W powietrzu +36, więc nawet leśny spacer mocno skrócony. Po prostu zatyka dech.:

Wyłoniły się dwie kwestie, które wywołały burzę wśród komentatorów tego bloga. Pierwsza to kwestia Opery w Oslo. Byłem w niej bardzo krótko – toaleta! – ale, jak Janek Himilsbach w Hali Mirowskiej, „zrobiłem kilka zdjęć”. Choćby z racji, iż Opera bardzo Halę Mirowską przypomina.:


Kwestia nieporówanie bardziej drażliwa to napastliwy skadynawski Gender, LGBT i podobne miazmaty. Wciskają się wszędzie. W centrum Oslo wstapiliśmy do Tęczowego Miasteczka, gdzie swoją obecnością cieszyli się najromaitsi hipsterzy – od homo przez les po trans, dalej nie będę wyliczał. W bramce musieliśmy się poddać powierzownemu obszukanku. Nie rozumiem dlaczego, przecież każde z nas swoje emblematy płciowe miało przy sobie, choć ich nie okazywało. W środku było miło, ale jakoś nie miałem śmiałości fotografować, choć było co. A poza tym tego jedynego zapachu, jaki unosił się w powietrzu – z racji spalania roslin trawiastych – nie da się sfotografować. Ale też w Oslo właściwie nie ma pomnika, statui, rzeźby, które nie opasywałaby dumna tęcza. No i widuje się plakaty, które u nas by długo nie powisiały…:
