Archiwum miesiąca: grudzień 2013

Dupa rządzi światem

Kontrola słownictwa. Ostatecznie dla mnie słowo to jak dla murarza kielnia, a dla skrzypka smyczek. Ale bez napinania się. Biorę zwykły, podręczny „Słownik wyrazów obcych i zwrotów  obcojęzycznych” Władysława Kopalińskiego z roku jeszcze 1968. Szukam słów, których nie rozumiem, słów, które rozumiem intuicyjnie i kontekstów których nie znałem. Więc: po kawałku.

Lapidarny – zwięzły, wiadomo. Ale określenie wzięło się stąd, że na kamieniu nagrobnym (lapis) mieściło się bardzo niewiele słów i trzeba się było streszczać. Zawrzeć ludzkie życie w kilkunastu wyrazach…

Leben und leben lassen (Żyć i dać żyć innym) – znałem to jako zasadę praktykowaną przez Żydów. Jest po niemiecku, ale oni nie mieli skłonności, by „leben lassen”.

Lehrjahre, Wanderjahre – wiadomo: lata nauki, terminowania. Powtarzam studentom, że są jak gąbka, umysł łatwo w ich wieku przyswaja wszystko. W dodatku nie wiadomo, co się może przydać w przyszłości. Powinni się rzucać na prawi lewo i zgarniać, co się da. Bo to ich „Wanderjahre”. Nie mam poczucia, że ktokolwiek mnie słucha.

Gdyby nos Kleopatry był krótszy, inne byłyby losy świata. – wiadomo: Pascal. Chodzi o to, że władcy tego świata równie często kierują się impulsem, kaprysem, zachcianką co zwykli ludzie. Z tym, że ich decyzje zmieniają historię.
Nie pisałbym tego, gdybym niedawno nie przeczytał sprawozdania z wystąpienia celebrytki Natalii Siwiec w ramach wykładu uniwersyteckiego (!). Oświadczyła mianowicie: „Dupa rządzi światem”. Cóż, powtórzyła po Pascalu…

S.O.S., Fałszywy trop (IV)

http://www.youtube.com/watch?v=eeasUn3sNpQ

 

Reportaż z budowy Hali Oliwii. Budowali osiem lat. „Bo nie było mecenasa”.

Młodociany chuligan w ciemnych okularach podejrzewany, bo sprawca też nosił ciemne okulary. Broni się: „Ja po wódzie zawsze noszę. Oczy mnie bolą”.

Pani Gizela, macherka z półświatka – żona inżyniera Mamonia. „Straszne ciśnienie dzisiaj. Gdyby człowiek nie rozszerzył sobie naczyń wieńcowych, chybaby umarł.” I – chlup.
Po chwili: „- Zapłaci pan za jarzębiak? – Zapłacę. – To niech pan zapłaci za drugi. Mam przed sobą ciężką noc.”

S.O.S., Fałszywy trop (IV), reż. Janusz Morgenstern, 1974

Czemu zwiędły..?

 

Dorota odkurza. Pół biedy. Nagle zaczyna mi wynosić kwiaty z pokoju. Pytam: „Co się stało kwiatom?” i przyłapuję się, że identyczne pytanie Tadeusz Nalepa zadał z czterdzieści lat temu.
W bluesie chodziło o to, że kwiaty zwiędły, bo artystę opuściła dziewczyna. A u nas chodzi o to, by kwiatki spryskać pod prysznicem, bo – podobno – mają zakurzone listki. A to przecież niedopuszczalne.

Ciut łatwiej

Nie tak dawno wpadliśmy z Dorotą do miasteczka Kęty. Na pół godziny, godzinę. Bo co można robić w Kętach? Pisałem o tym dwa zdania. Aż tu – zupełnym przypadkiem – trafiam w Internecie na witrynę tego grodu. Jak brzmi jego hasło reklamowe? „Kęty. Na całe życie.”

W samym środku jakiejś zaciekłej internetowej dyskusji czytam wpis, który nie dotyczy omawianej sprawy. Jest za to uniwersalny: „Nie wiesz jak zdobyć potrzebne Ci pieniądze? Ja znam na to sposób, wpisz w googlach komputerowy szmal a Twoje problemy mogą się szybko rozwiązać!!!!”

A propos dyskusji internetowych. Oglądam stareńki „eastern” z Holoubkiem „Prawo i pięść”. Zaraz po wojnie, miasteczko na Ziemiach Odzyskanych, te klimaty. Polski western, żadnej polityki, diagnozy społecznej itd.
Pod filmem komentarze widzów. Na początku jak zwykle:
„Bardzo fajny film zmuszający do refleksji”. Drażni mnie zwykle taka gadanina, bo inteligentnego człowieka do refleksji zmusza nawet widok zasikanego wychodka. Tacy „zmuszeni” piszą, że mieli refleksje, tylko nigdy nie piszą, jakie.
I tu nie miałem racji, bo poniżej jest całkiem skrystalizowana refleksja, którą inny widz miał po obejrzeniu filmu:
„66 lat mija, a w naszym kraju nic nie ulega zmianie, wszystkie dobrze płatne stanowiska obsadzała i dalej to robi ta sama żydowska nacja. Dla Polaków zostawały najcięższe zawody, a ostatnie dwadzieścia lat nawet tych ostatnich nie ma, bo wmówili Polakom, że trzeba prywatyzować (czytaj) z premedytacja likwidować, zniszczyć, a resztę wykraść. Opanowali media przygotowując grunt do całkowitej i totalnej likwidacji kraju.”
I wszystko jasne.

Jakaś pracownia badawcza wysondowała, że w Polsce autentycznych katolików jest mniej niż obywateli z katolicką metryką. Więc popłoch – duchowieństwo będzie u nas musiało pracować w warunkach misyjnych. „Toż to szok!” – jak mówił Pawlak w „Kochaj albo rzuć”. Jakoś wszystkim umyka fakt, że Jezus głosił swoją naukę w otoczeniu bynajmniej nie chrześcijańskim. I nie uważał tego za osobistą krzywdę. A przecież mógł się narodzić w katolickiej (przynajmniej częściowo) Polsce. Zawsze miałby ciut łatwiej.

Ludzie z szafą

Biskupi na Święta napisali list pasterski, którego głównym motywem jest niebezpieczeństwo gender. I posypały się głosy typu: niech dadzą spokój, to już przesada. Nawet jeden z dziennikarzy „Tygodnika Powszechnego” radzi księżom, by tego listu nie czytali z ambon w Boże Narodzenie.
A ja uważam – wręcz przeciwnie. O gender powinno się mówić non stop. Powinny powstawać encykliki papieskie. Powinny się odbywać marsze protestacyjne, Radio M. Powinno na ten temat zasuwać od godzinek po nieszpory. I jeszcze dłużej.
Akademicki Klub Obywatelski przy poznańskim Uniwersytecie powinien wydawać oświadczenie za oświadczeniem.
Powinny być organizowane sesje naukowe i popularnonaukowe, powinny być pisane biuletyny i ksiązki.
W muzyce chrześcijańskiej powinien powstać osobny „nurt antygenderowy”.
Dlaczego tak uważam? Z prostej, egoistycznej przyczyny. Moje życie jest nudne, szare, wypełnione pracą. Tak mało mam rozrywek… Ale od kiedy zaczęła się kampania przeciw gender, niemal każdego dnia mam nową, darmową porcję zabawy. Oby jak najwięcej!

Taka praca: oglądanie filmów. Niestety, bardzo drobiazgowe, połączone z robieniem notatek. Film trwa, powiedzmy, dwie godziny, z notatkami cztery albo pięć. Oglądanie do czterech godzin jest przyjemne, ale po ośmiu godzinach to już katorga. A oglądać trzeba minimum dwanaście.

Akurat – „Krzyżacy”. I, oczywiście, wszystko z wszystkim się kojarzy.
Wspomnienie z czasów młodości studenckiej. Na lato wracam do rodzinnego Jarosławia i w towarzystwie rzucam od niechcenia, że mieszkam w akademiku „Zbyszko”. Na to koleżanka szkolna: „Wiem, pisali o nim w gazetach”. Się dziwię: w jakich gazetach, dostępnych w Jarosławiu, mogli pisać o akademiku „Zbyszko” z Poznania. Okazuje się, że ukazał się artykuł w miesięczniku „Trzeźwość”. A koleżanka go czytała, bo z zawodu jest pielęgniarką. Otóż w miesięczniku trzeźwość opisano – ku przestrodze, naturalnie – hulaszczą imprezę, w trakcie której pijani studenci wyrzucali przez okna co popadło. Ale o to mniejsza. Podochoceni, zamknęli w szafie kolegę zamierzając go również wyrzucić – razem z tą szafą. Życie uratowało koledze to, iż miał sporą nadwagę i koledzy nie byli w stanie dotargać szafy w pobliże okna. Nazwisko tego kolegi jest powszechnie znane w Poznaniu i dlatego go nie wymieniam.

Metryka w zawiasach

Za komuny młodzi nie mogli się doczekać, by być starcami. Za wolnej Polski staruszki szaleją jak nastolatki.

Że ktoś się zestarzał? Nieważne! Ważne, co z ta starością zrobi.
W PRL-u wszyscy do starości przepychali się jak w kolejce. Bo stary znaczyło: dojrzały, ustatkowany, szanowany, ustawiony. Starsi Panowie jak zakładali swój kabaret ledwie przekroczyli czterdziestkę, już użalali się, że „szron na głowie, już nie to zdrowie”. Ale jakiż autorytet mogły mieć w PRL-u 40-letnie szczawiki? Więc śpiewali: „Trzęsiesz się z niecierpliwości/ żeby dożyć tych radości/ Guzik rwiesz i wdzianko mniesz/ tak już być staruszkiem chcesz”.  To się zresztą ciągnęło od przedwojnia. Bożyszcze sceny, Ludwik Solski, umierał mając 99 lat (1954). Lubił być stary, choć jeszcze krótko przed śmiercią oglądał się na ulicy za kobitkami („Ach, ten pysio, ach, ta nóżka…”) i marzył: „Żeby znowu mieć te 80 lat…” Więc ludność do starości najzwyczajniej ciągnęło. Pamiętają Państwo pierwszy odcinek „Czterdziestolatka”? Przecież tam inżynier Karwowski w swoje czterdzieste urodziny już zaczynał się przymierzać do trumny! A Gustaw Holoubek? Jak był młody, to grał Feliksa Dzierżyńskiego w „Żołnierzu zwycięstwa” (1953). Ale on zdecydowanie wolał być sędziwy. I grał takiegoż starca, profesora Tutkę, licząc sobie lat zaledwie czterdzieści. Ale ileż w tym było senioralnej powagi, ileż godności…
Czytaj dalej Metryka w zawiasach