Mirosława Łomnicka, Reportaże o prywatnych księgozbiorach:
Tytuł mówi wszystko. Tego rodzaju przywiązanie do książki jako przedmiotu bardziej niż do wehikułu treści jest mi najgłębiej obce. Więc po latach prób i błądzenia w moim pokoju życia i pracy nie trzymam ani jednej książki. Te do bieżących zadań Dorota pożycza i zaraz oddaje, a te, które mnie interesują, studiuję z czytnika. Ot, choćby dziś w trakcie godzinnego oczekiwania u dentysty. Problemem nie jest przeczytać. Ważniejsze – wynotować, co najważniejsze i raz po raz wracać do tego. Czyli czytać książkę po raz drugi, trzeci, kolejny. Oto problem!
Cytaty z różnych bohaterów zbioru:
Jak wynika z najnowszych badań Biblioteki Narodowej, Polacy mają w swoich domach stosunkowo niewielkie księgozbiory. Nieposiadanie w domu żadnych książek lub dysponowanie tylko podręcznikami szkolnymi zadeklarowało 37 proc. respondentów. Tak mówią statystyki. Z naszych obserwacji wynika, że nie jest wstydem brak książek w domu. Magazyny wnętrzarskie pokazują piękne wnętrza bez bibliotek.
…. każdego dnia w Polsce ukazuje się co najmniej sto tytułów! I ciągle gdzieś trafiają – do bibliotek, do domów, a niektóre, nie ma co ukrywać, na makulaturę.
… każda biblioteka była arcyciekawa. Inna, charakterystyczna jak linie papilarne właściciela, przez to wyjątkowa i jedyna na świecie.
Jeden jest nieskomplikowanym zbieraczem, inny – wyrafinowanym kolekcjonerem, jeszcze inny – pasjonatem określonej tematyki, inny zbiera książki jako lokatę kapitału, a najoczywistszą motywacją do tworzenia bibliotek jest po prostu zamiłowanie do czytania.
Wielu z nich nie dostrzega w czytaniu książek wartości. Pokazuję je zatem w prezentowanych opowieściach. Zawierają drobinę świata, który po cichutku odchodzi.
Miał wspaniałą bibliotekę składającą się z kilku tysięcy woluminów, którą co miesiąc uzupełniał księgarz. Właściciel pielęgnował ją, jak dziś ogrodnicy pielęgnują ogród.
… prof. Janusz Tazbir dzielił książki na trzy rodzaje: do czytania (często do jednorazowego użytku), do użytkowania – te, których się stale używa, bo ciągle są potrzebne, i trzeci rodzaj to książki do niczego, czyli te, których trzeba się szybko pozbywać.
Porządkowanie książek to najważniejsza rzecz dla każdego księgarza. Dziś są takie księgarnie, gdzie można znaleźć „Kwiaty polskie” w dziale ogrodnictwo. Rzecz kiedyś nie do pomyślenia.
W Polsce książki i polityka to dwa odrębne światy i dlatego moim marzeniem jest ich połączenie. Jeszcze za kadencji prezydenta Komorowskiego próbowałem namawiać jego doradców na utworzenie biblioteki, ale niestety zabrakło zainteresowanych. To wielka szkoda.
Ciekawą książką jest workbook „Do It Yourself Bestseller”, w którym King umieścił początek i zakończenie historii zatytułowanej „Skybar”, a czytelnicy mieli za zadanie wypełnić jej środek. Najlepszy tekst, wybrany przez Kinga, został później opublikowany w całości.
… sprawdzałem literaturę piękną, posługując się metodą prób i błędów. Przykładowo: z klasyków nie zdołałem przebrnąć przez Williama Faulknera i Tomasza Manna. Nie miałem klucza w doborze lektur, a miałem potrzebę, aby próbować wszystkiego, dopiero z czasem wyrobiłem swoją literacką ścieżkę.
Żeby się rozwijać, trzeba co jakiś czas „zabijać” starego siebie, co jest bardzo oczyszczającym doświadczeniem. Miałem tak, że nawet jeśli coś było moją miłością, byłem gotów walnąć w to młotkiem i zobaczyć, co z tego wyniknie.
– Rób to, co kochasz, a nie przepracujesz ani jednego dnia w życiu – takie motto
– Bez poezji nie mógłbym żyć – wyznaje profesor – a bez telewizora żyję już 25 lat.
… i z gniewem pokazuje, gdzie usadowiła książki Kapuścińskiego, gdy odkryła, po lekturze Artura Domosławskiego „Kapuściński non-fiction”, że jej mistrz nadużywał zaufania czytelników. Agata ukarała go, ustawiając jego wszystkie dzieła w drugim rzędzie, niewidocznym dla oczu, ukrytym za pierwszym rzędem książek, w którym znajduje się tytuł Domosławskiego. – Tak czytelnik może ukarać swojego ukochanego autora, gdy ten go zawiedzie. Byłam na niego wściekła i zła – opowiada Agata.
Niestety, rozstałam się z papą Hemingwayem po lekturze książki Nicholasa Reynoldsa „Towarzysz Hemingway. Pisarz, żeglarz, żołnierz, szpieg”. To szokująca wiwisekcja ikony, autor demitologizuje jego niezachwiany wizerunek i pokazuje długo skrywany sekret współpracy z Sowietami jako agenta NKWD. Dla mnie to był cios. I choć artystycznie się broni, straciłam do niego szacunek jako do człowieka.
W antykwariacie każda książka jest unikatowa, ale handlowi potrzebna jest reklama. Dlatego od początku stymulował zainteresowanie książkami, organizując różnego rodzaju akcje, na przykład Giełdę Książki Przeczytanej, Cmentarzysko Zapomnianych Książek, Olimpiadę Książkową i wiele innych promujących książki i czytelnictwo.
Waldemar Szatanek obserwuje zmiany w konsumpcji kultury. Te zmiany są widoczne nawet w przemyśle meblarskim, który prawie w ogóle nie produkuje mebli bibliotecznych i regałów na książki. Sam ma standardowe regały z Ikei, ale jak twierdzi, nie są one przystosowane do trzymania ciężkich książek, wykonane z płyty pilśniowej, szybko odkształcają się pod wpływem ciężaru.
Ciekawym przykładem, jak współczesna literatura dostosowuje się do wymagań rynku, jest pisarstwo Jamesa Pattersona, autora niezliczonej ilości książek, jednego z najbardziej popularnych pisarzy amerykańskich, który jest jednocześnie jednym z najlepiej zarabiających pisarzy na świecie. W książce dwustustronicowej dzieli treść na 80 rozdziałów, a przeciętny rozdział ma dwie, trzy strony, tyle, ile potrzeba na przejechanie jednej stacji metra w Nowym Jorku. James Patterson w swoich książkach zastosował mechanizm skrótowych wiadomości, który funkcjonuje w internecie. W tym kierunku zmierzamy – kwituje.
– Likwidowałem księgozbiory po wielu znanych i wybitnych postaciach, po artystach, naukowcach, i zawsze podczas mojej pracy ogarniały mnie wielki smutek i refleksja, że czyjaś praca całego życia, starania, wielka pasja i zapewne ogromne pieniądze w jednej chwili tracą znaczenie. Mało tego, ten wielki i wartościowy księgozbiór, budowany przez całe życie, staje się dla członków rodziny ciężarem. I muszę go uśmiercić toporem antykwariusza: niewielki fragment wybieram na sprzedaż, a reszta wędruje na makulaturę.
Waldemar Szatanek opowiada o chorobie zawodowej, na którą zapadł jeden polski antykwariusz. Choroba polega na tym, że wszystkie książki, które trafiały w jego ręce, były mu potrzebne i nie był w stanie niczego sprzedać. Gromadził książki, wynajmował kolejne magazyny, za które nie płacił, bo nie sprzedawał książek, z żadną nie był w stanie się rozstać. Popadł w spiralę długów i choć w latach dziewięćdziesiątych był na mapie warszawskich antykwariuszy naprawdę kimś, skończył marnie i musiał emigrować do Anglii jako budowniczy metra.
… mam książeczkę „Lolek grenadier – czarodziejska historia dla chłopców” Antoniego Gawińskiego z 1912 roku, która rozpalała wyobraźnię kilku pokoleń – mówi Małgorzata Karolina Piekarska. – Doczekała się sześciu wydań przed II wojną światową. Co ciekawe, tytułowy bohater był wzorem do naśladowania dla młodego Wojciecha Jaruzelskiego i ojca komiksowego Tytusa – Papcia Chmiela.
… Antoniego Skrzyneckiego, który był koszmarnym antysemitą. I to nie jakimś tam drobnym… Tytuły jego książek przerażają: „Odżydzona ojczyzna”, „Czem są Żydzi i dokąd zmierzają”, „Wrogowie wiary i ojczyzny”, „Jak się odżydzać. Poradnik dla wszystkich Polaków” czy „Czerwona jarmułka”. W każdej z nich Żydzi przedstawiani są jako najgorsze zło, które toczy nasz kraj niczym rak.
… powieść science fiction „Warszawa 2000”, w której Skrzynecki w 1900 roku przewiduje przyszłość Warszawy roku 2000. To miasto całkowicie opanowane i rządzone przez Żydów, w którym potomkowie dawnych arystokratycznych polskich rodów pracują w żydowskich kantorach. Ta sytuacja to między innymi skutek wcześniejszych małżeństw mieszanych i lekkomyślności polskiego XIX-wiecznego społeczeństwa.
… w XIX wieku, pod zaborami, poezja zastępowała państwowość polską, była głosem narodu i stąd jej wielka popularność. Taka sytuacja więcej się nie powtórzyła. Nawet debiutancki tomik poezji Czesława Miłosza miał nakład około trzystu egzemplarzy.
– Pamiętam, jak ojciec uczył nas przewracać kartki – wspomina najmłodsza córka Bartłomieja, Bożena Boba-Dyga. – Najpierw trzeba delikatnie uderzyć palcem w górny zewnętrzny róg książki, a kiedy kartka odbije, dopiero wtedy delikatnie, opuszkiem palca unieść ją do góry i przerzucić na kolejną stronę.
– Książka musi żyć – mówi – a żyje, przechodząc z rąk do rąk. Pożyczam książki nagminnie, nawet czasami namawiam znajomych, aby coś ode mnie wzięli i nie martwię się, czy je dostanę z powrotem. Moja znajoma ma taką restrykcyjną metodę dla pożyczających i nieoddających: robi zdjęcie osoby wypożyczającej książkę. Jak na policji – śmieje się Joanna. – Metoda jest skuteczna – można ją polecać, ale sama jestem zbyt chaotyczna. Jak pożyczam, to tak, jakbym oddała na zawsze.
Biblioteka Marka Gaszyńskiego jest jak jazz – improwizowana. Jej właściciel tworzył ją spontanicznie, ale nie bez zamysłu, który objawił się mu już w dziesiątej klasie szkoły podstawowej. Od tego czasu pasjonowały go dwa tematy: jazz i brydż. Słuchając jazzu, ma się wrażenie, że muzyk jazzowy improwizuje „z niczego”. Tymczasem na jazzową improwizację składają się lata poznawania języka jazzu, jego składowych elementów.
Pamiętam moment, gdy Czesław Niemen zadzwonił do mnie z Paryża i poprosił, abym napisał dla niego piosenkę o Warszawie. On sam nie mieszkał wtedy w Warszawie, tylko na Wybrzeżu i bardzo chciał się przeprowadzić, aby stać się pełnoprawnym warszawiakiem. Niemen nie znał jeszcze wtedy stolicy, bo gdy przyjeżdżał tu na koncerty, mieszkał w hotelach, a gdy z nich wychodził, to był atakowany za kolorowy strój. „Sen o Warszawie” powstawał na odległość: Niemen w Paryżu, Gaszyński w Warszawie. Utwór miał premierę w 1966 roku, a ponownie stał się przebojem niemal czterdzieści lat później, gdy po śmierci Czesława Niemena stał się hymnem… kibiców Legii Warszawa.
Hybrydy inspirowały, motywowały. Nazwiska: Wojciech Młynarski, Jonasz Kofta, Jan Pietrzak, Jan Adam Kreczmar, Jacek Janczarski mówią same za siebie, tam polityka nie istniała. Wśród tęgich głów nie brakowało pięknych kobiet, pamiętam aktorki Maję Wachowiak, Teresę Tuszyńską, Barbarę Kwiatkowską, i różnych sportowców. To był tygiel, w którym królował jazz, jedyne miejsce, gdzie był wówczas grany na żywo. I tańczono.
– Starzeję się razem z muzyką, zaczynałem od słodkiej muzyki amerykańskiej, przed erą Elvisa Presleya – Doris Day, wczesny Frank Sinatra, potem rock and roll amerykański, brytyjski, czyli The Beatles i Rolling Stonesi, następnie czarny soul. Z polskich wykonawców szanuję Niemena, Grechutę, Soykę, Krajewskiego. Dużo słucham Duke’a Ellingtona, jego „Take the »A« train” to był sygnał jazzowej audycji legendarnego Willisa Conovera w Głosie Ameryki, słucham Counta Basiego, bo jego muzyka i orkiestra były symbolem najdoskonalszego swingu. Jazz i Ameryka – te słowa, podobnie jak coca cola czy boogie woogie, znaczyły prawie tyle co wolność.
To były czasy, kiedy każdy wiedział o każdej ulicy wszystko – kto gdzie mieszka, kto jest właścicielem danej kamienicy, gdzie co można kupić. Spierano się potem, po wojnie, o lokalizację każdego sklepu, kina, wyliczano po kolei wszystkie lokale przy Marszałkowskiej, od placu Unii do Ogrodu Saskiego. To samo dotyczyło Nowego Światu, Krakowskiego Przedmieścia i – to były najbardziej fenomenalne opowieści – Nalewek, Gęsiej, Zamenhofa, Pawiej.
Wszyscy w swoich refleksjach po seansie zwracali głównie uwagę na ukazaną w filmach przedwojenną Warszawę. W tamtej epoce mieszkańcy mieli do Warszawy stosunek „właścicielski”, wszyscy znali ją doskonale, od podszewki, i bez wyjątku o nią dbali. Nawet najniżsi stanem utożsamiali się z miastem, na przykład dorożkarze – to byli chłopi, którzy zjeżdżali do Warszawy na zarobek, ale różnili się od dzisiejszych przyjeżdżających w poszukiwaniu pracy swoim umiłowaniem miasta. Znali Warszawę jak własną kieszeń. A dzisiejsi współcześni warszawiacy znają z reguły tylko własną ulicę, osiedle. Wiele
Wszyscy w swoich refleksjach po seansie zwracali głównie uwagę na ukazaną w filmach przedwojenną Warszawę. W tamtej epoce mieszkańcy mieli do Warszawy stosunek „właścicielski”, wszyscy znali ją doskonale, od podszewki, i bez wyjątku o nią dbali. Nawet najniżsi stanem utożsamiali się z miastem, na przykład dorożkarze – to byli chłopi, którzy zjeżdżali do Warszawy na zarobek, ale różnili się od dzisiejszych przyjeżdżających w poszukiwaniu pracy swoim umiłowaniem miasta. Znali Warszawę jak własną kieszeń. A dzisiejsi współcześni warszawiacy znają z reguły tylko własną ulicę, osiedle. Wiele tracą.
w kształtowaniu ludzi nieoceniona jest rola architektury. Dlatego, jego zdaniem, współcześni warszawianie tak bardzo różnią się od tych przedwojennych. Żyją w zupełnie innych budynkach.
Frazeologia fascynowała mnie od zawsze, bo związki frazeologiczne to forma pośrednia między słowem a tekstem. Często zachowują się jak gotowe formułki, kiedy indziej – niczym metafory w poezji – skupiają w sobie pewne szersze znaczenia. Mówi się, że jest ich w naszym języku ponad 5 mln. Język polski jest nastawiony na słowotwórstwo i jego potomstwo frazeologiczne. Ma tylko pół miliona wyrazów, a to w porównaniu na przykład z językiem angielskim niewiele, za to ma niesłychanie dogodne, jedne z najlepszych na świecie mechanizmy tworzenia słów i ich kompozycji, łatwe nawet dla małych dzieci.
W swojej pracy pedagogicznej Maria Janion odwoływała się do wywodzącej się z dzieł Goethego i Humboldta idei Bildung. Idea ta kładzie nacisk na kształcenie i samokształcenie jednostki, na jej odrębność i na samodzielność w obcowaniu z kulturą.
– Historie związane z biografią Binjamina Wilkomirskiego, którą zdobywałem w wielkim trudzie, sprawiają, że jest ona dla mnie ważna. Na jej temat ukazał się esej Agnieszki Graff i Tomasza Basiuka „Fałszerstwo Wilkomirskiego – trauma jako konwencja kulturowa i narracyjna” o muzyku adoptowanym przez rodzinę zastępczą, któremu terapeuta zasugerował spisywanie wspomnień wojennych. Wspomnienia te okazały się na tyle ciekawe, że wydano je w formie książki, która miała tytuł „Okruchy pamięci”. Książka stała się bestsellerem, trafiła do księgozbioru Muzeum Holocaustu w Waszyngtonie, a autor był zapraszany na wykłady w całych Stanach Zjednoczonych. W pewnym momencie zaczęto odkrywać nieścisłości, pomyłki i finalnie całość wspomnień Wiłkomirskiego okazała się wielkim fałszerstwem. Wybuchł skandal. Wilkomirski zaś cały czas wierzy w prawdziwość swoich przeżyć.
W zeszłym roku postawił sobie za cel przeczytanie wszystkich książek nominowanych do najbardziej prestiżowych nagród literackich w Europie: Booker Prize, dwudziestkę nominowaną do nagrody Akademii Goncourtów oraz do polskiej Nike, zaprenumerował również „The New Yorker”. Na drodze do realizacji tych planów stanęły pieniądze – a właściwie ich brak.
Z rozbawieniem wspomina czasy, gdy w antykwariatach można było dostać… katalog Ikei. I był to prawdziwy rarytas! – Kiedy pierwszy raz się zakochałem, zapisałem się na karate, bo chciałem być jak Bruce Lee – zrobiłem to dla ówczesnej mojej sympatii.
Z rozbawieniem wspomina czasy, gdy w antykwariatach można było dostać… katalog Ikei. I był to prawdziwy rarytas! – Kiedy pierwszy raz się zakochałem, zapisałem się na karate, bo chciałem być jak Bruce Lee – zrobiłem to dla ówczesnej mojej sympatii.
Wojciech Karwowski jest wyjątkowo zajętym człowiekiem, ale dzięki temu wykorzystuje każdą minutę swojego życia. Cały czas kupuje książki, ale tylko w antykwariatach. Czyta non stop. Książki ma wszędzie: w pracy, w każdym pokoju, w aucie sięga po audiobooki, czyta w pociągu, samolocie.
Kochlewski zauważa, że dokumenty cenione na Zachodzie nie cieszą się taką atencją w Polsce. Nie są świętością narodową i nie wiadomo, ile ich finalnie się zachowało.
W USA znanych jest 25 egzemplarzy pierwodruku Deklaracji Niepodległości, jeden z nich został sprzedany na aukcji w roku 2000 za kwotę 8 140 000 dolarów. Informacje o lokalizacji wszystkich znanych egzemplarzy można znaleźć w internecie. Pokazuje to różnicę stosunku Amerykanów i Polaków do własnej historii. A moim zdaniem oficjalny dokument Konstytucji 3 Maja, jej pierwodruk, powinien mieć taką wartość dla nas jak pierwodruk Deklaracji Niepodległości dla nich.
Do głównego pokoju-biblioteki nie można wejść ze szklanką herbaty. Gospodarz ma swoje zasady i pełen respekt wobec zawartych w niej zbiorów.
– Epokowe dzieło „Polska i jej dzieje i kultura” mam dziś w dwóch wersjach: niebieskiej i czerwonej, a jeszcze w czasach studenckich musiałem zmienić drogę, aby tylko nie przechodzić obok antykwariatu, w którym były wystawione. Nie było mnie na nie stać i bardzo to przeżywałem, bo to najlepsze międzywojenne kompendium historii i kultury polskiej, opracowane przez wybitnych historyków.
Jej pierwszą autentyczną fascynacją była „Lokomotywa” Juliana Tuwima. – Fascynowała mnie przez lata. O czym to jest? O pociągu! Brak głównego bohatera, nie wiadomo, skąd i dokąd pociąg jedzie, a jednak obraz pociągu przewija się przed oczami jak w sensacyjnym serialu. Nie mogłam się od tej książeczki oderwać, mam ją do dziś. „Ptasie radio” da się rozłożyć na elementy i jest logiczne, a „Lokomotywa”? Jak ją opowiedzieć? Jak streścić? Czytając nieustannie „Lokomotywę”, zrozumiałam, że pewne rzeczy mogą być podane w sposób nieoczywisty i na tym polega ich wielkość.
Zasoby książkowe uzupełniała w lokalnej księgarni, ale przyszedł czas, że w księgarni nie miała już czego kupić. – Pierwszy raz w życiu poczułam szklany sufit nad sobą, kiedy księgarnia obornicka zamieniła się w sklep z dewocjonaliami!
Nie pamiętam szczegółów. Ale w drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych, czyli w czasach licealnych, dostęp do kultury musieliśmy sobie organizować sami. Jedyne kino w mieście zamieniono na dyskotekę, biblioteki nie uzupełniały swoich zbiorów, internet był w kompletnych powijakach, a do najbliższego teatru jechało się PKS-em ponad godzinę.
Nas nie interesował Herbert niezłomny, ale ten pełen cierpienia, rozpaczy, po ludzku słaby. Szukaliśmy alternatyw dla kanonu, fascynował nas Gombrowicz i o nim chcieliśmy mówić, a nie o Adamie Mickiewiczu.
… nawet do sklepu nie ruszam się z domu bez kilku książek w torbie.
Kiedyś nawet musiała z synem jeść na raty, bo we dwoje, ze względu na liczbę książek, nie mieścili się przy kuchennym stole.
– Wniosek z naszej rozmowy jest bardzo prosty: trzeba bardzo uważać, co się czyta, bo to może zmienić całe życie.
… „Wiek Żydów” Slezkine’a, w której autor stawia tezę, że merkuriański charakter dziewiętnastowiecznych Żydów, czyli nieposiadanie ziemi, zajmowanie się pośrednictwem i studiami, stał się obowiązujący dla wszystkich innych w wieku XX.
Pismo, książki i biblioteki były nośnikami wiedzy, stworzyły cywilizację, a tymczasem nowe technologie wyprowadzają nas z pisma. Stopniowo, niezauważalnie, ale to się dzieje.
Sam Bóg wybrał taką formę objawienia: książkę. To wyjątkowe. Chciał, by ludzie czytali jego słowa i w ten sposób go poznawali.
