Archiwum miesiąca: czerwiec 2014

Labirynt / Prisoners

 

Historia  z serii: porwali dwie dziewczynki. Policja nie jest w stanie nic zrobić, więc sprawy bierze w swoje ręce ojciec jednej z nich, ciężko pracujący człowiek z lower middle class. Oglądaliśmy takie rzeczy. Ot, „Okup” z Melem Gibsonem.
Tak, z  tym, że nic się tu nie zgadza.
Dziewczynek nie porwano, one raczej znikają. Podejrzany jest niedorozwinięty, ma osobowość 10-latka i nawet torturami nie sposób wyciągnąć z niego jakiejkolwiek informacji. Nie wiadomo: idzie w zaparte czy aż tak głupi.
Miejscowy pastor (alkoholik) zagłodził na śmierć we własnej piwnicy wiernego, który przyznał się do mordowania dzieci. Także ślepy trop.
W trakcie nocnego solidarnościowego czuwania przed domem ofiar zjawia się facet, który ucieka przed policją. Ekspedienta w sklepie rozpoznaje go. Kiedyś przyłapała go na obmacywaniu manekinów. W domu ma rzeczy rozpoznane jako ubranka dziewczynek, całe we krwi. Ale na posterunku przesłuchują go tak zapalczywie, że ten wyrywa jednemu z glin pistolet i strzela sobie w usta.
Wreszcie trafia się świr, który naprawdę porywa dzieci – z jakąś chorą motywacją religijną. Czyli – tak jak podejrzewano od początku.
Wskazówka – ile w solidnym śledztwie może namieszać zbieg okoliczności.

Labirynt / Prisoners, reż. Denis Villeneuve, 2013

Estetyka spuszczona z łańcucha

Dziś moje święto. Jak podają media: „Światowy Dzień Praw Osób Starszych jest skierowany m.in. do osób zaniedbywanych, opuszczonych przez rodzinę, a przede wszystkim wykorzystywanych w najbliższym otoczeniu.” Ja jestem nienajmłodszy, a przede wszystkim nieludzko wykorzystywany przez Dorotę. Dziś na przykład, gdybym się nie upomniał o swoje, dostałbym tylko dwie miski bobu i talerz młodych ziemniaków – pod pretekstem, że to dla mojego zdrowia. I tak lata lecą, tylko bób się zmienia.

Zmarł Andrzej Hudziak, aktor Starego Teatru w Krakowie. Trzy Internetowe komentarze, pierwsze z brzegu:

  • Szkoda ale ma wszystko z głowy – taśmy też.
  • Wieczny odpoczynek racz mu dać Panie…
  • Szkoda chłopa lubiał wypić.

Ponieważ sam mam niewiele do powiedzenia, posłużę się dziś mądrościami Jana Żabczyca, o którym wiadomo niewiele: był aforystą i zmarł po roku 1629.

  • Złodziej w komorze; żołnierz w oborze; ksiądz u młodej żony – jaki pożytek czynią, niech każdy uważy.
  • Wiatr mierzać; czasu upłynionego dogonić; panieństwo odnowić – niedokazana.
  • Orzech włoski; osieł leniwy; białogłowa zła – po kiju lepsze.
  • Dobra myśl bez panien; muzyka bez trunku; nauka bez dostatku – małej wagi.
  • Papieru do wody; pióra do ognia; księdza do żony – nie przytykaj.

Poza tym kociokwik na tle wrażeń estetycznych.
W lesie tak się zasłuchałem w tego „Negocjatora” Forsytha, że zaćmiło mnie przy zmianie szlaków i zamiast według planu poszedłem w cholerę. A dookoła stała przyroda wielkopolska jak z pocztówki. Słodka do mdłości.

No, ale jak już doszedłem do siebie, do samochodu, do domu (prysznic), to poszliśmy z Dorotą na wystawę prac prof. Jana Berdyszaka w Muzeum Narodowym. Wikipedia: „Konstatacje Berdyszaka koncentrują się wokół zagadnień przestrzeni, określanej przez niego jako byt pierwszy, ale również gęstości, ciemności, pustki, przezroczystości i potencjalności.” Po drodze w lokalnym radiu słucham rozmowy z Profesorem, który liczy sobie lat 80. Na kanwie najnowszej wystawy mówi, że „niektórych rzeczy nie byłby w stanie załatwić przez grafikę”, od której zaczynał 60 lat temu.
W Muzeum wszystko się potwierdza. Bo przez grafikę Berdyszak mógłby ruszyć np. taką sprawę (dedykowane Pendereckiemu):

Ale na pewno poprzez grafikę nie mógłby ruszyć sprawy takiej:

Także takiej:

Ani takiej (gaśnice, niestety, nie należą do instalacji, a szkoda, bo – moim zdaniem – wiele by zyskała):

A już zupełnie nie byłby w stanie ruszyć tematyki darkroomu. Bo na wystawie wchodzi się do zupełnie ciemnego pomieszczenia, w którym błyska jedynie zielony neon. Tego grafiką nie dałoby rady załatwić za cholerę. Proszę zobaczyć samemu:

Po wystawie tej wysokiej sztuki – na Stary Rynek. Ale i tu widzimy rzeczy, których przez grafikę nie można by załatwić, żeby kto nawet nie jadł i nie spał, tylko wyrażał. Bo proszę zobaczyć:

Przytłoczony ta nawałą wrażeń przysiadłem na ławce. I wtedy otrzymałem od przechodzących  pań duchową pociechę: „- Na pewno pan się zastanawiał, co będzie w przyszłości. I co to w ogóle będzie…” Odpowiedziałem: „- Nic. Będzie tak samo. Albo lepiej…” I się sprawdziło dostałem bób, ale za to z młodymi ziemniaczkami.

Ocalony / Lone Survivor

 

Kolejna misja bohaterskich i bezlitośnie wytrenowanych komandosów amerykańskich w Afganistanie. Zgrana paczka ma zaatakować wioskę i zabić takiego małego Bin Ladena. Ale ich demaskuje kilku pasterzy kóz. Mimo wątpliwości nie decydują się ich zabić i pasterze sprowadzają obławę. Miało być szybo i chirurgicznie, a było długo i boleśnie.

Chłopcy z Seal strzelają pojedynczymi, tylko na pewniaka. Talibowie seriami z kałacha, na oślep. Islamiści pchają się pod lufy z okrzykiem „Allach Akbar!”

Film może śmiało startować w konkursie: dzieło, w którym najwięcej razy padło słowo „fuck”.

Amerykańscy żołnierze są z początku pewni wygranej. W miarę rozwoju potyczki nie przestają się jednak dziwić, że ktoś do nich strzela, czasem nawet celnie.
Operacja miała być przygotowana na tip-top, ale kiedy śmiertelnie ranni komandosi podają swoje położenie i proszą o wsparcie, centrala domaga się od nich podania jakichś kodów. Podczas gdy oni już ledwo mówią.
W dodatku w ferworze walki wybierają w telefonie numer po jednej cyfrze, jak by nie mogli go sobie wcześniej zakodować. Paradne.
Długo i dekoracyjnie umierają tylko Amerykanie. Talibowie padają jak postacie z kreskówek.
Są i „dobrzy” Afgańczycy; chcą pomóc. Komandos dziwi się jednak, dlaczego nie rozumieją, kiedy mówi się do nich jak do ludzi – po angielsku.

Snajper przed bitwą: „- Jestem gotowy odbić moją kartę pracowniczą.”

„Jeżeli tak się Bóg nami opiekuje, nie chciałbym widzieć Go wkurzonego.”

Najciężej ranny: „Kurwa, kocham Afganistan!”

Postrzelony w głowę ze zdumieniem: „Did they shut my fucken head?”

Ocalony / Lone Survivor, reż. Peter Berg, 2013

Sztuka na sobotę

W poznańskim Muzeum Narodowym na prelekcji na temat obrazu „Orka” Józefa Chełmońskiego. Pan prelegent z Instytutu Historii Sztuki UAM przypomina, że wszystkie te najważniejsze obrazy mistrza realizmu („Bociany”, „Babie lato” itp.) uznaje się dość zgodnie za przejaw kiczu. Biografowie wstydliwie ich nie wspominają nawet w biograficznych podsumowaniach. Niektórzy posuwali się nawet do twierdzeń, iż gdyby malarz usunął z obrazów tych wszystkich oraczy, pastuszków, wiejskie dziewuchy, woły i krowy, to pozostałyby całkiem niezłe pejzaże. A przecież w hotelach (robotniczych zwłaszcza) te wszystkie „Bociany” wisiały przez całe dziesięciolecia i kształtowały najszersze gusta. I co teraz z tym począć?

Poza tym przeszedłem się po galerii i doznałem przedziwnego deja vu. Przecież w wielu przypadkach to, co zobaczyłem na płótnach, wydarzyło się już w moim życiu. I wyglądało niemal identycznie. Oto dowody.
Dokładnie tak to wygląda, gdy Dorota rankiem wchodzi do pokoju, w którym odbieram maile.

Wieczorem, kiedy już się naczytam i naoglądam różnych historii, czuję się jak ten facet na drabinie.

A kiedy kładziemy się na spoczynek, lubię o nas myśleć, jak na tym obrazku.

Wreszcie, kiedy nadużyję, świat jawi mi się identycznie jak tym awangardowym płótnie.

Na koniec zaimponował mi ten malarz bezinteresowny aż do całkowitej samozatraty. Oto trzasnął kilkanaście pejzaży. Mógł je opylić w detalu i byłby do przodu. A on – nie! Pomieścił te wszystkie pejzażyki w ramach jednej kompozycji. Nałożył jeden na drugi, chlasnął jeden przy drugim. Sztuka nie uznaje kompromisów! Nic dziwnego, że zawisł w Muzeum Narodowym.

I – nie ukrywam – jedyna sztuka, która do mnie przemówiła i chwyciła za serce. Obraz nazywa się „Wojsko pomaga w żniwach” i pochodzi z roku 1950.

Grand Budapest Hotel

 

Wariacja na temat Mitteleuropy gdzieś w okolicach I wojny z tytułowym hotelem w tle. Jak sobie w Ameryce wyobrażają ten światek. Taka składanka motywów. No, i świat rzeczy, bibelotów, wnętrz – także pastisz tamtej epoki. Wszystko dużym nakładem sił i środków, nawet jeżeli sporo zdjęć została dograna i pokolorowana w komputerze. Wreszcie – bukiet aktorów: Ralpf Fiennes, F. Murray Abraham, Edward Norton.
I mitologia wielkiego, ekskluzywnego hotelu, z jego hierarchiami, legendami itd.
Miło spojrzeć na coś takiego w zalewie plastikowych fabuł.
Humor słowny: na przemian galanteryjne odzywki obsługi i ostre bluzgi  na stronie.

“Boy jest niewidzialny, ale zawsze na widoku.”

„Dajmy atramentowi wyschnąć na akcie zgonu”.

Grand Budapest Hotel, reż. Wes Anderson, 2014

Wsiadł do rakiety, zatrzasnął drzwiami…

Pokrótce, bo niespodziewanie muszę jechać do TVN-u, ponieważ nastapiło ważne wydarzenie w dziejach kinematografii światowej. Harrison Ford zarobił drzwiami od statku kosmicznego na planie VII części „Wojen gwiezdnych”  – w tym filmie grywał Hana Solo, mistrza w pilotowaniu statków kosmicznych. A tu taka wtopa…

W radiu katolickim radiu „Emaus” słucham prognozy pogody. Na koniec dowiaduje się, że „prognozę pogody sponsorowała parafia św. Rocha”. Czyżby oni mieli jakiejś lepsze dojścia, do tych w niebie..?

Klub „Warta” w Poznaniu spadł do IV ligi, co jest sensacją dnia w mieście. Media nie piszą o nim jednak inaczej jak tylko „Duma Wildy” (dzielnica, gdzie leży stadion). Na trasie moich pieszych wędrówek jest maleńka miejscowość Trzebaw. W niej niewielka szatnia dla zawodników i takież boisko z nie zawsze wykoszoną trawą. Nie wiem, czy gra w jakiejkolwiek lidze. Klub sportowy nazywa się „Tornado” Trzebaw.