Archiwum miesiąca: maj 2024

Igor Wadowski „Towarzysz Gerszon”

Igor Wadowski „Towarzysz Gerszon”:

Oparta na faktach historia komunizującego Żyda urodzonego w Siedlcach. Bez cienia sympatii dla komunizmu, wojny w Hiszpanii, ale też polskiego sztetlu.
Przykładowe cytaty:

Niezwykle gorące lato, za gorące nawet, nazbyt ozłociło pola. Niektóre wręcz spaliło na proch, w szaro-brązowy pył obróciło… W tumanach wszechobecnego kurzu, na ciemnych od słońca twarzach malowało się zmęczenie. No nie tylko. „Cholerni Żydzi…” — komuś się już wypsnęło. Ktoś za problem odpowiedzieć musiał, no najpierw, budowano atmosferę. Palący sierpień z wolna się kończył, ludność wiejska przed chwilą jeszcze zaprzątnięta kiepskimi zbiorami, już w zasadzie kończyła prace w polu. Trzeba było ją zająć, dobrą nowinę do ucha szepnąć. „Wypili krew Szymańskiego wnuka…” Pili, aż im się uszy trzęsły, poświadczyć mógł sąsiad, kuzyna sąsiada. Ten konfabulować nie zwykł, na boga, wspólnego z pijącymi przysięgał! „A potem zjedli… nie, wróć, przerobili na macę!” W mieście zrobiło się tłoczniej, przyjeżdżali handlarze, na rynku zbierali się ludzie. Nawiązywał się kontakt, zaczynały się szepty, rozmowy. „Dobra nowina” mogła roznieść się w tempie zdwojonym. Wiedza szerzyła się zatem, sensowne wnioski można było wyciągnąć. „Żydzi chcą przejąć kontrolę nad światem.”

Nieruchomy, wieczny sztetl, wieczny pył i pożoga.

— Żydostwo i ruskich trzeba stąd na zbity pysk, wyrzucić — mawiali dworkowi słuchacze Szopena. W lepszym razie zabić, co najmniej ewakuować. Szlachetni państwo wciąż szeptali, za plecami selekcję przeprowadzali. Krzywo patrząc na resztę, po cichutku knuli, czekali na wielką wojnę, rewolucję, czy chociaż kolejne, odpukać, zwycięskie powstanie. Z etosem narodowym na ustach, młodzi państwo z zadowoleniem na wódeczce hodowali szczęśliwego kołtuna…

Po szczebelku

DKF w Kościanie.:

Do protokółu: wywiad, jakiego udzieliłem. W zeszłym roku udało mi się od całej historii wykręcić, w tym – nie.:

Poważnie (nie) żartuję
z Wiesławem Kotem, uhonorowanym tegorocznym Laurem Wielkopolskiego Oddziału Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, rozmawia Łukasz Kaźmierczak

„Miliiiiiii państwo” – zawołanie, którym rozpoczyna Pan zwykle swój radiowy „Kotonotatnik”. Brzmi niemal tak, jak filmowe „Good morning Wietnam”. Pański znak rozpoznawczy?
– Z tym zestawieniem, to nazbyt Pan łaskawy… Ale zasada – ten sam sygnał na początek – taka sama. I się sprawdza! Po prelekcji w którymś wielkopolskim domu kultury podchodzi starsza pani: „Pan nam od lat daje sygnał do śniadania. Jak tylko słyszymy >Mili Państwo!<, mąż zaraz idzie na ogród po warzywa, ja do spiżarni. Tak, że jak pan kończy mówić, to my akurat spotykamy się w kuchni”. Pokochałem tę panią miłością natychmiastową i bezwarunkową.
Nietypowa fanka, jak zresztą wszystko u Wiesława Kota… Spróbujmy to jednak trochę uporządkować. Pisarz, dziennikarz, felietonista, redaktor, wykładowca akademicki, krytyk filmowy? Co jest najważniejsze?
– Najważniejsze – mieć coś do powiedzenia. Z tym miałem i nieustannie mam ogromne problemy.
Teraz Pan naprawdę przesadza.
– Miałem przedwczoraj, wczoraj, dziś i jutro rano, kiedy siądę do laptota, też będę je miał. Tyram i rzadko miewam zadowalające rezultaty. A zważywszy, że wszystko co mówię przed kamerą czy mikrofonem wcześniej piszę, to w rezultacie jest jak zwykle: poranek, kawa, pusty ekran laptopa i ja.
Ale jednak są gatunki, w których czuje się Pan gorzej, lepiej, najlepiej?
– Broń mnie Panie Boże, żebym w jakimkolwiek czuł się bodaj dobrze. Ten etap: już umiem, już potrafię, już wiem, to zawodowa śmierć. Od tego momentu kończy się rozmowa z (ewentualnym) odbiorcą, a zaczyna się produkcja tekstów.
Pan o śmierci, a ja chciałbym cofnąć się do początków. Kiedy i od czego zaczęła się Pańska przygoda z dziennikarstwem?
– Zaczęło się od iluminacji. Na poznańskiej Polonistyce w 1985 roku zaczynałem od prowadzenia ćwiczeń z przedmiotu Poetyka. Objaśniałem, co to jamb, trochej, synekdocha i sonet włoski. I wtedy miałem widzenie: zobaczyłem siebie w wieku 65. lat, czyli takiego, jakim jestem dziś. Zgorzkniałego, w wytartym garniturku, który w oczekiwaniu na emeryturę dalej objaśnia, co to jamb i trochej. Dziennikarstwo to tylko konsekwencja tamtego olśnienia.
I zamienił Pan wytarty garniturek i zakurzoną salę wykładową na redakcję „Wprostu” – topowego w owym czasie tygodnika na naszym rynku prasy.
– Topowy to on wówczas bynajmniej nie był. „Gazeta dorożkarska” w buraczkowo-fioletowej szacie – bo raz się wydrukowało tak, a raz odwrotnie. Naczelny, Marek Król, skończył przygodę z Komitetem Centralnym PZPR szybciej niż się spodziewał i z bajecznych perspektyw zostało mu tylko to pisemko. W lot zrozumiał, że albo ruszy z nim ostro do przodu, albo – zielona trawka. Problem w tym, że nikt nie wiedział, co znaczy „do przodu”. A już na pewno nie wiedzieli tego rutyniarze z ówczesnych mediów. Akurat w tym czasie kompletowano obsługę do warszawskiego hotelu Marriott. Podstawowym warunkiem przyjęcia do pracy było to, że kandydat nie pracował wcześniej w żadnym polskim hotelu. Na tej zasadzie znalazłem się w redakcji.
Dziś wydaje się to nie do pomyślenia, ale były czasy, kiedy dziennikarz zajmujący się kulturą – a nie polityczny taran – mógł zostać zastępcą redaktora naczelnego jednego z najważniejszych tygodników opinii w Polsce…
– Racja – dziś nie do pomyślenia. W ówczesnej Polsce kulturą żyliśmy bez porównania intensywniej niż dziś. Bo czym mieliśmy żyć? Podróżami, kulinariami, inwestycjami, motoryzacją? Kiedy zaczynałem pracę na Uniwersytecie, obliczałem, że na pierwszy samochód – przechodzonego małego fiata – stać mnie będzie w okolicach czterdziestki. A dzisiaj podróżujemy, inwestujemy, a wieczorem zasypiamy przy serialu Netfliksa. Jak wszędzie na świecie. Tylko nie u mnie. Bardzo się pilnuję, by każdego dnia czytać co najmniej dwie godziny.
Na czym polega unikatowy narracyjny „styl Kota”? O, ładnie się to ułożyło – rodem jak z dalekowschodnich sztuk walk.
– Żywię ugruntowane przekonanie, że czas jest bezcenną własnością każdego z nas. Cudzej własności nie wolno podkradać. W moim przypadku – nie wolno zabierać cudzego czasu poprzez ględzenie, zajmowanie się sobą, przez publikację treści niedopracowanych. Bo wówczas trud zrozumienia, co chciałem powiedzieć, przerzucam na odbiorcę. Kradnę jego czas i uwagę. Publikacja powinna działać jak schody ruchome. Czytelnik staje na pierwszym stopniu i dalej tekst niesie go sam.
Sarkazm – jeden z głównych atrybutów w Pańskim arsenale. Niezwykle silna broń. Ale trzeba się z nią umieć obchodzić…
– Gorzką ironię uważam za konieczną w sytuacji, w której mógłbym popaść w banał lub w referat. Można powiedzieć, że Pałac Kultury to monstrualne brzydactwo, ale ja wolę formułę: mały, ale za to gustowny. O muzyce typu haevy metal można napisać, że łomot, a ja powiedziałbym, że to muzyka wprawdzie cicha, ale za to głęboka.
Ale Wiesław Kot bywa też poważny. Kiedy?
– Nigdy nie bywam poważny, ale też nigdy nie żartuję.
Tak, tak, nawet kiedy Wiesław Kot tworzy coś tak poważnie brzmiącego, jak leksykon „Sto najważniejszych scen filmu polskiego”, to na okładce musi dyndać „Miś”…

– Jedyne, co mi się podoba w tej książce, to okładka. Powód? Dziś napisałbym to wszystko zupełnie inaczej.

Pytanie, które powinno paść wcześniej: Jak powstawał „styl Kota”? Trzymam się uparcie tego określenia.
– Komplemenciarz z Pana. Nie dopracowałem się własnego stylu. Nie stać mnie, jestem na to zbyt nieudolny. Mój sposób pisania nazywał się „Notatnik akademicki”, gruby zeszyt formatu A4, Zakłady Papiernicze w Strzegomiu. W latach 80. dostępny w każdym „sklepie papierniczym”. Skończyłem wprawdzie polonistykę, ale nie umiałem pisać po polsku. Nie znałem wagi słów, nie chwytałem niuansów. Z tym, że co rano uparcie zaczerniałem stronice tego „Notatnika”. Pisałem i skreślałem, skreślałem i pisałem. Jak z zapisanej stronicy uzyskałem pół zdania, które uznałem za znośne, to już dzień nie był stracony. Coraz częściej myślę, że znów powinienem kupić sobie podobny notatnik.
O, to może zdradzi Pan przepis na dobry tekst?
– Rzadko zdarza się nam napisać dobry tekst. Ale każdy następny powinien być lepszy od poprzedniego.
Mam wrażenie, że gdyby podstawić „Wiesław Kot” pod tytuł „Marceli Szpak dziwi się światu” – to wszystko się będzie zgadzać. Inspirują Pana małe, codzienne rzeczy, to co spotykane za rogiem, w wycinkach starych gazet?

– Lubię oglądać las poprzez liść, a morze w jednej kropli. Specjalistów od skali makro mamy tak wielu, że i tak bym się nie przebił… Jestem zresztą uzależniony od starych gazet, szpargałów, zatartych napisów, nieczynnych stacji kolejowych, parkingów na zapleczach galerii handlowych, pustych pokoi hotelowych. Był taki amerykański malarz – Edward Hopper. Ale co ja się będę wymądrzał…

Sztampowo zapytam o Plany zawodowe na przyszłość, z nadzieją, że uratuje Pan to pytanie swoją odpowiedzią…
– Umrzeć przy klawiaturze.
Nie tak szybko. Musi Pan jeszcze odebrać wyróżnienie – tegoroczny Laur Wielkopolskiego Oddziału Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. To poważna sprawa, żarty się skończyły…

– Nie mam z tym nic wspólnego. To łaskawość Państwa, a nie moje „dokonania” stoją za tym wyróżnieniem. Gdy pomyślę, ilu kolegom ten laur należy się bardziej niż mnie, robię się czerwony jak piwonia z zażenowania i zawstydzenia. Kłaniam się więc i znikam.

Gürbüz Dogan Eksioglu „Bez tytułu”

Gürbüz Dogan Eksioglu „Bez tytułu”:

Najprostsze bywa najtrudniejsze.

Net: „Gürbüz Dogan Eksioglu urodził się w Mesudiye w Turcji w 1954 roku. Eksploracja relacji pomiędzy ilustracją, malarstwem i karykaturą zdeterminowała jego styl.Podobnie jak Rafał Olbiński wykracza poza zwykłe kopiowanie stylu i tworzy oryginalne i wciągające dzieła sztuki. Niektóre z jego dzieł mają wyraźnie wydźwięk polityczny, a wiele z nich, jak prace Magritte’a, charakteryzuje się poczuciem humoru”.