Archiwum miesiąca: wrzesień 2014

Lebiodowe Chwaściewki

W wielkopolskich lasach nuda i banał. Jak na pocztówce:

Tym bardziej „szanujmy wspomnienia”:
W Centrum Rzeźby Polskiej w Orońsku (koło Radomia) wystawa prac Jana Szczepkowskiego (1878-1964). To jego dziełem są m. in. płaskorzeźby na frontonie sejmu czy gmachu PAP. Ale mnie najbardziej w jego pracach urzekły postaci ludzkie. Lubię bowiem oglądać osoby godne, skłonne do refleksji, o umysłach pogłębionych. Znakiem tego, iż głowa jest ciężka od myśli był swego czasu – u ekskluzywnych klientów każdego zawodowego fotografa – gest wspierania tej umęczonej głowy dłonią. Tak, głowa jest przepełniona, trzeba ją podeprzeć. A Szczepkowski miał wielu takich modeli. Najpierw głowa ciążyła jemu samemu:

A potem jego bohaterom:

W rozległym orońskim parku napotkaliśmy wiele arcydzieł. Przykładowo: „Trzy kobiety na trawie”. Jest to dzieło tak doniosłe, że jego tytuł podano także w wersji angielskiej. Szkoda tylko, że z błędem. A może on jest częścią tej prowokacji artystycznej?:

Uroda tych dam uwiodła mnie do tego stopnia, że z ochotą wkomponowałem się w ich towarzystwo:

Dorota zaś zmierzyła się z dziełem Petera Lewandowskiego „Granitowa kobieta” (1987), dla którego z powodzeniem mogłaby być modelem:

Z daleka migotali „Nierozpoznani”, ale myśmy ich rozpoznali od razu. Mimo, że byli w wersji mini. W Poznaniu mamy dwa razy większych. I z porządnego żeliwa:

Odkryliśmy też rzeźby kontestujące władze PRL-u. Przykładowo utwór Andrzeja Jocza z roku 1986. Nazywa się „Autonomizm IX” i ta aluzja była w czasach Jaruzelskiego bardzo czytelna:

Zdarzało się, że rzeźby wynikały z przyrody. Na przykład ze stawu:

Do jednego z dzieł sztuki musiałem był pozować przed rokiem, bo wyraźnie widać, ile od tego czasu schudłem:

W pobliskim pałacu Józefa Brandta – wnętrza dworkowe z pełnym wyposażeniem. Jak bardzo pełnym? Bardzo! Oto eksponat, który zafascynował mnie najmocniej:

W opisie stało: „Sedes w skrzyni, w formie kufra, drewno fornirowane orzechem, intarsja, koniec XIX wieku.” I pomyśleć: minęło sto lat, nastąpił kolosalny postęp techniczny, a człowiek się załatwia na byle plastiku. Podczas gdy jakiś hrabia już sto lat temu z hakiem wypróżniał się na fornirowanym orzechu.
W muzealnym parku ciągle przybywa eksponatów. Niektórych nie zdążono jeszcze opisać. Przymierzyłem się do tego sam. Oto „Schodzieniec półpłaski VII”:

A to „Podajnik dezintegracja IX”:

Eksponaty sztuki współczesnej można było napotkać także w części biurowej muzeum. Oto „Plasteliniak pieczątkoidalny VI”. Ostatni raz widziałem podobne eksponaty w studium wojskowym, około roku 1984. Widocznie sztuka się umasowiła:

Uważam jednak, że najciekawszym okazem w Orońsku były nie rzeźby, lecz praca plastyczna (metal i emalia) umieszczona dyskretnie na ścianie Muzeum:

Aby bukiet atrakcji był pełny, miły młody człowiek zaprowadził mnie na ekspozycję „obiecującego twórcy komiksów” z Węgier. Musiałem przyznać: Attila Futaki to twórca naprawdę obiecujący:

Nasza wycieczka zyskała nawet swoją ramę. Zaczęła się od „Pana Tadeusza” i nim skończyła. Oto bowiem w Sulejowie poszliśmy na koniec dnia obejrzeć, po raz kolejny zresztą, opactwo pocysterskie. Jak w całej Polsce w sobotni wieczór, także i tu młoda para miała sesję fotograficzną. Poprzednią widzieliśmy trzy dni wcześniej w scenerii pałacu w Gołuchowie. Co ma do tego „Pan Tadeusz”? Otóż wieczór był pogodny i ciepły, okolica wilgotna. Komary cięły jak najęte. Druhna, która towarzyszyła młodym podczas sesji fotograficznej, nosiła krótką spódniczkę. Póki komary cięły ją po odsłoniętych nogach, pół biedy. Gorzej, że cholery dostały się pod tę kusą spódniczkę. Biedna druhna próbowała się ich stamtąd pozbyć, ale ludzie się kręcili. Zrozumiała w końcu, że najlepszy sposób to kucnąć i przeczekać plagę. Ja chciałem się rzucić z pomocą, bo w „Panu Tadeuszu” stało wyraźnie, że jak Telimenę oblazły mrówki to… Ale Dorota osadziła mnie na miejscu nieprzystojnym słowem. Ściśle mówiąc użyła wielu nieprzyzwoitych słów:

I grande finale.
Słońce ostatnich kresów nieba dochodziło,
Mniej silnie, ale szerzej niż we dnie świeciło,
Całe zaczerwienione, jak zdrowe oblicze
Gospodarza, gdy prace skończywszy rolnicze,
Na spoczynek powraca. Już krąg promienisty
Spuszcza się na wierzch boru i już pomrok mglisty,
Napełniając wierzchołki i gałęzie drzewa,
Cały las wiąże w jedno i jakoby zlewa:

Z rzeczy zaległych jeszcze przegląd prasy:
„Życie Podkarpackie”. Opis wypadku: „Kierowca ciężarówki na prostym odcinku drogi stracił nad nią panowanie.”
Nekrolog Jana Cholewy. Długą listę zasług zmarłego otwiera: „Niestrudzony bojownik o wartości chrześcijańskie”. Zamyka: „Długoletni pracownik Urzędu Miasta Przeworska”.
Biblioteka Publiczna w Przeworsku wyłoniła zwycięzcę konkursu „Najlepszy Czytelnik Wakacji”. Wygrał go Gabriel Kruczek, który w czasie wakacji wypożyczył (i zapewne przeczytał) 102 książki.
Przeworska Kapela Podwórkowa „Beka” otrzymała odznaczenie „Zasłużony dla Kultury Polskiej”.
W Horyńcu – konkurs „Sposób na pieroga”. Wygrał zespół miejscowych pań Lebiodowe Chwaściewki przed Słonecznymi Sakiewkami.

Się siedzi, się słucha. Mnóstwo. A choćby i Emerson Like & Palmer “Live in Poland”.  Nie śpiewają „Ce la vie” – szkoda.
Zagrają kawałek Bacha, kawałek Musorgskiego. Ale z tych łatwiejszych, rozpoznawalnych dla słuchaczy rocka. Tylko, czy jak ktoś chce posłuchać Bacha, to idzie na koncert Emersonów? Chyba, że w Polsce…:

One Night in Casablanca

Wspominków ciąg dalszy. W miejscowości Tryńcza pod Leżajskiem spędziliśmy niezapomnianą noc w motelu „Casablanca”:

A potem pielgrzymki ciąg dalszy: bazylika w Leżajsku. Tu przed kościołem „Punkt pierwszego kontaktu” połączony z ubikacją. Dorota poszła się upewnić i pyta, czy „punkt pierwszego kontaktu” jest w ubikacji. Starsza pani nie podniosła nawet oczu znad najnowszego numeru „Życia na gorąco”. „- Opłata dwa złote!”:

Wreszcie zmierzamy do klasztoru. Na zabudowaniach tabliczka informacyjna, czyim imieniem nazwano ten plac. Ale też, gdyby jakiś pielgrzym przeczytał, że to „Jana Pawła”, ale te imiona z niczym by mu się nie kojarzyły, dodano „papieża”:

Pielgrzymi zresztą traktowani są tu dość zasadniczo. W przyklasztornym sklepiku spostrzegłem nakaz jednoznaczny:

I jeszcze jeden:

Nic dziwnego. Szatan i jego pokusy czają się wszędzie. Więcej na ten temat w piśmie szeroko tam propagowanym:

Wewnątrz doznałem frustracji, która często dotyka mnie w świątyniach barokowych. Zwłaszcza w tak zdobnych, jak ta. Otóż tłumy świętych gestykulują nad wyraz gwałtownie („Każdy święty ma swoje wykręty.”), a ja nie mam pojęcia, o co może im chodzić. Gdyby takim gestem zaczepił mnie pan na ulicy, od razu sięgnąłbym po portfel. A tu?:

Kawałek dalej, w miejscowości Rudnik nad Sanem, jest znane zagłębie wikliniarskie. Z wikliny są tam w stanie zrobić wszystko. Na dowód – wyeksponowana u wjazdu do miasta replika budowli, która od razu powinna była zostać wzniesiona w wiklinie:

Wreszcie Sandomierz. Po czym poznać? Ano:

W ten pejzaż świetnie wkomponował się nasz wicepremier z PSL-u. Łatwo było wyłowić z tłumu pstrokatych letników jego samego i kolegów partyjnych. Wszyscy w czarnych garniturach a la Blues Brothers. A wicepremier Piechociński ustawił się centralnie i każdy mógł podejść i zrobić sobie z nim zdjęcie. Za darmo, a nie jak z misiem na Krupówkach:

W tym Sandomierzu doszło miedzy Dorotą i mną do sprzeczki. I już zdecydowała się mnie zostawić, ale nie zmieściłem się do okienka:

Co było robić? Pojechaliśmy do Wąchocka. Tu w słynnym opactwie cysterskim zbiory księdza podpułkownika magistra Walentego Ślusarczyka. To bardzo zasłużony kapłan. Niejeden radziecki generał pozazdrościłby mu tego rzędu orderów:

Ekspozycja kajdan z epoki powstania styczniowego nasunęła mi myśl, że jednak Dorota powinna jakoś odpokutować za ten Sandomierz:

Dorota ma nad wyraz rozwinięte powonienie. Szarik przy niej to pikuś. Kiedy brat zakonny pokazał nam z dumą średniowieczny refektarz, była zachwycona: „- Nawet tak bardzo nie śmierdziało.”:

Niestety, potem skorzystała z klasztornej ubikacji. Ale cóż: to cały czas jest tylko Wąchock. Swojski do granic:

Z pomnikiem najgłośniejszego sołtysa w Polsce:

Zresztą z pomnikami mieliśmy tam kłopoty. Wiedzieliśmy bowiem, że w mieście powinien być pomnik kapitana „Ponurego” (Jana Piwnika), którego oddział operował na tych terenach. Nie mogliśmy jednak na niego trafić. W pewnym momencie Dorota zobaczyła pomnik:

Pyta, czy to jest „Ponury”. Tłumaczę jej, jak dziecku, że temu panu na pomniku nie jest wprawdzie do śmiechu, ale „Ponury” to on też nie jest. I wreszcie:

Chcieliśmy się nasycić małomiasteczkową atmosferą na ryneczku w Szydłowcu, ale był on rozkopany w takim stopniu, że pobyt na nim groził utratą zdrowia, a może i życia. Nic dziwnego, że na murach tego grodu pojawiły się napisy „Precz z kapitalistycznym wyzyskiem!”. Wyzysk w Szydłowcu jest legendarny. Zwłaszcza w tamtejszych kamieniołomach:

Dość kultury obrazkowej. Poczytajmy.
Podkarpackie „Nowiny” omawiają przypadek pewnej księgowej z Krosna, która przez lata na dziesiątki sposobów podbierała z rozliczanych przez siebie instytucje różnej wielkości sumy. Pytana w sądzie o motywy swoich czynów, odpowiedziała, że „nie było w tym złej woli z jej strony.”
Na Podkarpaciu ruszyła ogromna akcja charytatywna. Uboższe i wielodzietne rodziny otrzymają za darmo – raz na miesiąc – paczkę z owocami. Zainteresowanie ze strony owych rodzin – zwłaszcza z mojego rodzimego Jarosławia – jest ogromne. Paczka ma ważyć od 1,5 do 2 kg. Do tego darmowa broszura instruktażowa autorstwa Magdy Geissler na temat, co wielodzietna rodzina ma począć obdarowana nagle takim bezmiarem owoców.
Kroniki policyjne odnotowały niezwykle demokratyczny ślub. Państwo młodzi nie kazali się do kościoła wieźć limuzyną, jak inni. Zdecydowali prowadzić samochód osobiście. I – demokratycznie: pół drogi on, pół ona. Wszystko byłoby wspaniale, tylko policja zatrzymała i kazała panu młodemu dmuchać. Promil. Zaproponowała więc, żeby poprowadziła panna młoda, ale ta wyznała, że zapewne wydmucha tyle samo albo i więcej. W tej sytuacji życzliwi policjanci zasugerowali, by państwo młodzi przesiedli się do autokaru, którym na ceremonię udawali się goście. Tylko od kierowcy autokaru tak jakoś dziwnie zalatywało… Pół promila. Jak na standardy podkarpackie – całkiem trzeźwy.

