Archiwum miesiąca: listopad 2013

Nie wiem, nie znam się, zarobiony jestem…

Polski rynek mediów jest upartyjniony, zantagonizowany, przeżarty niechęcią i nienawiścią. Za karę antagoniści jedni drugich nie czytają. „Ja tego nie czytam, ja tego nie oglądam” – widzę raz po raz. Bojkotuję za poglądy, nie za jakość tekstów. Bo jak jestem – przykładowo – konserwatystą, to nie powinienem czytywać innych pism niż konserwatywne. Bo jeszcze mnie przekonają. Co tu dużo mówić: tak tępak, utwierdza się w swej tępocie. Mnie się całe życie wydawało, że można czytać, można oglądać, a poglądy mieć przeciwne do tych, o których się czyta. Ale warto poznać bodaj sposób myślenia przeciwnika, jego świat pojęciowy itd. A tak  – poglądy biorą się z czytania w kółko tego samego. I czy to jeszcze są poglądy?

Czytam jakiś życiorys w Wikipedii. Obok rubryki „Lata życia” jest tez rubryka „Lata aktywności”. Więc spodziewam się, iż niebawem pojawi się rubryka „Lata bezproduktywności”, „Lata zmarnowane”, „Lata starczego niedołęstwa”.

Walka ze złogami PRL-u trwa. Czytelnik „Niedzieli” wykrył je w przedszkolu. Dzieciaki śpiewają tam nie tylko „Pada śnieg” na melodie „Jingle Bells”, ale też „Zapamiętaj sobie – dzisiaj jest Dzień Kobiet” – w sumie komunistyczne święto. A najgorsze, że w repertuarze jest także radziecka piosenka indoktrynująca: „Zawsze niech będzie słońce”. Czytelnik apeluje o wykorzystywanie rodzimych piosenek, które „mogłyby wykształcić godność, honor, człowieczeństwo oraz szacunek do Polski”. Niestety, nie podaje tytułów…

Internet o biskupach, którzy obficie wypowiadają się o tęczy: „Ich wiara jest jak figura Chrystusa ze Świebodzina: z zewnątrz beton w środku pustka.”

Burmistrz Goleniowa zapowiada zawierzenie miasta Chrystusowi. I zastrzega, że robi to jako burmistrz, ale jednakowoż głównie  jako osoba prywatna. Internet radzi: „Może ewentualnie zawierzyć gminę Jarosławowi Kaczyńskiemu. W końcu też zbawiciel”.

Najpiękniejsza?

Ciągle w klimatach góralsko-discopolowych. I propozycja. Może ktoś rozstrzygnie to, co nierozstrzygalne. Która z wersji „Mojej małej blondyneczki” (kiedyś Bayer Full) jest bardziej interesująca? Zespół Antares, zespół Kris, czy zespół Stringi Band?

 

http://www.youtube.com/watch?v=u0X12uA6ekk

 

 

http://www.youtube.com/watch?v=ihi0nvImyG0

 

 

Siedmiu samurajów

http://www.youtube.com/watch?v=VRGeXhIpvhg

 

Roninowie (samurajowie bez pana) wynajmują się za „miskę ryżu”.

Rozmowa wieśniaków z mędrcem:
„- Samurajowie są bardzo dumni. Jaki samuraj zechce walczyć za miskę ryżu? – Szukajcie głodnych samurajów”.

Wieśniacy samurajom oddają ryż, sami jedzą proso. Oddają chaty, sami śpią w stajniach. Ale też – jak się okazuje – w przeszłości zabijali zdradziecko samotnych roninów i ograbiali ich.

Wieśniacy chodzą w najprostszych butach – w „japonkach”.

Dzisiaj tacy poszukiwacze fachowców (od obrony) nazywaliby się headhunters.

Samuraj sobie wypił, ale chcą go sprawdzić nawet w takim stanie: „- Prawdziwy samuraj nigdy nie jest pijany”.
Ten pijak (Toshiro Mifune), przyjęty do grona samurajów z łaski, ma jeden dar: jest pospolity i świetnie dogaduje się z wieśniakami w przeciwieństwie do wyniosłych wojowników. PR zawsze potrzebny.

Banda jest groźna, bo ma trzy strzelby.

Końcowa sekwencja walki w deszczu – to zdecydowanie dodaje dramaturgii. U nas pojedynek Wołodyjowskiego z Kmicicem: „Może chcesz waść zaczekać aż siapic przestanie. Żal umierać w taki deszcz. – Mnie wszystko jedno. Pułkownika będą chować, to i niebo płacze”.

Opowieść epicka. Faktycznie – trzy i pół godziny.
Ocena internautów w portalu udostępniającym film: „Fatalny”.

Siedmiu samurajów, reż. Akira Kurosawa, 1954

Nad pięknym, modrym Dunajem (który nie jest modry, lecz szarobury)

W Bratysławie też nie za ciekawie, więc – Wiedeń.
Tu Boże Narodzenie już wystartowało. Kramy, kramiki, choinki, choineczki… Przed ratuszem trudno się przecisnąć.

Nieopodal Ringu kamieniczka jak kamieniczka. A tu powstało tyle wybitnych kawałków. Kto by pomyślał…

W Kościele Wotywnym (na Ringu) tablica pamiątkowa wmurowana przez „Die Kameradschaft Stalingrad”. Tym kolegom frontowym, którzy spod Stalingradu nie wrócili. I nie doczekali „wolnej Austrii”. Nic z tego nie rozumiem. Czy dla tych, którzy ze swastyką na mundurze ginęli na rosyjskich stepach „wolna Austria” to była ta przed „Anschlussem”, za panowania Hitlera, czy też za okupacji sowieckiej, czy może po wyjeździe Sowietów?
No i ani słowa o tym, czego właściwie owi polegli Austriacy szukali u bram Stalingradu, gdzieś na końcu świata.
I jeszcze: że „odpoczywają w pokoju”. No, nie wiem, nie wiem…

Prater pusty, smutny, dzieciaków ani na lekarstwo. Karuzele kołyszą się smętnie na wietrze.

Taka turystyka miejska może zwalić z nóg.