Bolesław Prus, Wczoraj, dziś, jutro
Po kawałeczku.
Cytaty:
Pomiędzy trzemaset tysiącami warszawian rozmaitych znajduje się od kilkudziesięciu do stu tysięcy warszawian przeciętnych, to jest nadzwyczajnie podobnych do siebie i niewiele różniących się od reszty. Warszawianin przeciętny nie jest ani zbyt wysoki, ani zbyt niski, niechudy i nietłusty. Obok śladu łysiny posiada trochę włosów, a niezależnie od nich: dość obfitą garderobę, parę córek wiecznie przygotowanych do wyjścia za mąż i synka, który w czterech niższych klasach wisi na włosku, a w piątej urywa się i zostaje użytecznym obywatelem kraju.
Boże mój, Boże!… jakie to dziwne miasto ta Warszawa i jej obywatele. Każdy mieszka na innej ulicy, w innym cyrkule, pod innym numerem – a pomimo to wszyscy podobni są do siebie jak krople rosy na ściernisku. Żaden z nich nie słyszał o Newtonie, każdy uwielbiał Blondina6 i każdy dziwi się, że tak wielki poeta jak pan Gomulicki mógł się urodzić w miejscowości tak jałowej jak Mława albo Pułtusk7. Spiritus flat, ubi vult. Duch nawet z piasku może coś wydmuchać. W piekielnie jednostajnym życiu przeciętnego warszawianina (zwanego niekiedy filistrem) wszelkie święta stanowią pewien rodzaj przełomu. Podczas Zielonych Świątek chodzi on z rodziną na Saską Kępę lub Bielany; na Boże Narodzenie je obiad wieczorem; a na Wielkanoc trudno nawet wyliczyć niespodzianek, jakich doświadcza. Naprzód w Wielki Czwartek (jeżeli ma czas) pomaga paniom łuskać migdały. Później (jeżeli mu czas pozwoli) tłucze cukier lub ubija żółtka, zdjąwszy poprzednio kamizelkę.
… najznakomitszą humorystyką jest samo życie i że dla skromnego oficjalisty z „Kuriera” celem marzeń powinno być tylko: dokładne kopiowanie życia.
ogrzewającą, więc dano mu spokój. W Zawierciu prócz stacji jest na boku dom zajezdny, do którego nie radziłbym zajeżdżać, choć ma na szyldzie bardzo żwawego krakowiaka, zawieszonego pomiędzy wieprzowiną i trunkami o niebywałych kolorach. Spotkałem się też ze znakiem szewca, piekarza, który ładniej maluje, aniżeli piecze – i – handlarza „rużnych towaruw”. Pokazuje się, że nie tylko w Warszawie umieją ludzie uprawiać klasyczną szyldową ortografię. Domy mieszkalne są drewniane – pod gontem; parę z nich buduje się dopiero. Ludność nosi się z waszecia: mężczyźni w surdutach krótszych lub dłuższych, lecz w każdym razie dość długo używanych – kobiety w małomiasteczkowych sukienkach ze stanikiem. Dzisiejsza moda, którą „Kurier Świąteczny” scharakteryzował w trójwierszu: U góry opięte, U dołu
W Zawierciu prócz stacji jest na boku dom zajezdny, do którego nie radziłbym zajeżdżać, choć ma na szyldzie bardzo żwawego krakowiaka, zawieszonego pomiędzy wieprzowiną i trunkami o niebywałych kolorach. Spotkałem się też ze znakiem szewca, piekarza, który ładniej maluje, aniżeli piecze – i – handlarza „rużnych towaruw”. Pokazuje się, że nie tylko w Warszawie umieją ludzie uprawiać klasyczną szyldową ortografię. Domy mieszkalne są drewniane – pod gontem; parę z nich buduje się dopiero. Ludność nosi się z waszecia: mężczyźni w surdutach krótszych lub dłuższych, lecz w każdym razie dość długo używanych – kobiety w małomiasteczkowych sukienkach ze stanikiem.
Jeżeli codzienne potrzeby podobne są do sprężyny zegara, która, nakręcona raz na dobę, rozwija się stopniowo i nadaje powolny bieg kółkom prac powszednich, to – uczucia polityczne są jak ładunek prochu. Lada iskra zapala go i powoduje wybuch.
Ten sam człowiek, który w dyskusji religijnej jest pobłażliwym sceptykiem, w nauce ostrożnym obserwatorem, w sztuce chłodnym krytykiem, ten sam, zadraśnięty w sferze politycznego uczucia, traci zimną krew, pobłażliwość i ostrożność, staje się rozjuszonym lwem i spod rękawiczek wysuwa żelazne szpony.
