Archiwum miesiąca: wrzesień 2014

Teoria chaosu / Chaos

Heist movie, film o napadzie na bank.
Jason Statham. Ponury glina. Dziennikarka: „- Można na słówko? – Nawet na dwa. Obciągnij mi.”

Muzyka: Trevor Jones.

Teoria chaosu w trakcie rozszyfrowywania mechanizmów napadu na bank, z którego – pozornie – nic nie zniknęło. Początkowe, oderwane fakty nie pasują do siebie, dopóki nie pojawi się algorytm, wzór.

„- Prześpij się. Jutro też będą bandyci.”

„Naginać, nie łamać.”

„Trzeba zostawić miejsce na błędy. Wszystkiego nie da się przewidzieć.”

„Kupujesz jedno, dostajesz drugie.”

Teoria chaosu / Chaos, reż. Tony Giglio, 2005 filmweb

Śmierć w Wenecji

Skoczyliśmy z głupia frant na Pałuki, bo po tygodniu szastania się po mieście i plaszczenia tyłka w fotelu można dostać amby. Pogoda bajeczna – indiańskie lato.
Niestety, wyjazd udany średnio, bo na taki sam pomysł wpadły tłumy. Chcieliśmy się na Lednicy przeprawić na wyspę, gdzie, być może, Mieszko włączył nas do ówczesnej unii europejskiej. Ale po pierwsze trzeba byłoby strasznie długo czekać na wolne miejsca na promie, a po drugie jedno z nas nie spełniało warunków postawionych w punkcie siódmym regulaminu:

Musiało nam wystarczyć to, że Dorota zrobiła sobie zdjęcie z ulubioną rzeźbą prasłowiańską (Dorota z lewej):

A ja obejrzałem sobie poczet wybitnych gości, którzy nawiedzali to miejsce. Nie wszystkich znałem. Na przykład ten facet, którego bytnością Lednica chlubi się od roku 1976 do dziś. Twarz niby znajoma, ale…:

Poza tym na Lednicy niewiele nowego (zresztą od tysiąca lat). Woje i toi-toje:

W Gnieźnie mieliśmy niewiele więcej szczęścia. Do jednego lokalu nie chcieli mnie wpuścić. Widocznie oglądali „Misia”:

Drugi miał na ekspozycji interesujące pastisze haseł z lat 50., ale był zamknięty:



Może dlatego, że Gniezno żyje już Wielkanocą. Na balkonach pojawiły się pierwsze pisanki:

W Biskupinie przed Muzeum nad wiadomym jeziorem ścisk był taki (festyn archeologiczny), że po bilety trzeba by było stać co najmniej godzinę. A nie było koników. Cóż, mieszkańcom Poznania, Gniezna, Bydgoszczy i okolic tak obrzydła cywilizacja, że drzwiami i oknami pchali się do zagrody sprzed trzech tysięcy lat. Nie bacząc na ostrzeżenia, że pod prasłowiańską chałupą może ich rozjechać pociąg:

Potem Wenecja. Ale żadnej gondoli, mandolinistów, nad jeziorem samotny wędkarz kiwa się (choć nie było wiatru) nad pustymi podbierakami. Dwie stare ciuchcie wąskotorowe, bo muzeum. Śmierć z nudów:

Bardziej obiecująco było w pobliskim miasteczku z Dzikiego Zachodu:

Lekko nie pasowało mi tylko, że na budynku z napisem „Sheriff” był też napis Coca-cola”. No, i te amerykańskie nieuki musiały strzelić ortografa na szyldzie usług fotograficznych:

Ta nieustanna ucieczka w przeszłość skłoniła Dorotę do zrobienia następnego zdjęcia. Podobno bardzo do siebie pasujemy:

W Bydgoszczy nastroje wcale nie lepsze. Panie z mojego ulubionego wyznania religijnego oczekiwały przy stelażu z literaturą na osoby ciekawe przyszłości własnej i świata, ale – zdaje się – czekały na próżno:

Może dlatego, iż obrały posterunek pod (byłym?) hotelem Savoy. Owszem, hotel mocno podupadł, co widać po szyldzie. Czy to jednak znaczy, że powinien przechodniom przywodzić na myśl koniec świata, sąd itd.?:

Generalnie jednak Bydgoszcz nasyciła nas sztuką. Pierwszą zapowiedzią tych przeżyć była rzeźba zbiorowa przed tymże Savoyem. Przedstawiała grupę kamiennych głów z głazami umieszczonymi na tychże głowach. Pomyślałem: Stoneheads. Pomyślałem: to zapewne odpowiedź Bydgoszczy na Stonehenge pod Salisbury:

Cdn.

King’s Singers śpiewają Beatlesów. Rozpisane na głosy, na chórki. Można i tak. Pytanie: co by było, gdyby Beatlesi śpiewali te same melodie w tej samej manierze w roku 1962, 63? Zamiast się wydzierać jak w „Twist and Shout”?
Kiedy jacyś nasi nowi Novi Singers zamiast tłuc Szopena zaśpiewają „Białego misia” i „Żółty jesienny liść”?
Słucham (po raz stutysięczny) w piosence „Back to The USSR”, jak bitels śpiewa do rosyjskiej dziewczyny: „Take me to your daddy’s farm”. Czyżby oni naprawdę nie słyszeli, jak działa instytucja kołchozu?:

Jak ktoś ma tak rozbudowane nazwisko, to pseudonim musi mieć krótszy. Więc nie: Brian Peter George St. John le Baptiste de la Salle Eno. Lecz: Brian Eno. Twórca nurtu ambient. Zamiast utworu harmonicznego – plamy dźwięku. Płyną poza czasem. Na płycie „Small Craft on a Milk Sea” (2010) też. Dochodzi do tego, że muzyka jest niezauważalna jak szum windy:

Rod Stewart „The Best of The Great American Songbook”. Piosenkarz zapewne nagrywa kolejne tomy amerykańskiego śpiewnika. To działalność chwalebna, ale odrobinę jałowa. Bo wszystkie te pamiętne piosenki w jego wykonaniu posiadają to samo poprawne wykonanie, stosowną, wystylizowaną aranżację. A tymczasem ich siła polegała na tym, że swego czasu wykonywali je artyści nowi, często niedouczeni, niewprawni. Piosenki były chropowate, ale przebojowe, nowe, rewolucyjne. A tu zostały zaaranżowane po jeden strychulec, na elegancki dancing. Straciły całą odrębność. Ot, miłe melodyjki, jedna za drugą. Poprawne, ale trudno rozróżnialne. I to mają być kawałki, które rozbudzały wyobraźnię słuchaczy na całym świecie?:

Mr. Majestyk

Charles Bronson jako samotny mściciel. Raz jeszcze. Pogranicze amerykańsko-meksykańskie i walka na tle zatrudniania latynoskich robotników na plantacjach arbuzów.

Al. Lettieri jeszcze raz jako tępy zabójca. Nie pamiętam go w innych rolach.
Bronson nie ma ćwierćdolarówki, by zadzwonić z baru. Barmanka: „Taką sumę mogę dać panu na zeszyt.” (tłumaczenie). Gdzie się tego nauczyła? W Zachodniopomorskiem?

Policjant: „07 zgłasza się.”

Majestyk, spokojny obywatel, ale też były szkoleniowiec komandosów, wykańcza bandytów, ale jest do tego zmuszony. Żeby ta jatka miała moralne uzasadnienie.

Nauka: strzeż się przeciwnika, który walczy na własnym terenie.
Z myśliwego łatwo stać się zwierzyną.

To pewnie najciekawsze z całej opowiastki: dla bandytów groźna jest nie sama ewentualność śmierci, ale jej nieustanne przybliżanie się, poczucie bycia osaczonym. Bezwyjściowość.

No i nadciąga kawaleria, żeby policja nie okazała się całkiem niepotrzebna.

Mr. Majestyk, reż. Richard Fleischer ,1974 filmweb

Moon over field of corn

Jak w niezapomnianej balladzie Jerzego Rybińskiego:
„Co dzień
Ten sam
Rudy wrzesień,
co go aż do bólu znam.”
Właśnie! Przekwitają „ jesienne róże” (smutne, herbaciane):

Takoż słoneczniki:

Słońce się smętnie chyli:

Ale – jak powiada Pismo – „drzewo życia wiecznie zielone”. To się porąbało coś jednemu kasztanowcowi i zakwitł:

Strony rodzinne. Pewien mieszkaniec Radymna (skromne 1,5 promila) zakradł się o świcie do kościoła i wyniósł rzutnik, kadzielnicę oraz kadzidło. Przydybał go kościelny, ponieważ włamywacz to nie był Arsen Lupin. Rzutnik? Poogląda sobie slajdy (oldskul). Kadzielnica? Sprzeda na złomie. Ale kadzidło? Czyżby zamierzał założyć nowy kościół?

TVP Info z pytaniem: jak to było z tą polską kawalerią idącą z szablami na czołgi w 1939 roku? W „Lotnej” Wajda najpierw taką scenę umieścił, a potem ją wyciął. Wytłumaczono mu, że polscy kawalerzyści jednak nie byli aż takimi idiotami, by walić szablą w lufę czołgu. Choć to bardzo filmowa scena.
Dorota pozazdrościła telewizji przemysłowej i zrobiła mi zdjęcie przez firankę w momencie, gdy ogłaszałem narodowi – jako ekspert – rewelacje o kawalerii:

Z pozostałości jeszcze pewien kultowy muzyk spod Bramy Opatowskiej w Sandomierzu (reprezentant tzw. bezinteresownego piękna):

I księżyc nad polem kukurydzy –  bezinteresowne piękno II –  we wsi Maćkówka (Podkarpackie), z której w sensie ścisłym pochodził mój śp. tata. I z której – w sensie duchowym – wywodzę się sam. Ściśle mówiąc – nigdy z tej Maćkówki nie wyjechałem. Mógłbym napisać po prostu, że to księżyc nad kukurydzą, ale piszę: Moon over corn. Niby to samo, a przecież zupełnie co innego:

Piętrzy się muzyka odsłuchana. A każdej płyty, którą tu sygnalizuję, słucham co najmniej dwukrotnie. Bo sobie nie ufam. Ciągle mi się wydaje, że tylko słyszę, ale nie słucham. Musi być w tym sporo prawdy. Najczęściej nie umiem nazwać, tego, co usłyszałem. Mogę się do tego najwyżej zbliżyć jakąś przenośnią. Dla wprawionego melomana zapewne pretensjonalną. Ale to już trudno.
Koncerty gitarowe Antonio Vivaldiego. Muzyka rzadkiej równowagi i pogody. Nieodmiennie przypominają świergot ptaków. Tym bardziej cenne, gdy tera z w lasach ciszej i ciszej. Strach myśleć, czego trzeba będzie słuchać zimą:

Johann Pachelbel, „Canon &Gigue”. Barokowe organy i smyczki. Wydają się nie mieć początku i końca. Jak morskie fale. Jest w nich nuta uroczysta, nuta uspokojenia i ta materia muzyczna toczy się według swoich sprawdzonych reguł:

„Sting Live in Berlin” (2010). Sting śpiewa z pełną orkiestrą. Słychać dokładnie wszystkie instrumenty, co na takich imprezach rzadkie. Nawet trąbkę Marsalisa.
Czasami są to wersje pokrętne, jak „Moon Over Bourbon Street”, ale ileż można śpiewać w kółko tak samo. To, co wszyscy znają na pamięć od kilku dziesiątków lat.
Może szkoda, że z tą orkiestrą, bo tu się sam Sting jakoś zatraca, gubi. Jak by śpiewał obcy repertuar.

Śmierć na Nilu / Death on The Nile

https://www.youtube.com/watch?v=7KaeT-R-WR8

 

Dziedziczka wielkiej fortuny, której wszyscy naokoło życzą śmierci. Każdy z innego powodu. W końcu ginie. Jej mąż zostaje postrzelony w nogę. W kilka godzin po tych tragicznych wydarzeniach leży w łóżku, nudzi się i przegląda kolorowe czasopismo.

Tyle razy to oglądałem, a nie pamiętam, kto jest mordercą.
Inscenizacje na potrzeby śledztwa. Scenki, w których każdy z podejrzanych morduje dziedziczkę – na dowód, że każdy mógł to zrobić.

Głos starej panny: „Mężczyzn nie pociągają kobiety, które ich dobrze traktują.”
Ktoś podrzucił kobrę do kabiny Poirota. Ten wystukuje w ścianę S.O.S. Przybiega znajomy pułkownik i zabijają. Steward: „- Nigdy nie widziałem kobry w kabinie pierwszej klasy!”

Peter Ustinov. Jego Poirot wygląda na mędrca znającego ludzkie sprawy. Zazwyczaj od tej ciemniejszej strony. Bywa więc chmurny, sceptyczny, zamyślony. Bardziej filozof, moralista niż detektyw.
Wszystko mieści się w jego głowie. Żadnego badania odcisków, nie ma mowy o mikrośladach. Dlatego lakier do paznokci może udawać krew. Oczywiście, do czasu.

Angielskie wyższe sfery w karykaturze, np. w scenie tanga „Jalousie”. Biedny David Niven w objęciach Bette Davis. Tu pisarki tanich romansów i alkoholiczki. A bywała taka młoda, szczupła i zwiewna…

Zabawny jest ten zachodni komunista. Uczesany jak Majakowski, chodzi w czerwonym krawacie, czyta Marksa, ale też wozi się luksusowym statkiem po Nilu i życzy śmierci burżujom.

Tradycyjny końcowy teatrzyk. Poirot zbiera wszystkich w salonie i krok po kroku wyjaśnia zagadkę.

Śmierć na Nilu / Death on The Nile, reż. John Guillermin, 1978 filmweb

Jesienny, śmieszny pan

Po lesie chodzę jak po spacerniaku. Kilometry, kilometry i nic nowego. Czasem jabłko:

Czasem grzyb. Po tym rozpoznaje pory roku:

Taki głupi wyjazd, a kładzie się cieniem na cały tydzień. Trudno się ze wszystkim uporać. Pozostały okruszyny. Pozbierajmy.
Pisałem z dystansem o krakowskiej wystawie na temat zbrodni w sztuce. Były tam – przypominam – takie na przykład rekonstrukcje:

Ale wydziwiałem przy tym głupio, bo takie przedstawienia mają długą i szacowną tradycję. Oto obrazy w sieniach klasztoru reformatów w Bieczu:

A to katedra w Sandomierzu z jej monumentalnymi płótnami:

Tu z kolei cystersi w Wąchocku z freskiem:

I jeszcze bernardyni w Leżajsku:

A propos klasztorów. Mnisi wdzierają się gwałtem do reklamy. Choćby w Sanoku:

W Sandomierzu:

Tutaj też zaobserwowaliśmy „mnicha”, który wystawał w ciężkich szatach w sam upał, by turyści mogli sobie z nim zrobić zdjęcie (za drobną opłatą). Był tą fuchą wkurzony i rozdrażniony. Zrobiłem mu zdjęcie, kiedy z ulgą zakasał habit i poszedł zapalić:

Z innych obserwacji. W pobliżach kościołów w całym kraju akcja promocyjna tygodnika „Niedziela” w ramach jego „nowego otwarcia”. Po odsunięciu redaktora naczelnego ks. infułata Skubisia, przez pewien czas mojego ulubionego felietonisty radiowego. Więc duże bilbordy. Ale po czym ja mam poznać, że przedstawiają one rodzinę katolicką, jak ona spędza niedzielę? Siedzą wokół stołu i ojciec czyta książkę. Skąd mam  wiedzieć, że to nie narodowe czytanie Trylogii? Ale nawet jeżeli to jest Biblia, to gdzie krzyż, gdzie figurka Matki Boskiej? Oj, znamy takie rodziny, które siadają w kręgu i czytają Biblię. Mnie potem przynoszą gazetki. Ale nie jestem pewien, czy to ich właśnie tygodnik katolicki chciałby promować:

Jako krytyka filmowego w księgarni katolickiej w Sandomierzu zainteresował mnie zbiór scenariuszy:

Racja. Często msze oparte są na byle jakich, tandetnych scenariuszach. Z tego może wyjść tylko msza klasy B, a nawet C. O zgrozo, zdarzają się nawet msze bez scenariusza!
Ale nie tylko ja wybrzydzam. Dorota wniosła zastrzeżenie co do kwiatków na jednym ołtarzu. Twierdzi, że wyglądają nieprzyzwoicie, nie nadają się do kościoła, a już na pewno nie na ołtarz dedykowany świętej. Nie rozumiem, o co jej chodzi, ale reprodukuję tę ciekawostkę z pogranicza liturgii i florystyki:

Do poczytania – zaległości z zapisków Jerzego Gruzy:

W telewizji rekiny finansowe odpytują ludzi w sprawie nowych pomysłów na
zrobienie dużych pieniędzy. Ci nie ryzykują. Chodzi o inwestycje. Nie chcą dać kasy na
produkcję. Podważają każdy śmielszy projekt.
I tu fantastyczne pomyłki z historii wielkich pomysłów biznesowych.
Poniżej, dla znających angielski.
• Computers in the future may weigh no more than 1.5 tons – Popular Mechanics,
1949
• I think there is a world market for maybe five computers – Thomas Watson,
Chairman of IBM, 1943
• There is no reason anyone would want a computer in their home – Chairman and
founder of Digital Equipment Corp., 1977
• We don’t like their sound, and guitar music is on the way out – Decca Recording po przesłuchaniu zespołu The Beatles w roku 1962.

Telewizja to jest medium dla ludzi, którzy nie mają nic do roboty i patrzą na tych, co robią cokolwiek.

Wiadomość z Internetu.
„Marek Kondrat stracił sens życia!”

Dwóch siedzi na ławce, jeden czyta gazetę.
– Ty, stary, tu piszą, że ma podrożeć woda mineralna „Cisowianka”!
– Tak? I bardzo dobrze. Wzięli się, kurwa, nareszcie i za abstynentów.

Aktorka w rozmowie z dziennikarzem:
– Jeszcze nie mam osobowości. Mam za małe piersi.

Na słupie z kulturą na rogu Marszałkowskiej i Szucha: Chopin i jego Europa,
(A)pollonia, Chór Aleksandrowa, Teatr Wielki, jubileusz Awdiejewa, film „Incepcja” – i na
to dolepione ogłoszenie wielkimi literami: „Ceny oszalały! Pizza na wynos”.

Śmiertelny wypadek drogowy. Kierowca dead. Jego GPS: „Dotarłeś do celu!… Dotarłeś do celu!… Dotarłeś…”.

Pierwszy śnieg.
Jak przetrzymać w mieście pory roku?
Najgorzej jest zimą.
Biało-czarno, jak w Japonii na pogrzebie.