Bartosz Gardocki, Kurs na ulicę szczęśliwą

Bartosz Gardocki, Kurs na ulicę szczęśliwą:

Bartosz_Gardocki_Kurs_www

Były pracownik korporacji od pięciu lat za kierownicą warszawskiej taksówki. Notuje wybrane scenki.
Cytaty:

Klakierzy na trasie wyścigu karier. Piewcy wielkiej, obfitej,
życiodajnej stolicy. Lokalni i przyjezdni. Białe kołnierzyki, krawaciarze, karierowicze, frankowicze, słoiki, agenci ubezpieczeniowi, przedstawiciele handlowi, kurierzy, dostawcy. Smogiem Warszawy jest stres. Jej puls wybija sekundnik.

Jestem taksówkarzem. Wiem dużo. Czasami wiem rzeczy, o których wolałbym nie wiedzieć. Wiem, kto z kim, kiedy, za ile, kto kogo, kto komu, czy było dobrze, czy źle, czy będzie jeszcze raz. Słucham ludzi. Jezu, tylu ludzi…

… taksówkarz jest jak spowiednik.

Bloczyska nudne jak msza święta…

Korpulentna pani o zatroskanym obliczu: – Szczęście? Proszę pana: zdrowie, pieniądze i miłość. I wszystko. – Ale tak konkretnie gdyby miała pani powiedzieć? – Tak konkretnie to miłość.

Dzisiaj jeden z drugim dorobią się nie wiadomo na czym i już nosa zadzierają. Satelity, internety pozakładają, proszę pana, i siedzą po domach, nikt pod sklep nie wyjdzie pogadać. Sztuczne relacje się porobiły, to i taka sztuczna wieś dla mnie jest teraz. Kiedyś była prawdziwa. Unia przyszła, Unia dała, droga utwardzona, prom jest. Ludziom wygodniej, łatwiej żyć, ale jakoś tak nie wiem… Może za wygodnie.

– Z Chrzanowa to już chyba niedaleko do Oświęcimia – zauważam. – Tak, siedemnaście kilometrów. Kiedy pytałam babcię, jak się żyło obok obozu, odpowiadała, że normalnie. Był strach, ale było i przyzwyczajenie. To tak, jakbyśmy zapytali dzisiaj kogoś, kto przeżył katastrofę w Czarnobylu, jak się żyło przed, w trakcie i po. Odpowiedź brzmiałaby: normalnie. Tylko że w tej normalności zdarzały się drobne zakłócenia. Jak na przykład pranie. – Pranie? – dziwię się. – No zwyczajne pranie. Babcia opowiadała, że jeśli wiatr wiał od strony obozu i niósł, jak to mówiła, pchły, czyli popiół, który obłaził mokre ubrania jak insekty, to wszyscy wiedzieli, że tego dnia była spora kremacja. Czyli tak jak mówiłam, ludzie w okolicznych miejscowościach żyli normalnie, tylko czasami musieli drugi raz te same ubrania przeprać.

Mój pierwszy klient. Z kim rozpocznę ten nowy rozdział w życiu? Nagle ktoś zapukał w szybę. Chłopak poprosił o kurs do apteki całodobowej, bo stacja benzynowa była chwilowo nieczynna z powodu rozliczenia dobowego. Miał w domu gościa, wyskoczył w pilnej potrzebie zakupu prezerwatyw. Jasne, wsiadaj. Jedziemy.

… w zamian opowiem panu historię taty. Był kurierem, a w zasadzie można powiedzieć, że listonoszem. Nie nosił rozkazów, tylko listy między rodzinami, ale również między kochankami. Któregoś dnia powstania zorientował się, że nie da już rady dostarczyć ostatnich siedmiu przesyłek. Postanowił ukryć je w drzwiach mieszkania jednej z kamienic w Śródmieściu, zdaje się, że w okolicach skrzyżowania Pięknej i Kruczej. Było dla niego niesłychanie ważne, żeby listy nie zaginęły. Miał zadanie do wykonania, czuł się odpowiedzialny za tę korespondencję. Po wojnie okazało się, że jakimś cudem koperty przetrwały w stanie prawie idealnym. Życiową misją mojego ojca stało się, aby każda z tych powierzonych mu przesyłek dotarła do swojego adresata. Jak postanowił, tak też zrobił. Zajęło mu to czterdzieści cztery lata, ale dopiął swego.

Błagałem bramkarzy, żeby mi obiecali, że mnie tam już nigdy więcej nie wpuszczą. Ale zawsze kłamali, zawsze wchodziłem. Za cienką szybą jest rzeczywistość. Jest palma na rondzie de Gaulle’a i Muzeum Narodowe. Są ludzie, którzy o tej porze, gdy ja wchodzę do klubu, idą do pracy, po gazetę, odprowadzają dzieci do szkoły, jedzą śniadanie obok, na Nowym Świecie, biegają. Biegają, biegają, biegają. Ale po naszej stronie okna nie ma poranka, bo nie ma czasu. Tam zawsze jest ciemno.

A wszystko po to, żeby choć na chwilę przestać myśleć. I to się udaje. Czułem, jak bulgocze we mnie życie. Wiedziałem, że zapłacę za to wysoką cenę, ale później. Menu jest stałe, sprawdzone przez lata. Kwestia kombinacji. Kryształ, MDMA, mefedron, klefedron, metafedron, ortoklefedron, koks, piguły, syntetyczna psylocybina, jaranie, tramal, benzo, klony, kwas, grzyby, GBL, GHB, wóda…

To kopiec Anielewicza usypany w miejscu bunkra bojowników z 1943 roku. Właściwie jest to grobowiec z prochami członków Żydowskiej Organizacji Bojowej. Leżą tam Mordechaj Anielewicz i jego dziewczyna Mira Fuchrer oraz około stu dwudziestu ich koleżanek i kolegów. Kiedy pod koniec powstania w getcie zostali otoczeni przez okupanta, popełnili zbiorowe samobójstwo, żeby nie ginąć z ręki wroga. Po zasypaniu w 1945 roku ich szczątków nigdy nie ekshumowano. – Wiecie, co to za miejsce? – pytam. – Wiemy, że sympatycznie nasłonecznione, więc dobre na browara – śmieje się chłopak.

Ludzie czekali na postojach w kolejkach, bo brakowało aut. Kierowca ruszał dopiero wtedy, gdy uzbierał komplet pasażerów, a każdy z nich płacił za siebie. Załatwiało się więc cztery kursy w jednym.

– Za trzy miesiące ruszam w trasę koncertową – mówi. – Włochy, Francja, Hiszpania. Małe miasteczka, kameralne koncerty, ale będzie również kilka większych festiwali jazzowych. Jestem po operacji, nie czuję się najlepiej. Potrzebuję kogoś na kształt tragarza. Mam swoje walizki, różne drobiazgi, a przede
wszystkim trąbki. Czy odpowiadałoby to panu? Czy zechciałby pan być moim asystentem w tej trasie? Wydaje mi się, że śnię. Nigdy w życiu nawet nie marzyłem o czymś takim. – Panie Tomaszu, z największą przyjemnością. To będzie dla mnie zaszczyt. Niedługo później zmarł. Szkoda. Miałem już nawet gotowy tytuł na książkę lub chociażby rozdział z tej trasy – Nosiłem trąbkę Stańki.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *