Iwona Smolka, Droga do Obór:
Portrety pisarzy, cd.
Cytaty, cz. 2:
Janusz Krasiński
Był to rok 1997. Jeszcze nie szaleli lustratorzy, nie otwierali teczek, nikt nie wiedział, że Odojewskiego splamiła współpraca z SB. Nie opuszczało go przekonanie, że jest śledzony, że ktoś grzebie w jego szufladzie. Było to obsesyjne raz bardziej, raz mniej. Ten lęk go nie opuszczał.
I ten lęk, że przeszukują jego mieszkanie, aresztują i wyprowadzają z domu, był coraz silniejszy.
Rano, 14 października, 2012, W roku zadzwonił do mnie Piotr Matywiecki, żeby powiedzieć, że Janusz Krasiński nie żyje. Ślepy po omacku wszedł na najwyższe piętro, żeby wyskoczyć i uciec przed koszmarem.
Małgorzata Baranowska
Towarzyszyło jej przekonanie, że wszystkie głosy, opowieści, obrazy współistnieją w jednym czasie i krzyżują się ze sobą.
Miała w sobie obraz Warszawy zburzonej, domu, który odsłaniał swoje wnętrze, różnokolorowe ściany, wiszącą umywalkę pod nieistniejącym już kranem, czy marmurowy kominek. Ten kominek z domu przy ulicy Kredytowej był w jej głowie i powiedziała mi, że miasto widzi bardzo często w postaci zgliszcz.
Obrazy wypożyczali jej artyści, przynosili do jej pokoju, „żebym sobie popatrzyła. Jak mówiła Małgosia, skoro nie mogę iść na wystawę, to obraz przyszedł do mnie”.
Jarosław Markiewicz
Z jego wierszy pamiętam zdanie, które było pełną autocharakterystyką. Jechać tak daleko jak można i jeszcze trochę dalej.
Miałam wrażenie, że Jarek zawsze starał się uchwycić to, co dzieje się w nas i to, co na zewnątrz stanowi projekcję naszej wyobraźni, pragnień i lęków. Dla niego umysł był reduktorem, ograniczał pracę wyobraźni, wzbudzał lęk przed samopoznaniem.
Wszystko co wiązało się z fizjologią traktował tak samo jak jedzenie. Jego rozmowy o erotyce były niemal techniczne, a przecież erotyka w jego poezji odgrywa niepośrednią rolę. Świat był przepełniony erotyką, myślenie o niej skłaniało do rozważań o śmierci, czyli stanie przejścia.
Swój nowy tomik zatytułował „Oko od bytu” ani rusz nie mogłam go przekonać, że to nie jest aż tak fajny tytuł jak mu się wydaje. Bawiła go ta wieloznaczność i jako człowiek uparty nie zmienił w nim ani słowa.
Jerzy Górzański
Ci z orientacji mieli jedną wspólną cechę. Mówili o poezji tak, żeby nie można było ich zrozumieć. Celował w tym Krzysztof Gąsiorowski. Jego zdanie wielopiętrowe nie chciało się skończyć, a pod koniec ani on sam, ani słuchacz nie wiedzieli, co było na początku tegoż zdania i o co w nim chodziło.
Na stronie zamieścił jeden z najbardziej dramatycznych obrazów. Mistrz skrótu zapisał upokorzenie, brud, brawurę głupich szczeniaków podnieconych leżącą w trawie pijaną prostytutką i śmierć bezsensowną. Ta śmierć towarzyszy mu od dzieciństwa. Było ich czterech. Bartek wziął zły rozbieg, gdy wskakiwał do tramwaju. Jurek utonął w Wiśle. Rysiek wylądował w Poprawczaku. Górzański zapisał, „nie dać się zjeść. To było zadanie, które postanowiłem sobie w dzieciństwie”.
Jerzy wiedział, że ma organizm mocno zmęczony papierosami i wódą, ale nadal kozaczył. Tramwaj mu odjeżdżał, więc pobiegł za nim, żeby wskoczyć. Padł na jezdnię. Rozległy zawał, bardzo ciężki. Po zawale przestał palić i pić, a Karasek stwierdził, że takie odstawienie i wódy i papierosów źle się skończy, bo organizm tego szoku nie wytrzyma. To biesiadowanie z Krzysiem nieodwołalnie się skończyło i przyjaźń nie okazała się trwała ani niezłomna.
Prawdziwym wstrząsem była dla niego lista Wildsteina. W styczniu 2005 Jurek, który był śledzony, rozpracowywany, który odmówił wszelkiej współpracy, który miał status pokrzywdzonego, został naznaczony jako współpracownik bezpieki. To przepełniło czarę goryczy. Był wściekły, naprawdę wpieniony. Do tych kalumni dołączył się Bohdan Urbankowski, umieszczając Górzańskiego na czerwonych salonach komunistów. Z tych salonów to można by się było tylko śmiać, gdyby nie było to tak paskudne.
Joanna Pollakówna
Kiedyś Joanna powiedziała mi, że widzi słowa i dźwięki w kolorach i w pewnym kształcie. Rozmawiałyśmy o muzyce, chyba o koncercie Mozarta i zaczęła opowiadać o wspaniałej grze kolorów, które towarzyszą tej muzyce.
Jednak żeby móc pisać o obrazach, musiała je zobaczyć. Reprodukcje, nawet najlepsze, jej nie wystarczały. Jej przygotowania do wyjazdu do Włoch przypominały logistykę wielkiej bitwy, gdzie wszystko musiało być precyzyjnie do siebie dopasowane. Każdy szczegół podróży zaplanowany, każdy hotel czy miejsce postoju sprawdzone. Musiała wiedzieć, jakie są wejścia do kościołów, ile stopni trzeba pokonać, które obrazy są dla niej najważniejsze, więc nie można ich ominąć. Każdy esej z książki Weneckie tęsknoty, wydanej rok po śmierci Joanny, poprzedzały nie tylko wielka praca badacza, ale też ogromny wysiłek fizyczny.
