Viktor E. Frankl, Życie z sensem. Autobiografia
Wspomnienia jednego z najwybitniejszych psychiatrów naszych czasów, więźnia Auschwitz.
Cytaty:
Mało brakowało, a przyszedłbym na świat w słynnej Café Siller w Wiedniu. Moja matka tam poczuła pierwsze bóle porodowe pięknego wiosennego popołudnia w niedzielę, 26 marca 1905 roku. W moje urodziny przypada zatem rocznica śmierci Beethovena, co jeden z moich szkolnych kolegów skwitował kiedyś złośliwym stwierdzeniem, że nieszczęścia chodzą parami.
… miałem najcudowniejsze uczucie, jakiego można doświadczyć: zrobiłem, co do mnie należało.
Musiałem mieć też około czterech lat, gdy pewnego wieczoru przed snem ogarnęło mnie nagłe przerażenie, że kiedyś będę musiał umrzeć. Nigdy jednak na żadnym etapie mojego życia nie odczuwałem samego lęku przed śmiercią; dręczyło mnie raczej pytanie, czy przemijalność życia nie odbiera mu sensu. Odpowiedź zaś na to pytanie, odpowiedź, którą sam w końcu wypracowałem, była następująca: pod pewnymi względami dopiero śmierć nadaje życiu sens. Przede wszystkim jednak przemijalność egzystencji nie narusza jej sensu z tego prostego powodu, że w przeszłości nic nieodwołalnie nie ginie, lecz raczej wszystko jest w niej nieutracalnie ukryte.
Gdy ktoś pyta mnie, czemu przypisuję swoje sukcesy, zazwyczaj odpowiadam: „Udaje mi się, gdyż przyjąłem jedną zasadę: najmniejszą rzecz robię tak samo starannie i gruntownie jak największą, a największą wykonuję z tym samym spokojem jak najmniejszą”.
I jeszcze coś: robię wszystko nie najpóźniej, ale najwcześniej, jak się da. Dzięki temu nawet jeśli mam jeszcze wiele do zrobienia, to nie obciąża mnie myśl, że czegoś nie zrobiłem. Trzecia zaś zasada brzmi: nie tylko robić wszystko najwcześniej, jak się da, lecz także najpierw robić to, co nieprzyjemne, a dopiero później to, co przyjemne.
Najlepszy dowcip, jaki znam, mówi o mężczyźnie, który przyjeżdża do pewnego polskiego miasteczka, gdzie mieszkają prawie sami Żydzi, i szuka domu publicznego. Nie znając adresu, zwraca się do starego Żyda w chałacie z chytrym pytaniem: – Gdzie mieszka wasz rabin? – Tam, w tym zielonym domu. – Co takiego? – mówi niby ze złością mężczyzna szukający przybytku uciech. – Wasz rabin mieszka w burdelu? – Ależ skąd! – odpowiada zagadnięty. – Skąd to panu przyszło do głowy! Burdel to tamten dom pomalowany na czerwono. – Dziękuję bardzo – kończy rozmowę przybysz, udając się do upragnionego miejsca.
Schizofreników z kolei nie powinno się pytać, czy słyszą głosy; lepiej spytać, co im te głosy mówią.
… że najbardziej szczęśliwy jestem, kiedy po oddaniu gotowego tekstu do publikacji, jeszcze tego samego wieczoru, mogę wyjechać w góry, wspiąć się na ścianę i po wspinaczce spędzić noc w schronisku z przyjacielem.
Jestem też głęboko przekonany, że nie ma sytuacji, która nie zawierałaby w sobie jakiegoś możliwego sensu. Przekonanie to w znacznej mierze przyczyniło się do powstania logoterapii, w której zostało wyrażone, omówione i usystematyzowane.
Jak mówi Talmud, jeśli ktoś uratuje choćby jedną duszę, należy uznać, że uratował cały świat.
Już wówczas przedstawiłem w nim swoje dwie najważniejsze myśli: że właściwie nie powinniśmy pytać o sens życia, bo sami jesteśmy tymi, którzy są pytani. To my musimy odpowiedzieć na pytania, jakie zadaje nam życie. A na te pytania życia będziemy mogli odpowiedzieć tylko wówczas, gdy podejmiemy odpowiedzialność za nasze istnienie.
Druga z najważniejszych myśli wskazuje jednak na to, że ostateczny sens życia wykracza poza możliwości naszego pojmowania i że musi poza nie wykraczać; krótko mówiąc, że chodzi tu o pewien nadsens, jak go nazwałem, ale nie w sensie czegoś ponadzmysłowego. Możemy weń jedynie wierzyć. I musimy wierzyć. Nawet jeśli czynimy to nieświadomie, każdy z nas, tak czy owak, i tak już w niego wierzy.
… na Taborstraße, gdzie pewnego niedzielnego popołudnia podczas jednego ze spacerów, na które wówczas regularnie chodziłem, nawiedziła mnie strzelista myśl: Błogosław los i wierz w jego sens. Oznacza to, że wszystko, cokolwiek się nam przydarza, musi mieć jakiś sens ostateczny, a nawet nadsens. Ale tego nadsensu nie sposób poznać; trzeba weń jednak wierzyć. Ostatecznie chodzi tu o ponowne odkrycie głoszonego przez Spinozę amor fati, umiłowania losu.
Już w roku 1929 wprowadziłem rozróżnienie trzech grup wartości względnie trzech możliwości wywalczenia w życiu sensu – aż do ostatniej chwili, aż do ostatniego tchu. Te trzy możliwości wywalczenia sensu w życiu to czyn, którego dokonujemy, praca, którą wykonujemy, lub przeżycie, spotkanie i miłość. Ale również wtedy, gdy zderzamy się z losem, który nie sposób zmienić (na przykład z nieuleczalną chorobą, z nieoperowalnym nowotworem) – nawet wtedy możemy wydrzeć życiu sens, dając świadectwo najbardziej ludzkiej z ludzkich zdolności: zdolności do przemiany cierpienia w dzieło specyficznie ludzkie.
Gdyby jednak spytać o najgłębsze przyczyny, o najbardziej ukryte motywy, które skłoniły mnie do stworzenia logoterapii, to mógłbym wskazać tylko jeden, szczególnie mobilizujący mnie do dalszej, niestrudzonej pracy: współczucie dla ofiar współczesnego cynizmu, szerzącego się w świecie psychoterapii, tej podłej branży. Mówiąc o „branży”, mam tu na myśli aspekt komercyjny, a „podłość” oznacza dla mnie wątpliwą naukowość. Gdy patrzę na ludzi nie tylko dotkniętych cierpieniem psychicznym, lecz jeszcze na dodatek skrzywdzonych przez psychoterapię, ten widok chwyta mnie za serce.
… koledzy z pracy. Nazywali mnie „Goebbelsem od nerwów”. Uznaliśmy z żoną, że to całkiem niezłe przezwisko. Mój Boże, każdemu zwierzęciu dana jest jakaś broń do obrony: szpony, rogi, żądła, jad czy co tam jeszcze – a ja mam dar wymowy. Póki mam ostatnie słowo, lepiej ze mną nie zadzierać.
Szanuję decyzję ludzi, którzy chcą odebrać sobie życie. Chcę jednak, by przestrzegano również mojej zasady, która brzmi: ratować tak długo, jak tylko mogę. Jeden
… temat mojego stosunku do pieniędzy. Same w sobie interesują mnie one bardzo mało, najwyżej dlatego, iż jestem zdania, że pieniądze powinno się mieć, ale prawdziwy sens ich posiadania polega na tym, by można sobie było pozwolić na… niemyślenie o pieniądzach.
Nie widzę nic złego w starzeniu się. Często mówię, że starość mi nie przeszkadza, póki wolno mi sobie wyobrażać, że starzejąc się, jednocześnie dojrzewam.