I – na litość Boską – więcej kultury. Więc Mark Knopfler i piosenkarka country Emmilou Harris na koncercie („All The Roadrunning” 2006). Generalnie – smętek i pomiałkiwanie głodnego kota. Nawet w piosence “Why Worry”, którą odsłuchałem w życiu z 500 razy. Ale, oczywiście, nie w takim wykonaniu:

Jak należy śpiewać, pokazał za to czarnoskóry piosenkarz Barry White („Stone Gon’” 1973). Nikt tak jak on nie wykona na jednym oddechu frazy: „Bejbeamiszju”:

No i Jan Ptaszyn Wróblewski, który najlepiej czuje się, gdy gra z kolegami, na żywo „Sex Appeal”, „Na pierwszy znak”, „Już nie zapomnisz mnie” i podobne evergreeny:

Karol. Człowiek, który został generałem

Wielokrotnie pisałem, jak wielkim szacunkiem darzy mnie telewizja. Proszą mnie o wypowiedź tylko w kwestiach najważniejszych, wręcz fundamentalnych. Ogromnie dbają, bym nie trwonił swego autorytetu na sprawy błahe, niewarte wzmianki. Dlatego Polsat pytał mnie dziś o Kubę Rozpruwacza. A TVN wczoraj o dożynki w Poznaniu w roku 1974. Mój Boże, cóż to był za rok! Stuligrosz z Chórem dali 1000-czny koncert. Z „Cegielskiego” wyjechała setna ekskluzywna lokomotywa spalinowa, z fabryki samochodów rolniczych 1500-tny tarpan. W Operze – „Maraton gwiazd” z Heleną Vondrackovą. Oddano halę Arena (i to 28 czerwca, żeby ta data w Poznaniu trochę lepiej się kojarzyła). Oddano „deskę sypialną”, hotel Polonez. Arkady Fiedler z Puszczykowa skończył 80 lat, a nakład jego książek sięgnął 7 milionów. Urodził się półmilionowy Poznaniak.
Przed dożynkami był konkurs na hejnał. Wygrał go Jerzy Maksymiuk. Muzykolodzy do dziś są zdania, że to jego największe osiągnięcie w dziedzinie muzyki…

Ale wróćmy w nasze czasy.
W Sanoku jakiś młody człowiek pyta na parkingu, czy to miejsca płatne, czy nie. Bo nijak się nie może zorientować. Przypominam mu, że jesteśmy w mieście Zdzisława Beksińskiego (ma swoje rondo). A Sanok jest dokładnie taki, jak obrazy Mistrza. Pani w recepcji hotelu, której oddaję klucz od pokoju, prosi, bym zaczekał, bo „musi sprawdzić”. Sprawdziła, wróciła i mówi, że „w porządku”. Do wyniesienia z pokoju były dwie rzeczy: reprodukcja na ścianie i pojemniczek z mydłem w płynie. Nie powiem, korciło mnie. Pal sześć reprodukcję. Ale to mydło! Ale w sumie dobrze się stało – biegałaby za mną po ulicach (a ileż ich tam jest?) z krzykiem: „Złodzieju! Oddaj mydło!” Po co mi to? Najwyżej będę chodził brudny. Wielkie rzeczy!
A Beksiński jak gdyby nigdy nic stał sobie na Rynku:

No i pełno go było w Muzeum na Zamku. Ale nie on ściągnął moją uwagę, lecz artysta Marian Kruczek. A zwłaszcza jego dzieło „Moja matka” (1964). Od razu pomyślałem, że to ściema. Dlaczego? To oczywiste. Sam klasyk podpowiada, że to nie może być matka, bo „matka siedzi z tyłu!”. Tak powiedział!:

W synagodze w Lesku ta sama od lat galeria malarska. Bieszczadzka szkoła malarstwa polskiego skupia się na motywach połonin, Żydów (ale nie bankierów, tylko tych w chałatach) oraz zwierząt. Najchętniej wilków:

oraz kogutów (po angielsku „cock) w towarzystwie pań. Kto czytał „Raz w roku w Skiroławkach”, doceni ten fakt:

Panią w muzeum spytaliśmy o drogę na kirkut. Spojrzała na nas i powiedziała, że to blisko. Koło Urzędu Pracy. Nie oszukujmy się: oboje z Dorotą wyglądaliśmy tak, jak byśmy szukali pracy. I to w Lesku! Najpierw odnaleźliśmy Urząd, potem kirkut i dopiero tam zostaliśmy wyrąbani na całe 7 złotych. Już w synagodze było ostrzeżenie, że przy wejściu pobierają tam opłaty (nieprawnie) i adres, pod którym można składać skargi. Przychodzimy – na furtce kłódka. Nagle jak spod ziemi wyrasta pan, który oferuje bilety. Patrzymy przez płot: wszystko zarośnięte, w dodatku trzeba się wspinać na stromą górkę. Pan widzi nasze wahanie: „- No dobra, wpuszczę was na jeden bilet.” Z takiej oferty nie mogliśmy nie skorzystać, choć już wiedzieliśmy, że jest niezgodna z prawem. Ale czy to przypadkiem Bieszczady nazywamy „polskim Teksasem”?:

Pan nas wpuścił, zamknął furtkę za nami i zniknął. Wracamy, furtka zamknięta. Dorota wpadła w panikę, że teraz nas nie wypuści, jak nie zapłacimy kolejnych siedmiu złotych. Ale nie – pan sprawnie wyszedł z pobliskiego „sklepu spożywczo-monopolowego”, otworzył i grzecznie się pożegnał.
Ogromnie ujęła mnie gorliwość, jaką sanoczanie wykazują w obcowaniu z kulturą i tradycją żydowską. Żydzi są – jak wiadomo – Narodem Pamięci, Narodem Księgi. Ich dzieje, przekazy, tradycje, opowieści, folklor można kontemplować w nieskończoność. Powracać, dzielić się nimi. Zapewne aby to nieco ułatwić, umieszczono na żydowskim cmentarzu wygodną czerwoną kanapę, na której młodzi mieszkańcy miasta studiują godzinami dorobek tej wielkiej kultury. Tylko to szkło dookoła trzeba by usunąć, bo można buta podrzeć i nogę skaleczyć:

Oto droga na zaporę wodną w Solinie. Quiz: znajdź pięć szczegółów, którymi ta droga różni się od Krupówek, sopockiego Moniaka i deptaka w Międzyzdrojach:

Już podpowiadam. Kilka miesięcy temu pokazywałem maski popularne właśnie w Międzyzdrojach. Otóż w Solinie jest taka, jakiej tam w ogóle nie było:

W Baligrodzie, na środku miasta, stoi czołg. Tabliczka obok informuje, że taki czołg z Bieszczadami nie ma nic wspólnego. Z bandami w 1946 walczyły inne czołgi, ale taki historyczny egzemplarz zabrali do Poznania, a stamtąd przysłali ten. To myśmy taki kawał jechali do Baligrodu, żeby zobaczyć czołg, który był w Poznaniu!:

W Bieszczadach ciągle trudno się zatrzymać w zupełnie przypadkowym  miejscu na siusianie, żeby nie trafić na zapomniany cmentarz:

W Jabłonkach złożyliśmy należny hołd generałowi, który się kulom  nie kłaniał (zwłaszcza nie kłaniał się w tym właśnie miejscu). Nikt o biedaku nie pamięta, od kiedy zniknęły pięćdziesiątki z jego podobizną:

W Cisnej nie padało. Zdjęcie, żeby była podkładka, kiedy będziemy składać skargę na Krystynę Prońko:

Za moimi plecami Połonina Caryńska. Był czas, kiedy uważałem ją za moje centrum świata. Z tym, że wtedy patrzyłem na świat z wysokości tej połoniny. A teraz jak mam wysiąść z samochodu, żeby na jej tle zrobić sobie zdjęcie, już jestem zmęczony:

A to Tarnica – najwyższy szczyt w Bieszczadach. Przez wiele lat, jak po południu rozbiłem namiot w Ustrzykach Górnych, jeszcze przed zmierzchem biegłem na Tarnicę, ot tak, żeby się nie nudzić. Teraz też wszedłbym na Tarnicę. Ale zaraz potem bym umarł:

Ech, te cudowne bieszczadzkie konie! Tyle, że akurat dostały jeść i – nie były nami zainteresowane:

W cerkwi w Smolniku żyrandole z jelenich rogów. Dorota twierdzi, że jak by zrobić żyrandole z moich rogów, to można by oświetlić bazylikę w Licheniu:

I akcent optymistyczny. Ta pani tak się cieszy, bo pomogliśmy jej wyciągnąć samochód z rowu. Wpakowała się w niego, gdy próbowała nam zrobić miejsce przy cerkiewce w Liskowatem. Stanowczo za dużo tych cerkwi jak na jedne skromne Bieszczady:

Poczytajmy trochę, by nie popaść w oglądactwo.
Żeby mocniej wniknąć w ducha Bieszczad, czytam przewodnik z roku 1982 (autor: Zygmunt Kruczek). Co za styl! Dziś nikt już tak nie pisze…: „Wszędzie tam, gdzie istniały sprzyjające warunki, rozpoczęto tworzenie specjalistycznych gospodarstw rolnych i ferm hodowlanych, prowadzonych zarówno przez sektor uspołeczniony jak i indywidualny.”
Ten sam autor przybliża bardzo interesujące qui pro quo, do którego doszło na terenach dzisiejszego Zalewu Solińskiego w latach 40. XIX wieku. Oto emisariusze reformatora Edwarda Dembowskiego agitowali tamtejszy lud do wystąpień przeciwko panom. Jeden z nich, Julian Goslar, robił to tak niezręcznie, iż chłopi uznali go „za nasłanego przez panów zbója i pachołka”. Schwytali, uwięzili i poturbowali. Duża wprawa w posługiwaniu się językiem niewiele pomogła poecie Wincentemu Polowi, który przybył na te tereny z podobnymi zamiarami. We wsi Polanka został pobity przez chłopów i oddany w ręce Austriaków. „Zaś na dziedzińcu dworskim spalono rękopisy jego prac” – dodaje przewodnik.  Dorota na to: „- Szkoda, że nie wszystkie!”. Bo ona musi teraz te prace wypożyczać studentom.

Z lokalnej prasy:
„Super Nowości” podają, że w Dębicy nieznani sprawcy oblali farbą pomnik Armii Radzieckiej. Policja, jak zwykle, jest precyzyjna: „Do zniszczenia pomnika doszło w okresie od 31 sierpnia do 1 września.”
W Przemyślu pewien fan gier komputerowych ukradł w sklepie dwie konsole. Ścigany przez sprzedawców, rzucił się do Sanu, by przepłynąć rzekę wpław. Najwidoczniej lepiej znał się na play stations niż na telefonie komórkowym. Bo na drugim brzegu czekali już na niego policjanci.
W Jarosławiu w ramach Festiwalu Kultury Kresowej wystąpi Jerzy Połomski.

Tragedia na szczytach rozpaczy ludzkiej

W Poznaniu pogoda się zresetowała. I mamy jak w piosence: „Dzień – wspomnienie lata…”.

Wspominamy, wspominamy…
W Muzeum Sztuki Współczesnej w Krakowie wystawa „Zbrodnia w sztuce”. Oglądamy wielu morderców-frajerów:

Ale też sporo takich, którym zabijanie przyniosło światową sławę:

Z innych eksponatów. To, co poniżej, to nie pozostałości po naszej kolacji (bo zmywarka się zepsuła,  czy coś takiego), lecz eksponowane z dumą dzieło sztuki. A że jest ono wywieszone na ścianie, a nie umieszczone w poziomie, ma u widza powodować „niepokój grawitacyjny”:

Mamy także sztukę o zabarwieniu publicystycznym:

Praca, która składa się z klepsydr osób jeszcze żyjących, niesie przesłanie – jak umrą, nic się takiego znowu nie stanie. Pocieszające. Tylko czy dla bohaterów tego dzieła też?:

Osobna wystawa poświęcona jest walce ludu Ukrainy o wolność:

Niektóre prace nawiązują do arcydzieł malarstwa. Tu – do „Lekcji anatomii doktora Tulpa” Rembrandta:

W muzealnym sklepiku już przytulniej. Za 169 złotych można kupić dzieło sztuki w formie poduszki. Do wyboru – jaką poduszkę kto lubi:

Zresztą w temacie „poduszka” mają tam pełne zabezpieczenie:

Bogato wyposażony jest w muzeum dział religijny. Oto podobizna naszego papieża dla tych, którym malowanie przychodzi z trudem. Z opisu: „Obraz pokazuje prosty sposób na stworzenie portretu Jana Pawła II.”:

Na jednej z fotografii siostra zakonna prezentuje eksponat z Muzeum przy Fundacji Jana Pawła II w Rzymie:

Poza tym w Krakowie i okolicach turystyka rozwija się nad podziw:

A Wisła pod Tyńcem – oglądana z tarasu kawiarni na Bielanach – toczyła swe wody jak gdyby nigdy nic:

W uroczym podkarpackim miasteczku Biecz z satysfakcją odnotowaliśmy tablicę pamiątkową ku czci poety doby baroku, Wacława Potockiego (1625-1696), „wielkiego syna ziemi bieckiej”, wmurowaną w ścianę klasztoru ojców Franciszkanów-Reformatów:

Tablica ta powinna była tam zawisnąć już dawno. Wybitny poeta ten przekazał bowiem potomności – przykładowo – scenki z życia miejscowego kleru. Tego samego, który teraz składa mu hołd stosowną tablicą.

„Ilekroć w karczmie albo na chłopskiem weselu
 Opił się jeden pleban, jakoby w burdelu
Wszytkich niewiast i dziewek, owiec trzody swojej.
 Macał, która z nich kotna, a która już doi (…)”

I w kolejnym wierszu:
„Każdy się z nas uskarża, każdy się z nas dziwi,
Że tak bardzo łakomi księża i tak chciwi.
Póki klerykiem, to nic; jak wnidzie do cechu,
I z żywych, i z umarłych drze pleban do zdechu.”

Niekiedy podejmował poeta także ważkie tematy z zakresu życia małżeńskiego:
„Omylił się nieborak w ożenieniu stary,
 Rozumiał, że Maryna, a on wlazł na mary.”

W owym Bieczu natknąłem się na instytucję, która była w stanie mnie uszczęśliwić bez reszty. Nie dość, że w sklepie wszystko było po 1,50 zł., to jeszcze ogłaszano w nim wyprzedaż. Niestety, był już zamknięty. To moja osobista, cicha tragedia. I pomyśleć, że ja mam tak przez całe życie:

Z poczuciem niepowetowanej straty przyjęliśmy fakt, iż nie będziemy uczestniczyć w Święcie Dziękczynienia w Toruniu. Kiedy tylko mogliśmy, słuchaliśmy sprawozdania przez radio. Generalnie byliśmy usatysfakcjonowani – do momentu, kiedy ks. Rydzyk ogłosił, że nie będzie rozmowy z Krzysztofem Krawczykiem, ponieważ przed koncertem modli się on za swoją widownię. Ale też bardzo nas to ujęło. Oczywiście, że każdy wykonawca powinien się modlić za swoją widownię. Połomski za swoją, Kukiz za swoją, Nergal za swoją. Tylko, do kogo ten Nergal by się modlił?
Bardzo stary dowcip. Jaka jest różnica między Krzysztofem Krawczykiem i granatem ręcznym? Żadna: gdy go usłyszysz, jest już za późno.

I wreszcie powrót do muzyki. Duet Elis & Tom (1974) specjalizował się w bossanovach Antonio Carlosa Jobima . Ale nie śpiewają, lecz mruczą. Jak stary kocur grzejący się na piecu:

Dzień z życia tajnego szambelana

Czas powrócić do świata żywych. Spać we własnym łóżku, siedzieć we własnym fotelu, a nie…
Ale sprawozdawczość wsteczna ma swoje wymagania.
Pretekstem, aby się ruszyć z Poznania, było zaproszenie Biblioteki Miejskiej w Sieradzu. Proszono o prelekcję na temat „Pana Tadeusza”, ale niezbyt przytłaczającą. Starałem się wywiązać z zamówienia i usilnie zachęcałem, by „Pana Tadeusza” jako dzieła grafomańskiego, niechlujnego i demoralizującego pod żadnym pozorem nie czytać.  Uzasadniałem to obszernie. Zakończyłem tak:
„ To jest – uważam – absolutnie skandaliczne, żeby dzieło napisane tak niedbale, zawierające w dodatku tak deprawacyjne opisy, wprowadzać do szkół i to na prawach lektury obowiązkowej. Dlatego też w miarę moich skromnych możliwości będę się starał, aby „Pana Tadeusza” ze szkół wycofano. Jeżeli będzie trzeba, sam przysiądę fałdów i napiszę poemat dydaktyczny dla młodzieży. Będzie on zawierał pouczenia moralne dla dziatwy, sporo zaleceń pobożnościowych, a przede wszystkim świetlane sylwetki współczesnych Polaków, które młodzieży należy stawiać za wzór. Jego tytuł –  >>Ojciec Tadeusz<<.”
I z tego miejsca pragnę oświadczyć, że wszelkie pomówienia,  jakoby moja prelekcja była skrajnie nieudana, są oszczercze. Wyszły tylko dwie osoby, w dodatku obie przed końcem. A nie jak zwykle…:

Zresztą oto pełny tekst:  LINK

Dzień był długi. Notuję więc tylko to, co najważniejsze. W Jarocinie Pomnik Glana. Tuż obok McDonald’sa. Tak to w tym mieście kultura mieszczańska i kultura buntu przenikają się i uzupełniają. Chyba tylko w tym mieście. Z dawnych festiwali pamiętam duży napis na murze: „Jezus przyjdzie w glanach”:

Kiedy w Kaliszu, w Kolegiacie św. Józefa zobaczyłem wyłożoną na ołtarzu „Księgę trzeźwości” nie wahałem się ani sekundy. Skoczyłem i wpisałem, że „już nigdy”, że „ani kropli”. Może na ten poryw serca miał wpływ fakt, że następnego dnia w tym miejscu miał być zjazd rodziny Radia M.? W każdym razie, kiedy wychodziłem z Kolegiaty, natknąłem się na pana potrzebującego. A że ja sam nie mogłem, bo przed chwilą podpisałem, a przecież za zdrowie Doroty i moje powinno jednak być wypijane, bo przed nami droga daleka, więc…:

Z wielu zabytków Kolegiaty moją uwagę zwróciły w bocznej nawie dwa wiszące kutasy. Nie były specjalnie eksponowane i słusznie. Tak jakoś smętnie zwisały:

W kolejnym kaliskim kościele natknąłem się na przykład kazirodztwa. I to takiego, które upamiętniono marmurową tablicą. Bo stoi tam, że Maria Konopnicka w tej świątyni poślubiła Jarosława Konopnickiego. Coś nie teges. A przecież było tak, że Konopnickiemu ślubowała Maria Wasiłowska, która dopiero w następstwie tego faktu stała się Konopnicką. No tak, ale jak by napisać na marmurze, że jakaś Wasiłowska wzięła tu ślub, to co to za sensacja?:

Ta sama świątynia upamiętnia także pisarza Józefa Ignacego Kraszewskiego. Jak najsłuszniej, choć też niezręcznie (może to lokalna specjalność?). Stoi tu bowiem na marmurze, że to „pisarz największej w świecie całym twórczości”. Największej? To znaczy „większej” niż – ja wiem? – Horacego? Dantego? Goethego? Nie lepiej było napisać „najobszerniejszej”? No tak, ale wtedy ktoś mógłby sobie pomyśleć, że Kraszewski miał coś z literackiego maniaka i grafomana. A to przecież nieprawda:

I wreszcie w Kaliszu trzeci „złoty strzał” tych wakacji. Po domu pana Chełmowskiego w Brusach na Kaszubach i wystawie Żechowskiego w Kielcach. Muzeum Sztuk Użytkowych schowane przy bocznej uliczce. Lokalny Internet o nim milczy. W środku kawiarenka. Pusta. W niej twórca i właściciel. Obsługuje je sam jeden. Pobliskie Muzeum Ziemi Kaliskiej ma 30 etatów i milionowe dotacje od miasta. A tu tylko amfilada piwnic, a w nich piętrzą się tysiące i tysiące przedmiotów:

Wybrałem dziesięć, a powinienem ze sto:

Na ulicy tuż obok zobaczyłem jeszcze jeden zabytek, ale nikt go tu jako zabytek nie traktował. Po prostu nikomu nie chciało się tego uprzątnąć:

No i nic dziwnego, skoro kaliszanie mają na głowie zupełnie inne i to fundamentalne pytania:

W Muzeum Tadeusza Kulisiewicza rysunki ładne, ale strasznie niedokładne:

Z kolei w Galerii Jana Tarasina dokładne, ale niezbyt ładne:

Obok tego pomnika w miejscowości Szczytniki przejeżdżałem już setki razy i nigdy się nie zatrzymałem. Ale kilka dni temu była cudowna jesień („babie lato”). Więc zatrzymałem wóz, aby złożyć hołd księdzu Kordeckiemu:

A po czym poznać w Szczytnikach jesień? Ano, choćby po lokalnej ofercie handlowej:

Po ofercie kulturalnej:

I towarzyskiej:

W Sieradzu na Rynku atmosfera Woodstocku. W dodatku reklamuje ją Audrey Hepburn:

Poza tym – luzik. Jest ogłoszenie adresowane do tych, którzy nie zdali matury, ale zainteresowanie tym tematem jest – jak widać – umiarkowane:

Poza tym mieszkańcy interesują się całkiem innymi kampaniami:

Pojechaliśmy na grób Antoniego Cierplikowskiego, tego słynnego fryzjera, który modelował włosy dziesiątkom gwiazd filmowych (Sarah Bernardt, Edith Piaf, Brigitte Bardot). Artysta grzebienia (pochodził i umarł w Sieradzu) został upamiętniony rzeźbą swego przyjaciela, Xawerego Dunikowskiego. Jest to bodaj jedyny nagrobek w Polsce, na którym zamiast zwyczajowego krzyża figuruje dość realistycznie przedstawiony stosunek płciowy:

Kawałek dalej napotkaliśmy grób miejscowego proboszcza, który był „tajnym szambelanem Jego Świątobliwości”. Dorota podrzuciła pomysł, bym też zaczął po cichu rozpowiadać, że jestem „tajnym szambelanem” Franciszka. Kto to sprawdzi? Tajne i koniec:

Więc jako „tajny szambelan” udałem się na prelekcję: