Bartosz Gardocki. Kurs na ulicę szczęśliwą:
Cytaty:
Proszę spojrzeć, widzi pan? – Szczerze mówiąc, nic nie widzę. – No jak to, przecież jest, krzyżyk! Wpatruję się w zmarzniętą ziemię i wreszcie zauważam wbity w nią kapsel od piwa, na którym rzeczywiście widnieje symbol w kształcie krzyża – element graficzny marki browaru. – Pomoże nam pan? – Ale w czym? – dopytuję, bo nie mogę załapać. – No jak to w czym? W wyciągnięciu krzyża z ziemi! Ja muszę go ze sobą zabrać. Widzi pan, właśnie wyszłam ze szpitala i pierwsze, na co się natknęłam na ulicy, to krzyż! Przecież to jest dobry znak.
Wyznała, że wie, że nie żyje w mieszkaniu sama, że czuje ich obecność. Jej koleżanki też podobno mieszkają z Żydami. Opowiadają sobie rano, gdy wracają ze sklepu z bułkami: mój Żyd wczoraj otworzył drzwiczki w kredensie zamkniętym na klucz, a mój Żyd bawił się światłem. Pani Barbara przestała mieć wątpliwości co do ich obecności, kiedy otworzyła szafę, w której wisiała kurtka z popsutym od dawna zamkiem, przez co nie dało się jej zapiąć. A tamtego dnia pani Basia zobaczyła w szafie kurtkę z suwakiem zasuniętym pod samą szyję.
Wie pan – mówi nagle wesoło. – Ostatnio był jeden z najpiękniejszych dni mojego życia. I dzieci chyba też. – A co takiego wspaniałego się stało? – pytam. – Nasz stary zapił się na śmierć.
Chałupa przy chałupie! Nastawiali tego jak flaszek na parapecie!
– U nas w korporacji pracował kierowca, który miał dziewięćdziesiąt cztery lata. Był najstarszym taksówkarzem w Warszawie. Ludzie bali się pod koniec do niego wsiadać, ale on doskonale sobie radził. Prowadził taksówkę już wtedy, gdy Pałac Kultury budowali.
Teraz mam już za sobą kilkunastoletnie doświadczenie i tylko jedną wpadkę. – Zdradzi mi ją pani? – Naturalnie. Zdarzyło mi się pomylić zmarłego z żyjącym. Sam pan rozumie, spotykam na co dzień tak wielu jednych i drugich, że łatwo o błąd. Są wszędzie wokół, komunikują się ze mną. Bywa, że z niektórymi jestem w stałym kontakcie.
Facet, który się zagapi i pozwoli, żeby przez przypadek powstała przed nim luka, nie potrafi udźwignąć takiej sytuacji. Jest wkurwiony, upokorzony, jakbym go pokonał, a nie zmienił pas, bo po prostu szykuję się do skrętu w lewo. Gówno go obchodzi, gdzie jadę – on musi być przede mną. Jego twarz nabrzmiewa, robi się czerwona od nabiegłej do głowy krwi.
Doświadczenie to nie to, co nas spotyka, tylko to, co robimy z tym, co nas spotyka.
Tak jak w taksówce. Łapiesz słaby kurs, dwie ulice dalej, można się wkurwić. A przecież te dwie ulice dalej może wsiąść do ciebie ktoś, kto poprosi o bardzo dobry, długi, drogi kurs. Dokładnie tak samo jest w życiu.
Przysięgam panu, że co roku w nocy z osiemnastego na dziewiętnasty kwietnia, kiedy rozpoczyna się dzień rocznicy powstania w getcie warszawskim, zawsze coś się dzieje w przychodni. Rano, kiedy personel przychodzi do pracy, okazuje się, że albo zalało sufit w miejscu, w którym nic wcześniej nie ciekło, albo wywaliło korki, albo wszystkie światła są pozapalane, a drzwi pootwierane. Można by powiedzieć, że trzeba mieć się na baczności i mieć oczy i uszy szeroko otwarte. Tylko nie wiem… na co?
… sztuka nie zawsze jest piękna, lecz powinna być ważna. Ludzie czasami pytają, patrząc na obraz: a co to oznacza? Otóż nie musi nic oznaczać, ale musi poruszać. Jak pan patrzy na Beksińskiego, to nie rozumie pan nic, bo tam nie ma czego rozumieć. Trzeba czuć! I to właśnie jest piękno.
Każda forma uprawiania sztuki, niezależnie od tego, czy chodzi o malarstwo, czy o pisanie, jest po to, żeby sobie z czymś poradzić. Tak jak idziemy się wygadać kumplowi i od razu jest nam lżej, gdy podzielimy się swoją troską, gdy ktoś nas wysłucha, zrozumie. Tak samo ja wyrażam siebie i swoje emocje w obrazach.
Powiedział: „Jeżeli kiedyś będziesz miała jakiekolwiek problemy, weź to i zanieś do prezesa IPN-u”. Mąż chciał, żeby cokolwiek dla prawdy historycznej przetrwało. Ale jednocześnie umieścił tam taką karteczkę, na której napisał: „Ujawnić pięć lat po śmierci Lecha Wałęsy”. – Dlaczego dopiero wtedy? – Bo mąż miał Wałęsę za bohatera narodowego! Nie chciał go za życia szkalować. Chciał, żeby historia poznała prawdę później. Ja nie widziałam tej karteczki, za późno się o niej dowiedziałam. Ona była zaadresowana do prezesa IPN-u, no ale IPN nie uszanował woli męża. – Jesteśmy na miejscu – mówię pod najbrzydszym budynkiem w mieście. – Dziękuję. Zadzwonię po pana. Do widzenia. Niestety żona generała Kiszczaka już nigdy do mnie nie zadzwoniła.
Nie wiem, dlaczego tak jest, ale często bogaci gardzą mniej zamożnymi. Na przykład miałam taką panią, dobrze ubrana, droga torebka. Musiała chwilę zaczekać, bo papier zmieniałam w terminalu, to krzyknęła, że trzeba było się uczyć, żeby nie stać jak debil na kasie w Żabce! Ręce mi opadły.
Nie wiem, czemu pan się dziwi. Normalne życie, żaden dramat. Dramat to byłby, gdyby zdrowie nie pozwalało mi pracować i opiekować się rodziną. Gdybym nie miała Natalki i mamy. One są wszystkim. Dopóki je mam, nic nie jest w stanie mnie złamać. Szczęście? No że spełniły się moje marzenia. Jakie? Wie pan, ja to zawsze chciałam zostać ekspedientką. I jestem! W dodatku w małym kameralnym sklepiku, a nie jakimś wielkim markecie. U siebie znam każdego. Od wejścia się witamy, a ja wiem, co komu podać. No to jak mogłabym być nieszczęśliwa?
