Iwona Smolka, Droga do Obór:
Dziennikarka radiowa (Pr. II) od dziesięcioleci żyła w świecie pisarzy, znała wielu autorów, była z nimi zaprzyjaźniona. Teraz daje ich portrety.
Cytaty, cz. 1
Anna Kamieńska
Starała się być obiektywna, nie lubiła zajmować się kiepskimi wierszami, sądząc, że szkoda czasu, a już na pewno papieru, na pisanie o złej twórczości. Istotne było, aby wydobyć to, co wartościowe, a nie potępiać tego, co marne i złe.
Ksiądz w jej kościele na Ochocie, zadając jej pokutę, po spowiedzi zapytał: A umiesz ty, córko, czytać na książce? W chustce na głowie, okutana grubym paltem, Anna mogła się wydawać wiejską, niepiśmienną kobietą.
Ludmiła Mariańska
Sandomierz temu sprzyjał, wydawał się gościnny, na pewno piękny. Wąwóz prosił się o spacer, kwitły sady, było wiejsko i miejsko zarazem, zwyczajnie i dostojnie.
Musiał więc w tej opowieści pojawić się Przemyśl, miasto niezwykłe, renesansowe, z kamieniczkami, z podcieniami, z fontanną, z herbowym niedźwiedziem, z późnorenesansowym zamkiem, w którym mieści się teatr Fredreum, gdzie mieliśmy spotkania i sesje.
W niedzielę śpiew chóru z cerkwi mieszał się ze śpiewami z kościoła, dzwony tylko trochę tłumiły muzykowanie dobiegające zza murów szkoły.
Stowarzyszenie było biedne jak mysz kościelna, bez dotacji, bez żadnego wsparcia, a tu trzeba było reprezentować kulturę polską. Jeszcze pół biedy, jeśli spotkania odbywały się w Polsce. Surrealistycznie jednak brzmiały zaproszenia z innych krajów.
Do Zarzecza nie było daleko. Stare zamczysko z wieżą straczało w zarośniętym parku, gdzie ledwo można było dojrzeć ślady alei. To monstrum w środku było absolutnie puste. Żadnych ścian, wielka przestrzeń. Na górę do wieży nawet nie próbowałyśmy się wdrapać.
Potem było normalnie. Mieszane polsko-ukraińskie małżeństwo, zadawnione historie, studnie zapełnione trupami, tak mimochodem wrzucone w dialog między narodami, w marzenie o Europie. Historia wyszczerzyła do nas zęby, zaświeciła czaszkami i bimber smakował coraz lepiej.
W niewielkiej grupce staliśmy wokół naszej kochanej pani prezes i wtedy okazało się, że zgubiła wiersz, który napisała specjalnie na tę okazję, a miał ten utwór uświetnić czekającą nas po południu uroczystość. Ludmiła nieustannie gubiła swoje wiersze spisywane na karteluszkach, na byle czym, co było pod ręką. Zawieruszony czasem się odnajdywał, czasem nie.
Ludmiła lubiła te zbiorowe wyprawy, nigdy nie narzekała na niewygody i trudy, a przecież niektóre podróże były doprawdy bardzo męczące. Ona po prostu uciekała z domu, choć na dwa, trzy dni uwalniała się od męża, chorego na Alzheimera, od ciągłej opieki, wytężonej uwagi, od nieprzespanych nocy. Nigdy się nie skarżyła.
Pisała dużo i bardzo dużo wyrzucała.
Była w tej starej, chorej na serce kobiecie, nieposkromiona młodość, która pozwoliła jej tańczyć do trzeciej nad ranem na weselu wnuczki Ewy, wyruszać do Afryki, zwiedzać piramidy, oglądać uliczki Tunezji.
Julia Hartwig
Julia pyta o moje zdanie, słucha uważnie, sama dorzuci później kilka uwag. Zwraca się do rozmówcy, jej uwaga nie jest zdawkowa, jej sąd wyważony trochę przekracza ramy luźnej towarzyskiej rozmowy. Bywa to krępujące.
Różne poczynania ludzi z władzy PiSu w koalicji z Lepperem były dla niej traumatycznym przeżyciem. Antyeuropejskość Jarosława Kaczyńskiego była czymś, co ją autentycznie przerażało.
To rodzaj postulatu odnoszący się do sztuki. Trzeba zawsze zaczynać od nowa, żeby nie skostnieć.
Była przekonana, że sztuka jest jedną z najstarszych potrzeb ludzkości i że ta potrzeba nigdy nie minie. Sztuka promieniuje, powiedziała, jest odwieczna i wpływa na ludzi nawet wtedy, gdy nie mają z nią do czynienia.
I kiedy się wydaje, że już nic nie przerwie tego skrępowanego bycia przy stole, Julia mówi: – Arturze, może byś zamówił pół litra, na to chyba nie będzie trzeba czekać. Pierwsze szybkie dwa kieliszki i Miłosz rozluźniony i nagle wszyscy mają coś do powiedzenia, a Julia dyskretnie daje znak kelnerowi, żeby przyniósł lepiej schłodzoną. Naprawdę znała się na złych humorach poetów.
W czasie sesji, którą mam prowadzić razem z Krzysiem Karaskiem, będę tegoż podtrzymywała, żeby nie spadł z krzesełka ustawionego, na szczęście obok mojego, na scenie. I tak, co Krzyś, któremu alkohol dymił uszami, robił kolejny wychył, lecąc na mnie lub, co gorsza, w przeciwną stronę. Wtedy musiałem go ciągnąć za marynarkę, żeby nie spadł. Widziałem, jak Julia i kilka innych osób z widowni wstrzymują oddech w oczekiwaniu na katastrofę.