Ale inaczej zachowa się ten sam czytelnik wobec dyskusji o sprawie politycznospołecznej. On nie będzie się śmiał. On od razu pokocha tych, którzy dogodzą jego osobistym upodobaniom, a znienawidzi tych, którzy mu nie trafią do smaku. Następnie wpadnie w jednostronność i stanie się zajadłym zwolennikiem jakiejś partii, dla której poświęci bodajby powszechne dobro. Potem – widząc błędy swoich współwyznawców, przerzuci się do innego obozu, a nareszcie, poznawszy, że i tu, i tam znajdują się sprzeczności, że jeden nazywa zdradą to, co inny zaleca jako obowiązek – zniechęci się. Nauczy się nie wierzyć żadnej partii i żadnemu poglądowi, zobojętnieje dla spraw publicznych, a może w końcu i powie sobie, że najlepsza jest ta partia, która – najwięcej płaci za głosy.
… nad tą kwestią nie będziemy się rozszerzali.
Jeżeli autorem jest ktoś „z naszych znanych” albo „z naszych sympatycznych”, wówczas jak owce biegniemy na widowisko, choćby nam zapowiedziano same plewy i obierzyny. Jeżeli zaś autorem programu jest „nowy człowiek”, wówczas na jego pomysłach i na nim samym nie zostawiamy uczciwej nitki. Tymczasem w takiej sprawie, jak „treść programu” ani nazwisko, ani kolor włosów, ani odzież autora nie znaczą nic.
Każdy człowiek ma mnóstwo przykrości, które rad by usunąć, i przyjemności, które chciałby osiągnąć, ale jednocześnie posiada ograniczoną liczbę sił. Znam takich, którzy chcieliby spłacić kilkanaście pozycji długów – wynająć ładne mieszkanie i – sprawić sobie buty. Mają zaś na to wszystko sześć rubli. Otóż – cały program tych ludzi jest „dobry”, ale praktyczną w nim wartość ma tylko paragraf dotyczący kupna butów. Resztę żądań trzeba schować na później.
Zasada: ,,Mierz siłę na zamiary, Nie zamiar według sił” – z praktycznego punktu widzenia rzeczy nie jest nic warta.
Dopiero gdy w okolicy miasta zerwie się huragan, gdy nadmiernie wezbrane rzeki grożą zalewem, gdy dało się czuć choćby lekkie wstrząśnienie ziemi, wówczas – ci sami podróżnicy i mieszkańcy poczynają wypytywać się: o… sklepienia i mury domów. Wtedy każdy inżynier i architekt jest napastowany przez tysiące zaniepokojonych interesantów o kwestie w zwykłych dniach obojętne. Wtedy podróżnik nie kupuje książek, które piszą o teatrach, gzymsach i obrazach, ale szuka takich dzieł, w których jest mowa o trwałości fundamentów. Takim podróżnikiem, co lubi badać rzeczy tylko ładne i tylko z wierzchu, jest opinia publiczna, a miastem – cały obszar społecznych kwestii.
Dawnymi czasy panował w tym kraju, jak zresztą i w wielu innych, zwyczaj oparty na prawie niewzruszonym. jak skała. Oto kilkudziesięciu ludzi miało obowiązek pracować na jednego i dla jednego. Ten jeden – posiadał ziemię, bydło, pieniądze, rolnicze narzędzia i – zwał się: dziedzicem.
Ponieważ głównym fundamentem majątku dziedzica była rola, więc nie uczono chłopów ani rzemiosł, ani handlu, ażeby nie porzucili ziemi i nie wynieśli się do miast. Nie uczono ich niczego oprócz bojaźni bożej, bo nauka – mówiono – przewraca w głowach. I tak przez wieki rósł ten lud dziko jak leśne zwierzę. On też pozostał najwierniejszym tradycji i wciąż nosił takie sukmany, mieszkał w takich chatach, jadał w takich misach jak za tatarskich najazdów.
My także coś wiemy o ludziach i jego prawach. Ten lud, któremu chcecie dać prawo wyrzucania go za łeb z szynku, ma jeszcze inne prawa. Prawo do oświaty. Prawo do bezpieczeństwa. Prawo do taniego kredytu. Prawo do nauczenia się rolnictwa i rzemiosł. Prawo do szybkiego i taniego wymiaru sprawiedliwości, jeżeli mu kto zrobi krzywdę. Prawo do odpoczynku i zabawy.
… może chcecie wiedzieć, dlaczego lud tak gromadnie włóczy się po szynkach? Oto dlatego, że w szynku mieszczą się następujące instytucje ludowe: l. Handel wódką. 2. Garkuchnia. 3. Zajazd. 4. Dom noclegowy. 5. Sala koncertowa. 6. Sala taneczna. 7. Klub do pogawędki i wymiany myśli.
