Archiwum miesiąca: luty 2017

Radio Merkury. The Beatles. Ciekawostki

Drodzy Państwo,
W naszych spacerkach po starszej muzyce nie możemy ominąć Beatlesów, ale też nie powinniśmy o tej supergrupie klepać banałów ani też powtarzać tego, co wiedzą wszyscy. Zebrałem więc nieco ciekawostek. Dla beatlesologów to oczywistości, ale tak zwanemu przeciętnemu słuchaczowi nieco mogło umknąć, więc pobawmy się. Ale to nie sama zabawa. Parę faktów każe przypomnieć, jak trudna, pełna prób, błędów, walki i uporu jest droga na szczyt. Więc: Beatlesi faza wczesna.

Taki zbieg okoliczności. Johna i Ringo mamy urodziły w trakcie nalotów Luftwaffe. Tata Ringo był z zawodu czyścicielem okien i pozostał nim także wtedy, gdy Ringo był już jedną z najbardziej rozpoznawalnych osób na planecie. Uważał sukcesy syna na doraźną fanaberię, a swój fach czyściciela za pracę dającą może dochód skromny, ale pewną i z przyszłością.

Większość z nas pamięta tę fab four – bajeczną czwórkę – jako The Beatles. Ale może nam umknąć to, że The Beatles to była początkowo tylko nazewnicza przymiarka. Bo z grubsza ten sam skład personalny i muzyczny nazywał się po kolei The Querrymen, The Rainbow, Johnnny And The Moondogs, Long John And The Silver Beatles, a potem Silver Beatles. A przecież jeszcze w w roku 1960 John i Paul grywali jako duet w o nazwie The Nurk Twins, po polsku Bliźniaki nazwiskiem Nurk.

Zanim przyjęli na posadę perkusisty Richarda Starkeya, który lekko przerobił sobie nazwisko na Ringo Starr, mieli co najmniej sześciu perkusistów. Ringa też ostro zrugał podczas nagrywania „Białego albumu” w 1968 roku za nieuctwo i nieróbstwo Paul, ten się obraził, odszedł z zespołu, ale Ringo rozważył wszystkie za i przeciw i po dwóch tygodniach wrócił.

Sukcesy nie biorą się znikąd. Piotr Czajkowski mawiał, że talent owszem, jak najbardziej, ale lepiej, żeby natchnienie nawiedzało cię, kiedy pracujesz. Więc: zespół z błędem ortograficznym w nazwie – The Beatles to tak jak by po polsku pisać Żuki przez „rz” – kiedy zespół był znany tylko skromnemu wianuszkowi fanów, między grudniem 1960 roku a sierpniem 1963 roku wystąpił w klubie Covern w Liverpoolu 294 razy. Nic więc dziwnego, że chłopcy nabrali wprawy w trzymaniu gitary. A i to nie bardzo pomagało w zdobyciu jakiej takiej popularności. Nie pomogło nawet, że John śpiewał założywszy sobie na szyję deskę klozetową. A Paul rozważał, czy może zespół z całym gitarowym wyposażeniem nie powinien się rzucić w odmęty rzeki Mersey, żeby wreszcie dostrzegła ich bodaj prasa lokalna. Cóż, wielu naszym pretendentom do gwiazdorstwa w rejonach muzyki rockowej bardzo by się przydało na początek 294 koncertów w nikomu nieznanym klubie muzycznym – powiedzmy – w Bydgoszczy.

Z tym, że kiedy zespół – w czasach, kiedy jeszcze prawie nikt o nim nie słyszał – koncertował w Hamburgu, przez kilka wieczorów dawał podkład muzyczny do występów striptizerki o pseudonimie scenicznym Janice. Tak dobrze im szło, że później w Liverpoolu też przygrywali rozbierającej się panience, ale już o pseudonimie Shirley. Z tym, że to też szło jak po grudzie, ponieważ właściciel klubu Cavern początkowo wcale nie zamierzał ich zatrudniać. Bardzo mu się nie podobało, że chłopaki noszą dżinsy, a to przecież szanujący się klub, w którym muzyk powinien występować w eleganckich spodniach od garnituru.

Jednocześnie John i Paul jeszcze w szkole zawiązali coś w rodzaju spółki kompozytorskiej. I jako nastolatki napisali wspólnie co najmniej 70 piosenek. Pierwsza, która zdobyła szerszą popularność, nazywała się „Love Me Do”. Paul wtedy akurat dorabiał w składzie drewna w Loverpoolu. Kiedy jego kawałek stał się bardziej znany, z miejsca przeniesiono go do kierownictwa firmy.

The Beatles próbowali też zaistnieć w popularnym programie telewizyjnym, który gromadził najrozmaitszych odchyleńców, szajbusów i dziwaków. Nie zdobyli żadnej nagrody, a pierwsze miejsce zyskała panienka, która pokazywała najrozmaitsze sztuczki, jakie można zrobić łyżką podczas przygotowywania obiadu.

Później, kiedy byli sławni, też nie zawsze z tą telewizją wychodziło. Kiedy wystąpili w amerykańskiej telewizji w bardzo popularnym programie „Ed Sullivan Show” – oglądało go 60% Amerykanów – recenzent mocno prestiżowego pisma „The New York Herald Tribune” oceniał: „75 procent to reklama, 20 procent to fryzury, a 5 procent sukcesu to wycie”.

Menedżer nagraniowy firmy Decca, nazwiskiem Dick Rowe, który przesłuchał zespół, odradzał firmie stanowczo podpisanie kontraktu z tymi amatorami. Wystosował opinię, która brzmiała: „Grupa The Beatles nie ma w przemyśle rozrywkowym żadnej przyszłości”. Kiedy zaś okazało się, jak bardzo się pomylił, aby się zrehabilitować w oczach szefów, polecił podpisać kontrakt z jakimkolwiek innym wyjcem, pierwszym z brzegu, bo wcale ich nie odróżniał. I firma podpisała kontrakt z taką pierwszą lepszą banda dzikusów. Banda nazywała się The Rolling Stones.

Pierwszy kontrakt, jaki firma nagraniowa – nazywała się Parlophone Records – podpisała z podmiotem wykonawczym The Beatles, przewidywał, że zespół dostanie od każdej sprzedanej płyty jednego pensa. Przypominam, że pens był wówczas monetą najniższego nominału (wcześniej były też półpensówki). 12 pensów tworzyło jednego szylinga, a 20 szylingów jednego funta.

Piosenka „Yesterday” zaśpiewana przez Paula do akompaniamentu samej gitary i kontrabasu, opowiada o dziewczynie, która odeszła, a przecież jeszcze wczoraj itd. Ale jak Paul ją pisał, to kojarzyła mu się z jajecznicą i próbny tekst brzmiał: „Scrambled eggs – oh, my girlfriend Has Got lovely legs”, czyli: „Jajecznica, moja dziewczyna miała śliczne nogi”. Gdyby Paul się tego trzymał, mógłby przejść do klasyki awangardy poetyckiej XX wieku. Dzieci uczyłyby się jego wierszy w szkołach, występowałby w antologiach arcydzieł poezji obok, ja wiem, Johna Keatsa, Williama Szekspira? Kto wie, może nawet wpadłby za to Nobel , jak koledze Bobowi Dylanowi?

Krasnale i egzorcyści

TVN każe oceniać pod względem filmowym teledysk, który wygrał Brit Awards. Oceniam na trzy z minusem:

Zaległości. Białystok, mury.:

Białowieża. Pradziadek przy saniach.:

Muzeum Alfonsa Karnego w Białymstoku. Wystawa awangardowego artysty Krzysztofa Jakubowskiego (+ 2015). Przepraszam, ale ja mam łóżko lepiej posłane.:

Ten krasnal broni dostępu do Muzeum M. Konopnickiej w Suwałkach (i tak zamkniętego):

Meczet w Kruszynianach. Bywalec.:

Sejny. Miejscowi katolicy mają ogromny szacunek dla prasy katolickiej. Nie chcą jej zbrukać nawet dotykiem.:

Żydzi z Tykocina.:

Polonia Christiana. Wywiad z egzorcystą z Jarosławia: „Medytacje, medycyna niekonwencjonalna, metody relaksacyjne – to wejście w świat kultu pogańskiego. Homeopatia, tatuaże, kolczykowanie ciała czy przekleństwa, złorzeczenia, rzucanie czarów, uroków. Kto może przyjąć takie zlecenia człowieka? Tylko zły duch, na pewno nie Anioł Stróż. A on tego nadawcę bierze już w swoją niewolę – mówi ks. Marian Rajchel, egzorcysta”.

Z życia suwerena. Fakt: „Seriale odgrywają w naszym życiu ogromną rolę. Mogą niszczyć lub budować związek. Gdy jedna osoba wciąż wpatruje się w ekran, a druga się nudzi – łatwo o awanturę. Jeśli jednak oglądamy seriale we dwoje, robiąc z tego rytuał, zbliżamy się do siebie. W takiej sytuacji nigdy nie wolno złamać jednej, podstawowej zasady: zawsze oglądamy kolejny odcinek wspólnie”.

Radio Merkury, piątek 24 lutego 2017

Mili Państwo,
Dzisiaj Międzynarodowy Dzień Niespodziewanego Całusa. Proszę łaskawie wziąć pod uwagę, iż nie wszyscy go obchodzą i niespodziewany całus może się skończyć niespodziewanym policzkiem.

Wiadomości z rynku pracy. Ogłoszenie na portalu Konin24. Poszukują pracowników wyspecjalizowanych w zawodzie „animator czasu wolnego”, ale uwaga do Grecji, Dominikany, Zanzibaru i Hiszpanii. Oczywiście wymagane języki, ale to pół biedy, można się douczyć na miejscu. Gorzej, że pracodawcy bardzo zależy, by kandydat legitymował się także poczuciem humoru, uśmiechem, entuzjazmem, kreatywnością i zdolnościami organizacyjnymi, a wiadomo, jak u nas z tym jest. A jak już się taki egzemplarz znajdzie, to ma nawet szanse zostać w Zanzibarze animatorem o specjalności „allround”, cokolwiek to znaczy.

Wielkopolska kryminalna. Gmina Kościelec. 17 lutego świt różowił niebo zarannym blaskiem, kiedy na posterunek policji w Kole dotarła grobowa wieść, iż do jednego z – licznych zapewne – barów w tej gminie dokonano zuchwałego włamania. Na sumę 500złotych i 40 butelek piwa. To ostatnie policjanci z Koła potraktowali jako pewną wskazówkę w dynamicznie poprowadzonym śledztwie i już po kilku godzinach zatrzymali dwóch sprawców włamania. Jak podaje portal wielkopolskiej policji z właściwym sobie wyczuciem językowym: „Obaj byli już wcześniej bardzo dobrze znani funkcjonariuszom za inne przestępstwa”. Portal podaje także iż zatrzymani zaprezentowali odpowiednio 1,8 i 1, 6 promila. Ale po co to pisać, skoro kilka linijek wcześniej była mowa o 40 butelkach piwa?

Poranek bez lektury prasy byłby porankiem straconym. Czytamy „Nowy Kurjer”, Poznań rok 1927. „Poznań się europeizuje. Jak się dowiadujemy wpłynie w najbliższych dniach do Magistratu projekt firmy Goplana, mający na celu wybudowanie kiosku reklamowego przy wylocie ulic Gwarnej, Fredry, Mielżyńskiego i 27 Grudnia. Kiosk ten zawierać ma również aparat telefoniczny umożliwiający zamawianie aut z mieszkań prywatnych. Konstrukcja telefonu będzie następująca: w chwili gdy w kiosku zadzwoni telefon z zamówieniem auta, rzuci automatycznie snop czerwonego światła na rząd stojących samochodów. Wówczas szofer samochodu pobiegnie do kiosku, dowie się przy telefonie o adres i za krótką chwilę auto będzie czekało pod domem”. Cóż, takie rzeczy tylko w Poznaniu.

Dziś słowo poetyckie krótkie, ale jakże głębokie. Piotr Barański, tomik pod tytułem „Znowu”. Cytuję: „Kocham swoje dzieci/ Dlatego ich nie robię”, koniec cytatu, ale nie koniec poezji, bo jeszcze spontaniczna twórczość oddolna, spisana z murów: Napis propagandowy z epoki gierkowskiej, lekko uzdatniony: Cały nasz chuligański trud, tobie kochana ojczyzno. Mamy też manifest generacyjny: Nasze pokolenie już wybrało: Autovidol. I napis z pobocza autostrady: Jedź ostrożnie. Ja poczekam. Bóg.

Cóż, nie wszyscy zapewne tego apelu posłuchają. Jak powiada klasyk: Większość ludzi w swych modlitwach prosi Boga, aby dwa plus dwa nie równało się cztery.
Wiesław Kot

Z Romkiem Rogowieckim o filmach w radiu RDC

„T2: Trainspotting”

– Wiesiek, mamy dziś na rozkładówce kontynuację kultowego filmu brytyjskiego „Trainspotting”. Z tymi sequelami rozmaicie bywa. Jak poszło tym razem?

– Za sequele udanego filmu biorą się potem różni fachowcy, czasem z rezultatami opłakanymi. Tu jednak mamy nieco inną sytuację. Za kontynuację pierwszego „Trainspottingu”, tego z roku 1996, odpowiedzialni są ci sami fachowcy: scenarzysta John Hodge i reżyser Danny Boyle. Kariera tego ostatniego od tamtych czasów poszybowała szczególnie wysoko. Nakręcił oscarowego „Slumdoga. Milionera z ulicy”, obsypany nominacjami film „127 godzin”…

– No i dwa lata temu filmową historię Steve’a Jobsa.

– A teraz wiedziony nostalgią wraca do obrazu, który go stworzył dla kina. Film też jest o nostalgii. „To nostalgia jesteś turystą we własnej młodości” – słyszy Renton, w tej roli Ewan McGregor, który po 20 latach wraca na stare śmieci, do Edynburga. Bo film opowiada o spotkaniu dawnych kumpli po dwóch dekadach.

– Tylko, czy to ma sens. Czy wnosi coś nowego? Bo to może być tak, jak dzieje się czasem w światku rockowym, który ja z kolei znam lepiej. Jak się skończyły pomysły, a co gorsza, jak się skończyły pieniądze, to się skrzykuje starą ekipę i rusza w trasę. Może ktoś jeszcze zechce wydać na nas parę dolarów. Albo złotych.

– No tak, sytuacja jest delikatna. Bo pierwszy „Trainspotting” był manifestem odróżnienia się, autoidentyfikacji, nawet buntu pokoleniowego. Pamiętasz tę scenę otwierającą opowieści o narkotykowych przygodach kolesi, którzy zamiast kariery wybrali heroinę i wegetację w pustostanach? Ewan McGregor, filmowy Renton, wieje przed policją i powtarza sobie całą litanię bardzo pozytywnych działań, które powinien podjąć, aby – jak to powtarzają wszyscy przyzwoici obywatele dookoła – wybrać życie.

– On powtarza te wyliczankę po to, żeby się upewnić, czy pamięta wszystko, co go u tych przyzwoitych Szkotów tak wkurza. Sporo tego.

– Bo on wybiera heroinę. Pewna panienka tłumaczy tam dlaczego. Bo „Hera to orgazm pomnożony przez tysiąc”. Inne przyjemności, jakie funduje brytyjskie społeczeństwo, są bez szans. Ta czwórka kumpli ciągle obserwuje tych rodaków poukładanych, z przyszłości, z polisą ubezpieczeniową, w trakcie joggingu, spacerku z pieskiem, w przerwie na lunch.

– Ale wszystko po to, by się odgrodzić. Pod hasłem: wszystko, byle tylko nie skończyć jak oni.

– Trainspotting 2 również zaczyna się od biegu i też biegnie Ewan McGregor, tylko nie w panicznej ucieczce przed policją, lecz truchta sobie po elektrycznej bieżni eleganckiego klubu fitness w Amsterdamie. Widać, że dba o zdrowie i unormowany poziom cholesterolu. Kiedyś – nabijałby się z takich fagasów. Ale to było dawno, zmądrzał. Z tym, że niespodziewane okoliczności zmuszają go, by wrócił do tego nieszczęsnego Edynburga, i by się skonfrontował z dawnymi kumplami.

– Ostatecznie kumplami, których na koniec wtedy oszukał.

– I którym powiodło się marnie, choć właściwie trudno to tak nazwać. Oni przecież nigdy nie celowali w jakąś szczególną karierę, pozycję, w wielkie pieniądze. Liczyła się draka, bycie „cool” i kolejny strzał w kanał. I teraz jeden z nich, Spud, też żyje od jednej dawki do następnej, inny koleżka, zwany Sick Boy, utrzymuje się z drobnych kradzieży, a kolejny siedzi w wiezieniu w warunkach recydywy. Co było do przywidzenia.

– McGregor to przy nich gwiazdor.

– Nawet w podwójnym znaczeniu. Bo i filmowy Renton jakoś tam się z życiem uładził i McGregor, aktor, który go gra, też mocno odskoczył od swych kolegów aktorów z tamtego filmu. Co roku, stabilnie gra w co najmniej trzech znaczących obrazach. Koledzy z planu przepadli.

– Ale przecież nie chodzi w filmie tylko o spotkanie starych kumpli, o jakiś zjazd klasowy. Pierwszy „Trainspotting” był świetnie osadzony w środowisku tych zbuntowanych lumpów z wielkiego miasta. Był ogromnie wiarygodny. A ta kontynuacja?

– A kontynuacja, niestety, dzieje się nigdzie. To znaczy niby w tym samym Edynburgu, ale w miejscach jak dyskoteka, czy bocznica kolejowa gdzieś na przedmieściu, a podobne obiekty mamy wszędzie. No i byli kumple coraz mniej przebywają w realu, a więcej na Facebooki, na Twitterze, na Snapchacie, a więc w świecie alternatywnym. Wprawdzie mówi się raz po raz a to o napływie emigrantów z Europy Wschodniej i chłopaki kochają się nawet w jednej ślicznej Bułgarce, mówi się funduszach unijnych, gada się o gentryfikacji, czyli wykupywaniu w takim Edynburgu całych dzielnic tradycyjnie proletariackich przez deweloperów, którzy budują tu teraz luksusowe apartament owce dla Upper Middle Class.

– Ale to wszystko brzmi raczej jak referat.

– Albo jak pogwarka w przerwie na kawę czy papierosa. Tak pewnie rozmawiali Anglicy w po biurach w przededniu referendum na temat brexitu. Z tym, że pamiętajmy, iż Szkoci byli zasadniczo przeciw.

– No więc co? Oglądamy kolejny film o tym, że bunt się wypalił? Że hipisi wrócili grzecznie z Woodstock i usiedli za biurkami w korporacjach?

– Nawet nie to. W filmie Danny’ego Boyle’a nie ma jakichś tragicznych podsumowań, nie mamy poczucia, że ktos tu zdradził, jak Renton, którzy wskoczył w papcie klasy średniej, a Sick Boy pozostał tam, gdzie był i ciągle grzeje tę herę. Bo temu Rentonowi tak bardzo znowu się w życiu nie powiodło. A kolesiom, którzy się szprycują chemia dostarcza też coraz mniej przyjemności, bo organizm się uodpornił.

– Więc co? Wszystko rozlazło się w szwach?

– Żebyś wiedział. Cały ten ówczesny bunt, całe to późniejsze życie jest jakieś bez smaku, bez zapachu. I kolesie znowu mogą siedzieć i gapić się godzinami na przejeżdżające pociągi. Bo i tak do żadnego już nie wsiądą. Życie ich ominęło.

Z wizytą u Alfonsa

Odpytywanie. Onet pyta o musicale. Mówię pani redaktor, że to temat-ocean. Ona zdziwiona. Radio Zet w sprawie postaci kultowych w kinie. Mówię, że przeciętna „kultowa” postać bywa kultowa nie dłużej niż dwa lata. Pan redaktor też wydaje się zdziwiony.

Wspomnienia, wspomnienia… Warszawa. Jak widzę takie ogłoszenie, od razu gorzej się czuję.:

Tykocin, gablota przykościelna. Tak, to jest jakiś pomysł na nadchodzącą wiosnę.:

Tykocin. Miejscowi Żydzi na rysunkach. Dorota dostrzega ogromne podobieństwo między tym rysunkiem i tym zdjęciem, które wisi w jej pokoju.:

Tykocin. Ten orzeł jakiś niezdecydowany: lecieć, nie lecieć…:

Suwałki. W tym domu urodził się twórca Bolka, Lolka i Reksia. Zgadliby Państwo?:

Białystok. Muzeum rzeźb Alfonsa Karnego. Wiadomo kto.:

Ten pan nazywał się Józef Cieć. Trzeba przyznać, że nawet wiernie oddany.:

Tytuł tej rzeźby – „Przewodnicząca”. Po co to pisać – widać od razu.:

A na tej rzeźbie – ze względu na wiek modelki – łapę powinien położyć prokurator.:

Zaległa prasa regionalna. Bo bardzo jesteśmy ciekawi, czym żyje suweren na co dzień. „Przegląd Sejneński”: „Zagrał w porno, wyrzucili go z PiS. 38-letni sejnianin zagrał w filmie pornograficznym. Stracił za to członkostwo w Prawie i Sprawiedliwości”. Aktor porno, który traci członkostwo – to naprawdę poważna sprawa…

Ta sama gazeta: „Ciekawie przedstawia się geografia przestępstw w naszym powiecie. W gminie Krasnopol najwięcej było przypadków spowodowania uszczerbku na zdrowiu, następnie kradzieży. W gminie Puńsk najwięcej było zdarzeń drogowych, a nie wystąpiły żadne przypadki narażenia zdrowia na uszczerbek (podobnie w gminie Sejny). W gminie Giby najwięcej było kradzieży (tu statystyki zostały zdominowane przez zeszłoroczne liczne włamania do domków letniskowych i domów na terenie gminy). Gmina wiejska Sejny i miasto Sejny celowały zaś w liczbie zdarzeń drogowych, których było najwięcej w porównaniu do innych gmin. Na drugim miejscu plasowały się tu kradzieże”.

I jeszcze: „Sejny. 26 stycznia w jednym ze sklepów na ulicy Łąkowej doszło do zakłócenia ładu i porządku. Mężczyzna pod wpływem alkoholu wywołał dyskusję, bo był niezadowolony z rodzaju oferowanego chleba. Tego samego dnia wcześniej pił piwo w miejscu publicznym, na ul. Parkowej. 31 stycznia policjanci ponownie interweniowali w sprawie jego zachowania. Awanturował się w jednym ze sklepów na ul. Piłsudskiego, krzyczał, nie chciał wyjść, a następnie zadzwonił na Policję i żądał interwencji ze względu na niestosowne zachowanie właściciela”.

Z życia suwerena. Gazeta Wyborcza: „W poniedziałek cukier biały kosztował we wszystkich sklepach sieci tylko 1,99 zł. W chełmskim Carrefourze chętnych na skorzystanie z promocji był tak wielu, że doszło do przepychanek. Cenę cukru we wszystkich sklepach sieci obniżono z 2,99 na 1,99 zł. Promocja opisana w gazetce miała jeden haczyk – obowiązywała tylko przez jeden dzień, którym był poniedziałek”.

Radio Merkury, czwartek 23 lutego 2017

Mili Państwo,
Dziś Międzynarodowy Dzień Pomocy Potrzebującym, a jednocześnie Dzień Bez Łapówki. No i jak to pogodzić?

Na stronie Internetowej Biura Rekordów Guinnesa pojawiła się niedawno informacja zatwierdzająca fakt, iż 21 sierpnia 2015 r. Ogólnopolskie Stowarzyszenie Plecionkarzy i Wikliniarzy w Nowym Tomyślu ustanowiło rekord Guinnessa w kategorii: najdłuższy warkocz wiklinowy na świecie. Przeczytałem i poczułem się zszokowany po raz pierwszy.

Przypomniałem sobie jednak, iż w roku 2013 na rynku w Poznaniu ułożono największą na świecie choinkę z ludzi, konkretnie z 1055 osób. Poczułem się zszokowany po raz drugi.

A przecież w roku 2015 w Gołuchowie też padł rekord Guinnessa. W tamtejszym parku-arboretum zorganizowano „największe zgromadzenie osób przebranych za drzewa„. Konkretnie za drzewa przebrało się 516 dzieci i nauczycieli. Poczułem się zszokowany po raz trzeci.

A w zeszłym roku na Międzynarodowych Targach Poznańskich ustanowiono Rekord Polski w kategorii – najwięcej osób malujących motyle jednocześnie. Poczułem się zszokowany po raz czwarty.

Myślę, że na tym się nie skończy, bo przecież można ustanawiać rekord w zbiorowym malowaniu motyli stojąc na jednej nodze. Naprawdę, jest co robić, drodzy Wielkopolanie, jest co robić…

Poranna prasa, poznański „Nowy Kurjer” i wcale nie szkodzi, że z roku 1927, bo artykuł pod tytułem „W cichem gniazdku…” mógłby się ukazać w Głosie Wielkopolskim choćby i dziś. Czytamy: „Przy ul. Długiej rozegrała się wczoraj w godzinie południowej przykra scena małżeńska, która wywołała liczne zbiegowisko. Pewien jegomość zdenerwowany sprzeczką z lepszą swoją połową, zaczął tłuc sprzęty w mieszkaniu. W obronie wspólnego dobra krewka małżonka chwyciła pogrzebacz i jęła obrabiać nim męża tak skutecznie, że zakrwawiony wybiegł na ulicę. Zwabieni głośną awanturą sąsiedzi wystąpili z interwencją i położyli kres gorszącemu zajściu”.

A skoro o miłości mowa… Dziś okruch poezji z dedykacją celową dla młodszych kolegów prezenterów prowadzących tę poranną audycję. Oto tomik poetycki Franciszka Habera „Przepisane z serca” wydany w zeszłym roku w Gliwicach. W nim wiersz „Poranny promień”, cytuję: „W filharmonii poranka/ wibrują jaskółek klawisze/ opada etiuda świtu/ na pulpity luster/ na zasłon ciszę”. Koledzy prezenterzy, uczcie się – tak należy komentować poranek, a nie że znowu korki na Hetmańskiej, wiadukt Narutowicza oblodzony i dzień dłuższy od najkrótszego!

A przecież nie chodzi o nic innego, jak tylko o to, aby dzień przedniować, a noc przenocować.
Wiesław Kot