Ewa Pluta, Rubież. Reportaż wędrowny:
Autorka przeszłą pieszo od „spotkania trzech granic” w Suwalskiem wzdłuż wschodniej granicy do rożka południowych Bieszczad. Byliśmy tam wszędzie wiele razy. Samochodem, niestety.
Cytaty:
– Żeby tylko pluli. Ludzie ciągną tu z całej Polski, żeby okazać niechęć do obcych krajów. Na ten przykład dziecku zachciało się siku, ale ojciec nie zabrał go w krzaki, tylko kazał nasikać na ruskiej stronie.
Tuż obok domu Anzulewiczów została wytyczona ścieżka poznawcza „Trójstyk granic – biegun zimna”, atrakcja turystyczna Suwalszczyzny”.
– Polak na wakacjach nieraz idzie do Rosji, żeby zrobić kupkę. To Ruskie się na to zdenerwowali i odgrodzili granicę drutem. Ile można sprzątać polskie kupy? Chcieli mieć wreszcie spokój.
– Muszę przyznać, że ta historia mnie poruszyła. Nigdy nie widziałam człowieka plującego na granicę, choć podczas badań terenowych nieraz przekraczałam ze studentami granicę z Ukrainą czy Białorusią. Chociaż my spotykaliśmy głównie mieszkańców pogranicza, dla wielu z nich granica jest centralnym zakładem pracy. Trudno pluć na swojego pracodawcę, chyba że w stanie ostatecznego ostatecznego załamania nerwowego, ale to są wyjątkowo odporne jednostki.
Z nabożnym skupieniem czekałam na prom w Mielniku w Podlaskiem. Bug kołysał promem delikatnie jak do snu. Nasze turystyczne miękkie ciała chłonęły lato: słońce, wiatr i brak przymusu. Zapytałam przewoźnika, jaki jest dziś Bug, ale odpowiedział zagadkowo, że świat to wielki chuj. Przyznałam mu rację, więcej nie rozmawialiśmy.
Kilometr ignoruje zapachy, dźwięki, dotyk. Gdybym powiedziała, że dziś przeszłam piętnaście kilometrów, nic by to nie znaczyło. Kilometr nie opowie, że mech na płocie w Jurowlanach był zimny, wilgotny, miękki, z domków letniskowych w Serpelicach unosiła się woń spalonej kiełbasy, pod Kruszynianami rano z namiotu
wyganiało tokowanie cietrzewi. Kilometr nie ma w sobie ciekawości świata.
Kilometr nie wie, co potrafi ciało.
Ta nowa jednostka miary opowiada, że przestrzeni nie trzeba pokonywać, można w niej pobyć, umościć się jak w starym fotelu, zdjąć kapcie, napić się herbaty, poprosić o kanapkę z grubą warstwą prawdziwego masła, niech okruchy spadają na dywan.
Człowiek nie potrzebuje granicy, jeśli wie, kim jest. Tożsamość każdy wynosi z domu. Wiem, że jestem Litwinką, i nie potrzebuję granicy, żeby się nią czuć.
– … mieszkam teraz w Warszawie.
– Warszawą rządzi szatan.
– Pani osobiście spotkała szatana?
– Miałam okazję.
– Gdzie? W domu?
– Tak.
– Pani mąż jest szatanem?
– Syn. Nie ożenił się, wszedł w niego szatan. Dziecko mi się rozpiło. Codziennie odmawiam koronkę, żeby szatan odpuścił synkowi.
