Piotr Nesterowicz, Niepamięć:
Ideowa pracownica pionu śledczego IPN przywozi tacie jego teczkę współpracy Z SB. Życie rodzinne ulega rekonfiguracji.
Cytaty:
Młodzi robotnicy, pracowali w innym zakładzie niż tata. Niczym szczególnie się nie wyróżniali, jak to wtedy, każdy do każdego był podobny i ani luksusów, ani biedy na ulicy się nie widziało, przynajmniej nie na ich nowym osiedlu.
Jakiś czas temu miała sprawę emerytowanego profesora uniwersytetu. Uznany autorytet, miły i ciepły człowiek. Wielkiej szkody nie uczynił, ale fakt pozostaje faktem. Współpracował. Pod presją, lecz bez przesadnego przymusu. Uprzedziła jego bliskich. Byli przerażeni. Prosili, by nie ujawniać. To było żenujące. Krępujące, kiedy córka z mężem przyszli do nich i przekonywali. Że przecież nikt przez niego nie ucierpiał, a mało kto z kolegów żył, więc po cóż to, skoro nikt nie oczekuje zadośćuczynienia. I że od lat nie udziela się publicznie, ma wnuki i prawnuczkę. Weronika obawiała się, że kobieta popłacze się w biurze. Zacznie błagać.
… w komunie o żaden internacjonalizm nie chodziło ani o przyjaźń polsko-radziecką i walkę z kapitalizmem. Tylko o działalność społeczną, o ZMS, zajęcia kulturalne, wycieczki autokarem, o korepetycje dla trudnej młodzieży, co z tego, że przez ORMO organizowane. O żłobek, co go w czynie społecznym całe osiedle stawiało, razem robotnicy i urzędnicy, i to nie tylko ci, co mieli dzieci. A plany produkcyjne przekraczali nie dla Gomułki i Gierka ani dla uczczenia dwudziestopięciolecia PRL. Dla siebie to robili. Żeby dumę poczuć, bo pokazali, że mogą. Że coś znaczą.
Koledzy różnie to odebrali, ci z ZMS-u gratulowali, inni pokpiwali, ale wtedy stał się ważną osobą w fabryce. Zaczął uczęszczać na odprawy do zarządu zakładowego, poznawał strukturę organizacyjną, majstrzy inaczej podchodzili, nawet kierownicy zaczęli go poznawać i się witali. Kto dzisiaj zrozumie, co to znaczyło dla dwudziestolatka ze wsi zabitej dechami, co ledwo skończył szkołę podstawową?
Zdaniem Anny Józef na starość robi się czepliwy. Zawsze był taki, zwracał innym uwagę, poprawiał i wytykał błędy. Ale jednocześnie miał umiejętność, za którą Anna go ceniła, że swe dążenie do poprawiania świata i przesadny perfekcjonizm, czy też bezpośredniość i szczerość, jak sam lubił mówić, kierował na zewnątrz. W domu rzadko zdarzało się, by ją poprawiał.
Jeszcze pół wieku temu można było zrozumieć, po co komu garaż. Lakiery słabe, karoserie do dupy, samochody się psuły, a połowę rzeczy można było samemu naprawić albo dosztukować. Ale teraz?
… oni przenieśli się tam. Najchętniej wymazaliby wszystkie miasteczka i wsie z mapy Polski. Zostawili Warszawę. Oraz morze, ale raczej tylko to w Sopocie i Juracie. No i góry ze stokami i wyciągami. Do domów wracają na święta, na wakacje wnuki podrzucić albo po wałówkę. Ale wówczas robią to tak, żeby sąsiedzi w apartamentowcach nie podejrzeli, co wnoszą. Słoiki, celnie ich nazwali.
Są takie dni, że tęskni za komuną. Chociaż pod tyloma względami była okropna, to ludzi traktowała równo. Albo przynajmniej udawała, że tak robi.
Dzisiaj wszyscy są święci. Stalinizm potępiają hurmem, a zapomnieli, że większość ich rodziców i dziadków była w ZMP, bo niby gdzie się podziały miliony członków związku. A tu się okazuje, że większość młodzieży działała albo w żołnierzach wyklętych, albo w antykomunistycznej konspiracji. Józef głowę by dał, że gdyby dzisiaj zapytać, kto należał do partii, okaże się, że nikt. Wyparowały miliony członków ZMS i ZMW, opustoszały egzekutywy, nikt nie podejmował czynów produkcyjnych ani społecznych. Nastąpiło wielkie wymieranie. Teraz piszą wszędzie o wyginięciu gatunków, a o tej ludzkiej hekatombie nikt nie wspomina.
Co jest ważniejsze? Wszystkie lata, w których udzielał się społecznie, nie pozwalał kraść ani pomiatać ludźmi, czy to, że w końcu podpisał kwit i co miesiąc spotykał się z tajniakiem? Jak na grzyby jeździł. W samochodzie opowiadał mu bzdury przez dziesięć minut, bo na więcej pomysłów nie miał. Tamten narzekał, że jego sprawozdania były za krótkie. Ale nie naciskał. Widać było, że albo Józefa nie uważał za istotnego współpracownika, albo do swojej roboty podchodził bez zaangażowania. Spisywał notatkę na pół strony, dawał Józefowi do podpisu i zaraz odjeżdżał, żeby zdążyć do miasta przed zmierzchem.
A teraz wychodzi na to, że wszystko było oszustwem. Zwiedli ją. Mama, która udawała, że prowadzi przykładny dom, ma udaną rodzinę i pięćdziesiąt lat dobranego, zgodnego małżeństwa. Tata, który prawił o uczciwości i pryncypialności, a okazał się fałszywy. Okłamali ją. Wymodelowali na swój wyobrażony sposób. Według zasad, które chcieli kultywować, ale którym nie sprostali.
Dlaczego się z nią nie ożenił na samym początku, skoro wrócił do niej po ślubie z mamą i był z nią przez tyle lat, co najmniej do jej urodzin? Przez dekadę miał kochankę, Weronika powtarza to i nie może uwierzyć. Podobnie jak z początku nie dawała wiary temu, co znalazła w aktach. Wszędzie kłamstwa i niedopowiedzenia, które, gdy już się wydaje, że je przejrzała, okazują się zasłoną dymną ukrywającą kolejny poziom fałszu.
Podobno po przekroczeniu tej niewidocznej granicy wieku, gdy okazuje się, że zbocze po drugiej stronie wzgórza jest zaskakująco strome, ludzie zwracają się ku przeszłości. W niej odkrywają siłę, stąd czerpią inspirację, a przynajmniej w ten sposób łagodzą swoje lęki.
