Archiwum miesiąca: marzec 2014

Wspomnienia o Ojcu

Czy można powiedzieć, że jedzenie jet najbardziej niedocenionym bohaterem walki z komunizmem? (chodzi o podniesienie cen żywności przed wigilią, które spowodowało masowe strajki)

„Problemu mięsa nie rozwiążemy za pomocą samego mięsa” – zadekretował jeden ze światłych sekretarzy. I to znamy. Takoż znamy ceny mięsa jako awers smutnej sytuacji, że „na drzwiach ponieśli go Świętojańską”. Przypominać to, byłoby obelgą dla inteligencji czytelnika. Więc już zamierzałem rzucić portret klasyka reportażu wiejskiego, który swoje późne lata strawił na naukowe przedstawianie „świńskich dołków i górek”. Józefa Kuśmierka. Ale mi się skręciło.
Czytaj dalej Wspomnienia o Ojcu

Potęga X Muzy

Właśnie dnie i noce trawię na pisanie książki przekrojowej o krajowym repertuarze filmowym. I nie mam poczucia, że są to dnie i noce zmarnotrawione. Co mnie w tym upewnia? Ano, echa z moich rodzinnych stron. Przykład. Otóż obywatel, mieszkaniec wsi Chłopice (rzut pałą od mojego dawnego domu rodzinnego) wpadł z nagła na pomysł. Co w Chłopicach relatywnie rzadkie. Tu dygresja: w Chłopicach, w stareńkim kościółku (fundacja Jana III Sobieskiego), na wzgórku pod lasem, jest sanktuarium z cudownym obrazem. Znaczy – byłym obrazem, bo ktoś stuknął w szybkę, wyjął skobel, obraz podpieprzył i sprzedał w antykwariacie w Hamburgu (ślad: „Psy”). Ale, nie szkodzi, pielgrzymki piesze przybywają, adoracja – na wyjątkowych prawach – odbywa się.

Teraz: co to ma z Chłopicami i z sanktuarium, a zwłaszcza z filmem – razem? Otóż ma. Bo świeże annały policji jarosławskiej notują, iż pewien mieszkaniec Chłopic nie docenia kinematografii. Nie docenia potęgi kamery. On, mianowicie, czyni taki numer, że wpada na stację, tankuje po korek. Po czym błyskawicznie wrzuca jedynkę i pali gumy. I on, ten mieszkaniec Chłopic, co przepędził wczesne lata w cieniu drewnianego sanktuarium, a potem nabył 15-letniego VW, jest święcie przekonany, że jak dostatecznie szybko zmyje się ze stacji, to kamery nie zdążą zarejestrować jego tablicy. A on będzie zatankowany i wolny. Nikt go nie uprzedził. Ojciec, matka nie pouczyli. Przyszli funkcjonariusze po śladach tablicy, zapuszkowali.
Więc ja właśnie po to nie dosypiam, by wykrzyczeć, jaka jest potęga kamery. Że jak już na coś spojrzy, to zapamięta. Chłopcu z Chłopic (zagrożenie: pięć lat), in memoriam.

Na froncie gender dało się słyszeć Jerzego Stuhra. Zaopiniował, że rozwód jego syna to wybujały efekt rozpanoszenia się genderyzmu. I to jest dowód najlepszy jak ta ideologia z łatwością atakuje nawet umysły światłe. W dodatku atakuje a rebours. A nie wystarczało powtarzać: „Żeście sfiksowały, boście chłopa dawno nie miały! Chłopa wam trzeba!” I gender niegroźny całkiem.

Prasa z prawej strony pastwi się nad najnowszą (nie taką znowu nową) książką Umberto Eco m. in. o jezuitach i masonach. Burza w szklance. Pamiętam, jakie jaja się odbywały, gdy Eco w pełnej chwale przyjechał do Polski po raz pierwszy. Wszyscy chcieli wywiad, ale autor „Imienia róży” zarzekł się, iż wywiady całkiem wyjątkowo. Ale ja („Wprost”), jak wielu, taki wywiad chciałem mieć. Tylko – jak? Przed dziennikarzami broni go cały szpaler gospodarzy. No, ale jest Klub bodaj PIW-u i z opóźnieniem zjawia się mistrz. Dziennikarze się sadowią, on zdejmuje okrycie. Ja podchodzę z dyktafonem, zadaję pytanie po angielsku. On, zdejmując pąaszcz, odpowiada. Następne, on zdejmuje szal, odpowiada.  Kolejne, poprawia marynarkę, odpowiada. Jeszcze jedno – prostuje krawat, odpowiada. W końcu, podciąga spodnie, odpowiada. Kiedy usiadł za stołem prezydialnym, miałem gotowy wywiad. Potem już nie chciał gadać bodaj z nikim. A kiedy ukazał się mój wywiad, wybuchła afera, że to fałszywka. Bo oni go pilnowali cały czas i Eco wywiadu nie udzielał. Odpowiedziałem: „Chcecie posłuchać? Mam taśmę.” Ucichło.

Jak straciłem honor

Znowu się zaprzedałem za judaszowe srebrniki (choć tak naprawdę – nie płacą) w telewizji. Omawiałem „Orły”, polskie nagrody filmowe. Miła pani prowadząca pyta na koniec, jaki polski temat widziałbym chętnie na ekranie. Odpowiadam wymijająco, iż takie ankiety prowadzono wśród widzów w Stanach. Ale żaden jakoś nie napisał, ze chciałby zobaczyć historie o tym, jak to stary, ukraiński Żyd, głęboko w XIX wieku zwozi mleko z wiosek i przysiółków. A przy tym sobie podśpiewuje. Z tym, że jak powstał „Skrzypek na dachu”, to tłumy waliły do kin drzwiami i oknami. Co o takich występach, jak mój, pisze „Niedziela”? „Zło ma swoich propagatorów w mass mediach, którzy za tanią popularność i przysłowiową >>miskę soczewicy<< zdolni są sprzedać własną godność i honor, a cóż mówić o dobru innych ludzi? Zło przemawia często przez usta „dyżurnego autorytetu” i celebrytę, który jest znany, ponieważ jest znany(!), a którzy – jakby powiedział to Fiodor Dostojewski – odgrywają rolę >>użytecznego idioty<<.” Nic dodać.

Prasa katolicka tymczasem hołubi własne filmy „Zainteresowanie filmem „Jak pokonać Szatana” przekroczyło wyobrażenia organizatorów. Tłumy na warszawskiej premierze skłoniły Kino Wisła do umieszczenia dokumentu w swoim repertuarze. >>Ja się bardzo cieszę, że taki film powstał i że jest człowiek, który nie boi się takiego tematu. To jest film, który moim zdaniem powinien być wyświetlany we wszystkich szkołach na lekcjach religii na całym świecie<< – mówił po premierze filmu „Jak pokonać Szatana” znany aktor Radosław Pazura.” Ten Pazura miał niezwykle błyskotliwą sekwencję filmową w farsie „Gulczas, a jak myślisz.” Grał tam reżysera filmowego, alkoholika zresztą. Budzi się na srogim kacu i poszukując piwa powtarza sobie: „Never more ! Never more!” Czyż nie powinien przy tych uroczych klimatach pozostać?

Rząd zapewnia, iż w razie wojny z Rosją obronimy granice kraju, a zresztą Anglia i Francja przyjdą nam z pomocą. Internet prostuje, że hasło: „Silni, zwarci, gotowi” już było. I precyzuje:
„Silni w pysku.
Zwarci przy korycie.
Gotowi do ucieczki.”

Poezja liryczna na temat ojca Tadeusza kwitnie i rozwija się:

Jest sługa boży, co go ojcem ludzie zwą
więc po ojcowsku zawiaduje stacją swą.
Jak „mały rycerz” co Jasnej bronił Góry
Dzierżąc w dłoni szabli piorun
On obroni Toruń

Zaraz zaraz – czy to „mały rycerz” bronił jasnej Góry, czy raczej ten drugi?

Na rany twe kłaść przecudne leki…

Pojechaliśmy do Tesco. Dorota na skromne zakupy, ja na kawę i książkę. Wychodzimy, pcham wózek w kierunku samochodu. Oczywiście, natychmiast zjawia się pan pożądający. Mówię do Doroty, żeby coś tam. Ona z rezygnacją: „- To już trzeci w ciągu ostatniej godziny…”

Czytam: „Towarzystwo Patriotyczne Jana Pietrzaka wystąpiło z inicjatywą zorganizowania Matury z Orłem Białym.” W opozycji do zwykłej, szkolnej matury. I bardzo dobrze! Tylko ten Pietrzak..! Niegdyś oficer zawodowy LWP, po szkołach politycznych, potem straszny prawicowiec. Użala się, gdzie może, że władze go prześladują, bo nie dają mu sal na występy kabaretowe. On sam śmieszny nigdy nie był. Jego siłą było to, że teksty do kabaretu pisywali mu Groński, Passent czy Urban. Zakamieniała lewica. A jak on z nich zrezygnował, to powiało nudą. Ale – niech tam. Z tym, że ja pamiętam Pietrzaka z jeszcze jednego epizodu z lat 90-tych. Wystartował mianowicie w wyborach na prezydenta Polski. Taki miał odpał. Prawybory, organizowane przez „Wprost”, gdzie pracowałem, odbywały się we Wrześni. Każdy redaktor miał do zaopiekowania swego kandydata. Żeby przypilnować, odprowadzić, doprowadzić, nakarmić itd. Mnie przypadł w udziale Pietrzak. I ja się koło niego kręciłem, banery i tablice wieszałem, baloniki dzieciom rozdawałem. No i Pietrzak wchodzi na estradę, by odpowiadać na pytania. Kolega-dziennikarz: „- Jak pan sobie wyobraża program gospodarczy?” Pietrzak: „- Panie, żeby pan wiedział, jaką ja mam wyobraźnię! Jak stąd do Warszawy, panie. Ja sobie wyobrażam takie rzeczy, które się panu nawet nie śniły, panie. Ja  mam łeb jak koń! Ja sobie mnóstwo wyobrażam”. I dalej ciągnie w ten deseń. „Mądrego to i posłuchać przyjemnie” – mawiał Pawlak ze znanego filmu.

Mój Jarosław stał się powtarzalny do niemożliwości. Oto pod miastem niejaki Wiktor K. wiódł spokojne życie jako mąż, ojciec i rolnik. Dorabiał na nocnych dyżurach jako ochroniarz. Wtedy właśnie poznał Walentynę, Ukrainkę, która mieszkała i pracowała w Rzeszowie. Szybko została jego kochanką, podobnie jak zostawała kochanką innych rolników w tamtych okolic. I to właśnie Wiktora K. wkurzało! Bo życzył sobie mieć ją na wyłączność i na stand-by. I kiedy ofiarował się podwieźć ją pod granicę, gdy wybierała się do rodziny, doszło na tle tych licznych kochanków do kłótni w samochodzie. Wiktor zdecydował rozwiązać konflikt, jak się zwyczajowo takie konflikty rozwiązuje w moich stronach. Zatrzymał samochód w Woli Ryszkowej na poboczu i dawaj walić babę przez łeb. A że był mocno zazdrosny, więc walił mocno. Kiedy już niewierna dostała za swoje, pchnął do przydrożnego rowu z wodą. Ranna, utopiła się. A Wiktor wrócił do rodziny i dalej wiódł przykładny żywot, jak wszyscy w okolicy Jarosławia. Przypominam – uroczyście oddanego przez burmistrza, w imieniu wszystkich mieszkańców miasta, Jezusowi, Królowi Ziemi Jarosławskiej. I tak żyłby sobie Wiktor do dzisiaj, tylko feralnego dnia za dużo ludzi widziało go z Ukrainką… Ale on starał się o tym nie myśleć. Zresztą pewnie w ogóle nie za bardzo lubił myśleć. Ja też jestem z Jarosławia. I doskonale go rozumiem.

Na portalu Fronda.pl artykuł o nieustającym niebezpieczeństwie dla Kościoła ze strony  masonerii. Internauci zasadniczo zgadzają się, że niebezpieczeństwo jest realne. Ale znajdą się i sceptycy. Jeden taki pisze:  „Jeszcze bardziej powinni niepokoić nas ruchersi…”

Hasło z feministycznej manify: „Gender, ufam Tobie”.

Internet nie tylko stoi murem za Ojcem Rydzykiem. Internet sławi go słowem poetyckim. Posłuchajmy.

Ziarnem zasianych modlitew  zorzy,
z wiarą że Bóg w radio i telewizji, telefon nam rozmnożył,
Kapłanie mój, oddałem Ci się w ręce,
By słodzić znój przepisem życia męce.
Na rany twe kłaść przecudne leki,
Tyś kapłan mój po wszystkie wieki wieków.

Kapłanie mój, jam Twój niegodny sługa,
Choć wrogów, choć droga cierpień długa.
Nie idź wstecz, spójrz na mnie, łask Twych rzeki.
Tyś kapłan po wszystkich wieków wieki.

A Twe życie drogi księże niech najdłuższe będzie,
Bo Ty siejesz ziarno zdrowe, chwasty niszczysz wszędzie.
Żyj i pracuj, żyj i kochaj każdego jak brata,
Żyj nam ojcze Tadeuszu Rydzyku jak najdłuższe lata.

Czarny brylant

http://www.youtube.com/watch?v=M2NvOYNXDU4

 

W „Tesco” piję kawę, czytam książkę. Dorota na zakupach. Po kawiarence lata wróbel. Przysiądzie na stoliku, na kontuarze, znowu fruwa. Zaplątał się tu  i nie wie, jak umknąć. Jeśli przyjąć, że supermarkety to współczesne katedry handlu, to ta scena już miała miejsce. „Jaskółka uwięziona”.