Grzegorz Piątek, Świątynia i śmietnik. Architektura dla życia
„miasto bez mieszkańców to nie jest udany projekt”.
Cytaty:
Jedna była pawilonem dla pań i panów, z zamykanymi kabinami i zwana była szaletem – z francuskiego chalet, czyli budka. Druga – okrągłą wiatą, w której wyłącznie messieurs, uprzywilejowani anatomicznie, mogli oddawać mocz na stojąco, w kółku. Ten obiekt też nazwano z francuska – pisuarem, od pissoir, czyli sikadełko.
Publiczne łaźnie były dla tych, którzy nie mieli jak wykąpać się w domu, więc mężczyzna rozbierający się z dobrych ubrań mógł budzić podejrzenia, że nie przyszedł tam dla higieny.
W latach trzydziestych urzędnik, który co rano kontrolował czystość miejskich toalet, niejaki Łazowski, sprawdzał też ich czystość moralną. Jeśli przez szparę u dołu zobaczył cztery nogi stojące zbyt blisko siebie, „szybko wchodził do szaletu, każąc szaleciarzowi dać kubeł z wodą, i oblewał zboczeńców [sic!].
… nadały placowi Trzech Krzyży przydomek „placu Wasserman” – od odczynu Wassermana, stosowanego w diagnostyce kiły295. Tak oto w cieniu oficjalnego stołecznego życia, między gmachami ministerstw a kościołem, rozgrywała się przez dziesięciolecia dyskretna pantomima badawczych spojrzeń, tajemniczych gestów, płochliwych kroków. Dziś po tym plenerowym przedstawieniu nie ma już śladu. W 2024 roku, w ramach ostatniej fali likwidacji kiosków Ruchu, zniknął słynący z braku pruderii punkt z prasą.
W 2005 roku natomiast rozebrano wysłużony grzybek. Ponoć bywalcy zapalali na jego miejscu znicze.
Grzybek miał więc być nie tylko gestem przezwyciężenia tabu, które otacza toalety niezależnie od tego, co się w nich załatwia, ale i punktem wyjścia do dyskusji o upamiętnianiu, niosącym nadzieję, a w każdym razie teoretyczną możliwość zmiany narracji. Otoczony w CSW pracami odnoszącymi się do dziesiątkującej osoby homoseksualne w latach osiemdziesiątych epidemii AIDS, jawił się jako próba uwznioślenia radości i cierpień prześladowanych ciot z placu Wasserman, a przez to – wzbogacenia historii miasta o kolejną, niewidoczną od pokoleń warstwę.
Meble i przedmioty kiedyś przeznaczone do seryjnej produkcji i zaspokajania masowych potrzeb stały się kolekcjonerskimi fetyszami, a biała fasada, duże przeszklenie i płaski dach oczywistą oznaką dobrego smaku i symbolem statusu. W najbardziej luksusowym wydaniu modernizm zamienia się w minimalizm – prostotę tak wyrafinowaną, że staje się kosztowna.
Nic dziwnego, że odbudowa historycznych fasad wydaje się wielu politykom dobrym pomysłem. W końcu jeśli bywają w tej okolicy, to na placu Piłsudskiego, a nie w Ogrodzie Saskim. Mówią o przywracaniu godności narodu, ale chodzi też przecież o stworzenie godnej scenografii do strojenia zadumanych min, dla czarnych płaszczy, granatowych garniturów i galowych mundurów. Prezentuuuuuuuj broń!
Świątynia czy śmietnik? Pomnik czy pisuar? Może i jedno, i drugie, ale najważniejsze, żeby odwrócić porządek. Żeby wielkie ambicje, które zwykle towarzyszą projektowaniu ku czci zmarłych, budowie pomników i grobowców, przyłożyć do miejsc, które posłużą żywym.
„Skazano by rzeźnika, który sprzedaje zgniłe mięso, ale prawo pozwala narzucać biedakom zgniłe mieszkania” – zauważał Le Corbusier309, dając do zrozumienia, że i jedzenie, i schronienie są jednakowo niezbędne do życia, a ich jakość stanowi kwestię publicznej odpowiedzialności.
O szerszy dostęp do toalet walczą przeważnie kobiety, ale infrastruktura ta przysłuży się tak samo mężczyznom – nawet antyfeministom. Deficyt szaletów dotyczy przecież i motorniczej tramwaju, zmuszonej do korzystania z rozwalonego toi toia na pętli, i kuriera, który godzinami krąży po mieście, rozwożąc przesyłki.
