktu, klaszcze ona sama. Tu słychać całą żywiołowość, wywiedzioną z wiejskich kościółków na czarnym Południu. Pieśniarka wypuszcza się na dłuższe improwizacje. Wstrząsająco zaśpiewany standard „You’ll Never Go Alone”. Towarzyszy jej tylko pianista, jak w tych kościółkach dama grająca na fisharmonii. „Recorded Live in Europe During Her Latest Concert”. Halllelujah!:

„Na szkle malowane”. Bigbit plus góralszczyzna. Ale nie tak wystylizowana jak zazwyczaj u Skaldów (choć i oni tu śpiewają), dość przaśna, ludowa. Cepelia. Choć z pełnym zaangażowaniem udzielają się tu Niemen i Rodowicz. No i to odwieczne pytanie: „Hej, baby, baby nad babami, dokąd panować będziecie nad nami?”:

Novi Singers (jeszcze jako Novi) „Bossa Nova”.  Ich pierwszy album, z 1967 roku. Niebawem w swojej kategorii dołączyli do światowej czołówki. Tu tylko kompozycje własne. Mile, szemrzące „szabadaba”. Czasem ze smyczkami, czasem z fortepianem, gitarą i subtelna perkusją. Ale tak bardzo tych instrumentów nie potrzebują. Głosy wystarczają. To tzw. śpiew instrumentalny. Głos ma brzmieć jak instrumenty grupy jazzowej:

Te wodospady liści, te listopady łez…

W powietrzu zawiesina:

Mrowiska też zawiesiły działalność:

Ostatnie grzyby czekają nie wiedzieć na co:

Liści tyle, że to już nudne:

Ale wśród nich ten jeden jedyny, niepowtarzalny „żółty, jesienny liść”:

I ten powracający nieustannie element pejzażu. Odporny na zmiany pór roku, na wahania aury, na koniunktury. Wieczny:

Dziś szedłem szlakiem im. Jana Pawła II. To najszerszy szlak w Parku (całkiem zrozumiałe), biegnie prosto jak strzelił, żadnych zygzaków, zakrętów (żeby nie poczytano to za aluzję). Jedno tylko mnie uderzyło. Chodziłem tym szlakiem już tyle razy, ale nigdy nie spotkałem na nim żadnej pielgrzymki.

Rankiem kliknąłem pilotem. W telewizji znowu Kloss. Ten serial miał tylko 18 odcinków, ale ponieważ od początku lat 70. pokazują go non stop, udziela się wrażenie, że nie ma początku ni końca.

Na Fronda.pl rozważania, czy tragedia powstania warszawskiego nie była karą Bożą za grzechy tego podobno wyjątkowo zdemoralizowanego miasta. Wskazywałyby na to m. in. objawienia s. Faustyny. W tej sytuacji rola powstańców jest co najmniej dwuznaczna. Zamiast przyjąć karę z należnym poddaniem, opierali się woli Bożej, wyrażanej w tym wypadku przez SS. Czyli – wojujący bezbożnicy! I takim stawiać pomniki?!

Spacerek przekrojowy po dorobku Burta. Choć kawałków  z puli „The best” sam wymieniłbym znacznie więcej niż mieści ta płyta. Grane ni to na dancingu, ni to w filharmonii. Bo nadają się i tu, i tu. Mój ulubiony od dziesiątków lat: „I’ll Never Fall In Love Again”. Krytyka określa ten styl mianem “baroque pop”. Burt Bacharach Orchestra “Live in Japan” (2006):

Jorgos Skolias eksperymentuje z własnym głosem. Po polsku, po grecku, po angielsku. Głos mocny, pewny, pełny. Czasami ociera się o spazmy. Bardzo wydolny, gdy śpiewa „Summertime”, „Sitting On The Dock of The Bay”, “Yesterday”. W podkładzie fortepianowym Bogdan Hołownia. „Tales” (2006):

Buntownik bez powodu / Rebel Without a Cause

 

Przykład filmu (a są i książki), który w danym momencie elektryzuje, ponieważ porusza jakąś niezwykle drażliwą kwestię. A kiedy te kwestia zanika w życiu społecznym czy obyczajowym, atrakcyjność filmu gwałtownie spada. Więcej: staje się niezrozumiały. I nudny najzwyczajniej. Jak ten „Buntownik…”

Dean w szkole w brązowym garniturku, który go strasznie postarza. Po godzinach w dżinsach i w tej swojej czerwonej kurtce. Potem ginie w niej dzieciak, który był jeszcze bardziej samotny niż on.

James Dean zgarnięty w nocy za pijaństwo na posterunku nuci “Cwałowanie Walkirii”.
Natalie Wood (szkoda, że tak wcześnie zmarła) – uszminkowana (jej filmowa bohaterka). Bez szminki wyglądała znacznie bardziej świeżo.

Młodzi ludzie na nocnym posterunku. Wszyscy zagubieni i wyobcowani. Każdy ma problemy z rodzicami. Którzy nic nie rozumieją. Rodzice Jimmiego mają na wszystko jeden sposób: przeprowadzka w nowe miejsce. 15 lat później podobnego chłopaka zagra Austin Hoffman w „Absolwencie”. A tak bardzo inaczej wyglądało to w „Grease”. A jeszcze inaczej w „Powrocie do przyszłości”.
Rodzice Jimmiego mieszkają i stroją się jak z żurnala. W domu standardy wyczytane w gazecie i zamordyzm. Odwrotna strona „american dream”.
Ale cała ta problematyka typu „angry young men” dotyczy osób białych, swietnie sytuowanych. Jimmy ma własny samochód, mieszka w domku pod miastem.
Dzieciaki noszą krawaty, jak tatusiowie. Epoka przedbitlesowska: nastolatki jeszcze nie mają własnej mody. Noszą się jak rodzice.

Buntownik bez powodu / Rebel Without a Cause, reż. Nicholas Ray, 1955 filmweb

The autumn leaves

W plenerze stwierdzam totalny upadek wszystkiego. Na działkach nic się nie dzieje:

Przy drodze rozpad i gnicie:

W perspektywie postępująca martwota:

W swojej pysze i egocentryzmie niemal nie chwalę blogów innych autorów, które uważam za godne uwagi. A kiedy już się zdecyduję, jest za późno. Oto blog o nazwie: Ja, Irena i ja – niestety nieczynny już od paru lat. Poświęcony był pracom niestrudzonej poradniczki Ireny Gumowskiej, czynnej jeszcze za głębokiego PRL-u. Kiedy pisałem ciekawostkowe książki o tamtych czasach, sporo z niej korzystałem. O tym, co można zrobić z ziemniaczanymi obierkami, pisała tak patetycznie, jak by chodziło o zestawianie win podczas uczty Ludwika XIV. Okazuje się, że zauważyłem to nie tylko ja. Autorzy bloga cytują i cytują. A ja za nimi:

„Pewien pan zmieniał nagle nastroje, stawał się nieznośny, irytujący, pobudliwy i superaktywny. Przy tym miał manię wielkości. Uważał, że jest geniuszem i że jemu należą się wszystkie honory. Był nie do zniesienia. Oddano go więc do szpitala, ale dopiero 6 ludzi dało radę go tam zaprowadzić. A co zadziwiające: miał 81 lat. Badania wykazały, że jest zdrowy, że wszystko jest w normie poza jednym: poziom witaminy B12 (kobalaminy) okazał się wyjątkowo niski. Podawano mu więc tę witaminę w zastrzykach i po tygodniu wrócił do normy i zdrowia. Ale jeszcze przez pół roku co tydzień podawano mu witaminę B12, aby miał jej dość. Nieraz tzw. manie prześladowcze można wyleczyć właśnie kobalaminą.”
(Wenus i atleta, Warszawa 1999, s. 194)

Chciałem to skomentować (nawet na nieczynnym blogu), ale jestem idiotą do tego stopnia,  że nie byłem w stanie odpowiednio  wkleić dwóch zdań. Komentuję więc tu:
Czytam, że tego niedowitaminizowanego pana prowadziło „sześciu ludzi”. Próbuję to jakoś zwizualizować. Ok. – czterej trzymają go za ręce i nogi (każdy po jednej). Piąty za głowę, bo pewnie gryzie. Ale za co – na Boga! – trzyma go ten szósty?! Nie trzymajcie ludzi w niepewności! Litości!!!

Z Wydawnictwa Poznańskiego przywiozłem moją kultową książkę, która się właśnie ukazała:

A jako że żyjemy w rzeczywistości multimedialnej, zostałem poproszony, by niektóre rozdziały streścić na żywo:

 

 

Jako delegat bezinteresownego piękna na dziś wydelegowany został złoty jeleń z fasady wrocławskiej kamienicy:

„Henryk Alber & Janusz Strobel” z roku 1972. Mieli wtedy przed sobą jeszcze dziesięć lat wspólnego grania – z górką. W czasie studiów lubiłem chadzać na ich koncerty. Bo to z jednej strony dwie gitary klasyczne, a z drugiej lekki repertuar: przeboje, standardy jazzowe, co chwytliwsze kawałki z muzyki poważnej. Grali w małych klubach dla 20-30 osób. Tak też jest na płycie: „Czarny Orfeusz”, tematy Jobima, znany do bólu „Romans miłosny”. Dziś podpadałoby to pod chillout:

Billie Holiday „Songs for Distingue Lovers” (1957). Ten niezapomiany głos: jakby lekko zduszony, stłumiony, nosowy. Zarejestrowała sześć piosenek w niecały tydzień i tak to wtedy wyszło. Ale jak wypuścili reedycję w 1997, okazało się, że na marginesie, na zapas nagrała jeszcze sześć kawałków, które teraz dołączono. A dziś znacznie bardziej pospolite płyty jazzowe rodzą się przez rok, dwa:

Chuck Mangione ma trąbkę, którą się łatwo identyfikuje „po głosie”. I, stety-niestety, od razu przykleja się ją do „Dzieci Sancheza”. Cóż, artysta miał jeden „jump up”, jak tysiące przed nim i po nim. Na płytach ze schyłku kariery – jak „Love Notes” (1982) – gra humanitarnie. Stosunkowo powoli, tak, by niezbyt biegły słuchacz, jak ja, nadążał. Choć z zadyszką. Perkusja szatkuje to rytmicznie, improwizujący muzycy nie wchodzą sobie we frazę. Panuje ład i porządek. I tak w jazzie powinno być zawsze. O ile to w ogóle jest jazz…:

Dyliżans / Stagecoach

https://www.youtube.com/watch?v=gTK75Sf-uvI

 

Jedna z pierwszych, znaczących ról Johna Wayne’a.
John Carradine jako szuler. W czym on nie grał?!
Czejen jako informator amerykańskiej kawalerii. W towarzystwie tych oficerków wygląda na wyjątkowego tępaka.

Schemat: grupa przypadkowych a skontrastowanych osób jedzie dyliżansem przez tereny opanowane przez Apaczów. To dla wszystkich próba charakteru.

Z miasteczka wyrzucają lekarza-alkoholika i panienkę lekkiego prowadzenia. Lekarz: „- Te panie z Ligi Prawa i Porządku usuwają z miasta męty. Bądź dumnym mętem!”
Panienka o paniach z Ligi: „- Są gorsze niż Apacze”. Z wyglądu – rzeczywiście.

Komiwojażer, który handluje whisky (schludny, czarny strój) nieustannie jest brany za pastora. W dodatku wszyscy zapominają jego nazwiska. Powtarza je tyle razy, że zapamięta je każdy widz: Peacock.

I nadchodzi czas próby. Pijany lekarz doprowadza się do ładu litrami kawy i odbiera udany poród w bardzo trudnych warunkach. Panienka lekkiego prowadzenia troskliwie się nią opiekuje.
Ten lekarz, mimo że pijany, myśli najbardziej trzeźwo ze wszystkich.

No, i ta najsłynniejsza w kinie scena napadu na dyliżans. Oni to kręcili w 1939. U nas wówczas takie rzeczy – nie do pomyślenia.

W saloonie na rozklekotanym pianinie grają, oczywiście, rigtime’a.
Kiedy robi się niebezpiecznie, barman przede wszystkim chowa lustro w ozdobnej ramie, najcenniejszą rzecz w lokalu.

No, i przybywa kawaleria.

Dyliżans / Stagecoach, reż. John Ford, 1939 filmweb

Amazing Grace

W lesie jak zwykle. Najpierw dal:

A potem mrok:

To jest jak haust świeżego powietrza z rana. Nowy głos Marysi z Gorzowa, reprodukowany przez portal Fronda.pl. Tym razem fundamentalna, było nie było, kwestia homoseksualizmu: „Licealistka z Gorzowa Wielkopolskiego pisze na swoim blogu, że Rzym upadł przez homoseksualizm. >>Mój kolega powiedział ostatnio, że dzisiejszy świat przypomina Rzym przed upadkiem. Całkowicie się z nim zgadzam. Ciekawa jestem teraz, kiedy nastąpi oczyszczenie świata, upadek naszej cywilizacji 🙂 Tak, to jest to, co sądzę o homoseksualizmie<< – tłumaczy Maria Sokołowska.” Chciałbym to jakoś skomentować, ale moje pióro jest bezradne. W niemym urzeczeniu czekam tylko na następne głosy Marysi.
Niepokoi mnie tylko to, że jakoś nikt nie kwapi się dowiedzieć, jakie jest zdanie Marysi w kwestii twórczości Manna, Marqueza, Kafki. Albo, co sądzi o Koncertach Brandenburskich Bacha lub o VI Symfonii Mahlera. Tylko wszyscy żyłują tę młodą w końcu osobę w kwestii spraw tak wymagających jak Tusk, pijaństwo czy pederaści. To nie fair!

Dziś musi być dla mnie Dzień Łaski. Bo oto następny cytat. Ks. prof. Dariusz Oko w „Naszym Dzienniku”: „Kazirodztwo należy do samej istoty gender, w nim najlepiej objawia się jego natura, bo do jego istoty należy propagowanie totalnego rozpasania seksualnego”. Proponuję, by każdego genderystę od dziś nazywać motherfucker.

Kącik satyryczny red. Andrzeja Niczyperowicza w „Głosie Wielkopolskim”:
„Tabliczka przy wejściu do Biblioteki Uniwersyteckiej w Warszawie: >>Profesorów i doktorów habilitowanych, osoby niepełnosprawne oraz kobiety w ciąży obsługujemy poza kolejnością<<. To łudząco przypomina mi kultową scenę w stołówce Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy. Bonzowie hitlerowscy cierpliwie stoją w kolejce. Wchodzi Stirlitz , przepycha się i od ręki dostaje obiad. Mueller, Himmler i Bormann patrzą osłupiali. Nie wiedzą, że kobiety ciężarne i Bohaterowie Związku Radzieckiego obsługiwani są poza kolejnością.

Płyta „Question Mark” Janusza Muniaka z 1978 roku. Wówczas grał już od 20 lat, m. in. ze Stańką. Zawsze w polskiej saksofonowej czołówce. Tu na gitarze wspomaga go Marek Bliziński. Później miał w składzie Śmietanę. Ostatnimi czasy mniej słyszało się o nim jako saksofoniście, więcej jako o alkoholiku. Bo na tym to się akurat każdy zna, w przeciwieństwie do jazzu. Chociaż jak nie tak dawno Stańko w wywiadzie-rzece opowiedział obszernie, ile to w życiu wypił i wypalił, to Muniak pewnie absolutnym rekordzistą nie jest. Stare powiedzenie branżowe: Bez gazu nie ma dżazu:

Antymos Apostolis z SBB, tym razem solo. Na pograniczu rocka i jazzu. Muzyka taktowana regularną perkusją, ale sporo w niej miejsca na improwizacje. Apostolis daje pograć innym, jak – podobno – Skrzek Apostolisowi za wiele nie dawał. „Days We Can’t Forget”:

„Makowicz vs. Możdżer In The Carnegie Hall”. Pojedynek (dialog) dwóch fortepianów. Makowicz miał w tej sali recital po raz pierwszy w latach 70. Możdżer mógłby być jego uczniem. Godzą się jednak improwizując przy Chopinie czy Komedzie. Mam wrażenie, że ścigają się też w konkursie na tempo przebierania palcami. Strasznie gęsto tu od tych fortepianów. Znawca by pewnie nie nadążył słuchać i wychwytywać niuanse. Amatorom – jak ja – pozostaje odnotowanie ogólnych wrażeń:

Z rewirów bezinteresownego piękna wrocławski krasnal w wersji „jesienny, śmieszny pan”: