Archiwum miesiąca: czerwiec 2014

Wielkie piękno / La grande belezza

 

Tegoroczny Oscar dla filmu nieanglojęzycznego.
Wizualny, wysmakowany teledysk: Rzym, architektura, sztuka. Kadr po kadrze starannie zakomponowane. Z wycieczki do Rzymu wynosi się całkiem inne wrażenia. Tu miasto jest puste, żadnych korków. Jeżeli hałas, to muzyka.
Impreza dla rzymskiej śmietanki, ale muzyka techno.
Gep (Toni Servillo), podstarzały kolekcjoner życia, który miał zostać pisarzem,  a skończył jako bonvivant. Dziennikarz w piśmie dla elity kulturalnej. Wieczorami spotyka się w gronie podobnych sobie, którzy uważają, że przegrali życie. On w młodości napisał książkę i całe życie strawił na nienapisaniu następnej. Szukał „wielkiego piękna”. Może nieziemskiego zachwytu? Do końca nie wiadomo. „Wszystko dzieje się w paplaninie i hałasie”.
W domu publicznym w Rzymie najbardziej zachwalają Polki.

Gep: „- Moim przeznaczeniem była wrażliwość.”
Imprezowicz do kobiety: „- Prowadzę podwójne życie. W pierwszym jestem papieżem…”
Kobieta która zmieniła kolor włosów: „- Czuję się teraz trochę pirandeliańsko.”
Gep: „- Największym marzeniem Flauberta było napisać powieść o niczym. Gdyby cię znał, powstałoby arcydzieło.”
Przyjaciel Gepa: „- Mam 70 lat. Kokainę rzuciłem 15 lat temu.”

Wielkie piękno / La grande belezza, reż. Paolo Sorrentino, 2013

Po ten kwiat czerwony

Dziś szło się tak wspaniale, że maszerowałem w uniesieniu. Nie włączyłem nawet audiobooka, choć miałem przygotowany „Dom cichej śmierci” Tadeusza Kosteckiego, a więc literaturę najwyższych lotów.
Niebezpiecznie dawały po oczach z każdego zagonu maki polne. Miejscami nawet czerwieńsze od tych spod Monte Cassino.

Po południu w Ogrodzie Botanicznym, gdzie Dorota na widok lilii wodnych dopuściła się wobec mnie prowokacji żądając, bym się zachował jak hrabia Tolibowski. Prowokacji nie uległem.

Miło też zauważyć, iż twórcy ogrodu zadbali o niepełnosprawnych, w tym wypadku o daltonistów.

Zapowiadają się u nas przepychanki z powodu spektaklu „Golgota Picnic” w Zamku. Mają być rzesze protestujących. Prezydent Poznania jak zwykle staje okrakiem: wolność artystów uszanować, a biskupów nie wkurzyć. Apeluje, a właściwie pieprzy o dupie Maryni: „Wzywam wszystkich, by podjęli wszelkie możliwe działania, by Poznań pozostał miastem bezpiecznym, przyjaznym sztuce i artystom, w którym poszanowanie godności człowieka jest istotną wartością. To przecież wartości typowo poznańskie”. Zadumałem się nad tymi „wartościami poznańskimi”. Mieszkam tu od 1980 i jedyne szczególne „wartości”, jakie stwierdzam u miejscowych to chodzenie „na słodkie” po niedzielnej sumie. Bo ociężałość umysłowa jest taka jak w każdym innym zakątku Najjaśniejszej Rzeczpospolitej.

W związku z tym w Poznaniu odbył się nowy typ nabożeństwa – „nabożeństwo protestacyjne”. Lokalna prasa: „W piątek w południe członkowie i sympatycy Poznańskiego Związku Patriotycznego – Wierni Polsce odprawili nabożeństwo protestacyjne na placu Kolegiackim przed Urzędem Miasta.” Kiedy będzie „nabożeństwo dyskusyjne”?

Może to bez znaczenia, ale dziś urodziny Paula McCartneya (1942).

Dziś koniec odsłuchu „Negocjatora” Forsytha.
Poza wszystkim: działania samotnego negocjatora wplatanego w światowa intrygę okazują się możliwe, ponieważ mnóstwo ludzi jest mu winnych przysługę. To cenniejsze niż pieniądze.
I to bezproblemowe poruszanie się po całym zachodnim świecie. Na początku lat 90. czytaliśmy to jak bajkę. Zresztą bez tego cała intryga nie byłaby możliwa.

I haiku. Na dziś wybrałem nieco z klasyka gatunku, Japończyka Basho (1644 – 1694), samuraja i poety (tłum. R. Krynicki).

Znów kończy się rok:
a kapelusz i  łapcie
znowu ze słomy –

W krainie cieni
pewnie jest tak jak tutaj
w późnojesienny wieczór –

Wreszcie tekst, o którym Krynicki podaje za znawcami, że jest to najwybitniejsze haiku, jakie wyszło spod ręki człowieka. Kto by pomyślał…:

Staw, bardzo stary,
Żaba, co właśnie skacze,
Pluśnięcie wody.

Adwokat / The Counselor

 

Adwokat (Michael Fassbender) różnych przemytników narkotyków z Meksyku wchodzi z nimi w układ biznesowy – ma mieć udział w transporcie. Choć klienci z tej branży ostrzegają go, że to nie dla niego, i że trudno się wycofać.
Przemytnicy to bytujące w luksusie świry i seksoholicy. On jest praktyczny i zorganizowany, a musi wysłuchiwać monologów tych idiotów-nieidiotów, o których nie ma pojęcia, co znaczą. Nie tyle przegrał, co jest kompletnie zagubiony. Ale czy to jest puenta na miarę Ridleya Scotta?
Panie pewnie ściągnęła magia nazwiska reżysera – Penelope Cruz  Cameron Diaz – ale grać nie  mają co.
Bruno Ganz (Niezapomniany Hitler z “Upadku”) jako znawca diamentów w Amsterdamie.
Brad Pitt – jako filozofujący handlarz narkotyków.
Boss narkotykowy: „- Zawsze lubiłem inteligentne kobiety, ale to jest drogie hobby.”
„- Dlaczego Jezus nie urodził się w Meksyku? Bo nie można tam znaleźć ani trzech mędrców, ani dziewicy.”

Adwokat  / The Counselor, reż. Ridley Scott, 2013

Opowieści z mchu i paproci

Przez kraj ciągnie religijna wiosna. Niedawno naczytaliśmy się o nawróceniu (wprawdzie na łożu śmierci, ale jednak) Generała. Dziś media podają newsa o nawróceniu się Frytki z Big Brothera. Opinia publiczna czeka na informacje o nawróceniu się Sienkiewicza i Belki.

W radiu „Emaus” słyszę gospel, w którym chór skanduje refren: „HWDP! HWDP!” Następnie rozwija go śpiewając: „Chwalmy wszystkie dzieła Pana”.

Od pewnego czasu nosi mnie, by to, co widzę, opisywać wierszami haiku. Żadnego pieprzenia, sama zwięzłość i puenta. Niestety, nie potrafię. Więc uczę się od mistrzów i od mistrzów mistrzów. Dziś Ryszard Krynicki:

Wysoko zaszedłeś

Wysoko zaszedłeś, mój ślimaczku,
Na najwyższy liść czarnego bzu!

Ale pamiętaj: już koniec września.
(Berlin Zachodni, IX 1979)

Nie mogę ci pomóc

Biedna ćmo, nie mogę ci pomóc,
Mogę tylko zgasić światło.

Dwie szkoły

Niektórzy głoszą, iż sam Czesław Miłosz
Zatkał ucho, gdy śpiewać rozpoczął Świetlicki.
Inni, że jedynie przyłożył doń rękę –

żeby lepiej słyszeć.

(1992)

***

Bezdomny odszedł.
Gdyby chciał zostać w schronisku,
musiałby porzucić psa.

***

W skrzynce na listy –
dziś, prócz reklam, rachunków:
skulony  pająk.

***

Tramwaj, dziewczyna
żegna się z koleżanką:
– No, to pa, kurwa!

Ryszard Krynicki, Haiku. Haiku mistrzów, Wydawnictwo a5, Kraków 2014

Z nałogu: kolejna trasa, kolejne jezioro, jeszcze jedne trzciny…

Poza tym – ponieważ sfotografowałem już wszystkie drzewa w Wielkopolskim Parku, dziś postanowiłem pstryknąć coś odrobinę innego: mech i paprocie.

American Hustle

 

Nareszcie coś dla mnie.
Ironicznie o tym, jak działa FBI. Biurokracja, głupota i tandeta. Tandeta lat 70. Ogląda się z prawdziwą przyjemnością.
Typy przerysowane, ale aktorzy przynajmniej się tego trzymają.
Historia opowiedziana w pierwszej osobie. Syn szklarza (Christian Bale) – zaczynał od wybijania szyb, aby ojciec dostawał zamówienia.
Ona – tancerka go-go z determinacją, by do czegoś dojść.
Oszusta i jego dziewczynę, którzy naciągają zdesperowanych zgarnia FBI. A że są dobrzy, stawia warunek – pomogą zgarnąć innych i są wolni. Rzeczywiście – oboje okazują się artystami oszustwa.
Ale ona, Judith (Amy Adams, mówiłem o niej wiele w TV, gdy dostała Złoty Glob), ma dość szemranego pomagiera. Woli przystojnego agenta CIA (Bradley Cooper). A ten montuje piętrową kombinację, by utopić stanowego polityka wrabiając go w łapówki od rzekomego miliardowego szejka. Szejka gra Arab, który na co dzień układa siding. A później Meksykanin, który po arabsku rozumie tylko „salem alejkum”.
Z tym, że afera rozkręca się tak, iż nikt już nad nią nie panuje. Z wyjątkiem – okazuje się – tych drobnych oszustów. Włącza się mafia (oczywiście Robert DeNiro). I tak bez końca.

American Hustle, reż. David O. Russell, 2013

Staruszek portier z uśmiechem dawał klucz

W moim rodzinnym mieście dziś wielki dzień. Przybyło Radio M., by celebrować Mszę przed ołtarzem Matki Boskiej, która nie tak dawno dostała od wiernych złote korony, o czym zawiadamiałem. I już dokonał się nawet pierwszy cud. Korony poświęcił sam papież (pewnie o tym dowiedziałby się dopiero z tego bloga), ponieważ parafianie z Jarosławia zawieźli je w tym celu do Rzymu. A cud? Proszę posłuchać, co „Naszemu Dziennikowi” mówi ks. prałat Marian Bocho, proboszcz jarosławskiej kolegiaty: „- W trakcie pielgrzymki odkryliśmy, że korony jako symbol czci są ważne, ale Maryja bardziej niż złotych koron oczekuje na nasze serce, na naszą miłość do ludzi chorych, ubogich i samotnych.” Otóż to! W trakcie pielgrzymki dopiero. Bo jak zbierali siano na te korony wśród niebogatych ostatecznie mieszkańców Jarosławia, to o żadnych „chorych, ubogich, samotnych” mowy nie było. Tylko, że Maryja żąda od Jarosławian siana, bo życzy sobie mieć złote korony i koniec. I żadne tam: ubodzy nie ubodzy. I dopiero ta pielgrzymka spowodowała taki zwrot w myśleniu. Ale korony już wykonano, co więc było robić? A ubodzy? Nie śpieszy się. Oni w Jarosławiu zawsze byli, więc nigdzie naraz nie wyemigrują. Tylko – środków na nich już wiele nie zostało, bo przecież taka złota korona swoje jednak kosztuje…

Dziś porcja mądrości z wieku XVII, kiedy to spisał je Andrzej Maksymilian Fredro. Przetrwały.

  • Nie to dobre, co dobre, ale co się komu podoba.
  • Kto się nie douczy albo przeuczy, szkodliwszy bywa nad prostaka.
  • Z panem a z dworem jak z ogniem: z bliska się sparzysz, z daleka nie zagrzejesz.
  • Nie mniemaj, ale wiedz.

I przede wszystkim to:

  • Z niczego nic nie będzie.
  • I życie: tak, jak ono biegnie.

Wczoraj – zapomniałem napisać – doszło w muzeum do karygodnego incydentu. Kiedy oglądałem dzieła prof. Berdyszaka, podszedł do mnie strażnik i – wprawdzie grzecznie, ale jednak – poprosił, bym uważał, by nie nadepnąć instalacji (na zdjęciu), która pokrywała środek holu, gdzie urządzono wystawę. „I to jest, kurwa, skandal!” – jak mawiano w filmie „Psy”. Co z tego, iż instalacja ma postać kawałków przezroczystego szkła, położonych na podłodze jeden obok drugiego? A czy ja wyglądam na neptka, na debila, który nie umie odróżnić kawałka szkła od dzieła sztuki? A czy jak bym zwiedzał Luwr, to łaziłbym buciorami po „Monie Lizie”, bo mi nikt nie powiedział, że to dzieło? To samo dotyczy instalacji prof. Berdyszaka. Skandal!

Ochłonąłem dopiero dziś na stacyjce Rosnówko-Trzebaw, gdzie zacząłem peregrynacje. Była akurat 13.00 i poczułem po raz pierwszy w tym roku zawiesisty zapach lip. „- Kwiecie pachnie” – mówiła Danuśka zanim wykitowała. Jak się nawąchałem, myślałem, że i na mnie kolej…

A pszczoły obsiadły kwiaty. Z jednej strony ich jednostajne brzęczenie na kwieciu, z drugiej poszum szosy nr 5 Poznań-Wrocław. Razem – co za muzyka!

Tuż przy peronie chyli się ku upadkowi stara, popruska stacyjka. Zdewastowana kompletnie. W pustych odrzwiach dostrzegłem coś, co w trakcie imprezy miejscowych okazało się najwyraźniej zbędne: majtki i pustą butelkę.

A kawałek dalej róże uroczo przelewają się przez furtkę z numerem 9. Niemal jak w piosence: „… mały hotel >>Pod różami<<, pokój numer osiem.” Poczułem się jak „staruszek portier”.