We wszystkich mediach alarm na tę samą nutę, taki sam od kiedy pamiętam: „Jeśli Polacy nie zaczną czytać, wiecznie już będą skręcać meble i lodówki”. W czym problem? Przecież ktoś musi te lodówki skręcać. Sam od zawsze mam przekonanie, iż żyję w kraju składaczy długopisów i nie zamierzam się z tego powodu pochlastać. Ostatecznie za życia mojego czy mojej córki to się nie zmieni. Może nie razi mnie to dlatego, że pochodzę ze Wschodu, gdzie przed wojną (więc w pokoleniu mojej mamy) odsetek analfabetyzmu wśród starszych kobiet sięgał 80%.
Media biją na alarm, że niczego nie czyta 60% Polaków. Sądzę, że więcej. Gdyby do tej liczby dołożyć te 20-30% uczniów, którzy czytają, bo muszą, ale wcale nie są tym zainteresowani, okazałoby się, że niczego nie czyta 90% rodaków.
To by się zgadzało z moimi wrażeniami. Raz po raz przyłapuję się, że jak rozmawiam w tym czy innym gronie towarzyskim, to muszę się przestawić i zwracać do moich rozmówców jak do dzieci. To znaczy uprościć język, nadawać proste komunikaty, klepać banały. Bo inaczej nie złapię z nimi kontaktu. A przy tym sam nie uważam się za przesadnie bystrego…
Na zajęciach, zwłaszcza ze studentami zaocznymi, którzy mają już swoje lata i swoje przyzwyczajenia, nigdy nikomu nie zwracam uwagi, by odłożył smartfona, nie błądził po necie, nie pisał SMS-ów, nie sprawdzał wiadomości na fejsie. A telefonem podczas moich zajęć w sposób mniej lub bardziej zakamuflowany bawią się wszyscy. Nie zwracam uwagi z prostego powodu: wiem, jaka by to była dla niego tortura, gdyby musiał się przez półtora godziny skupić na jednym poważniejszym temacie. To tak, jak by dziecku zabrać grzechotkę i kazać się patrzeć w jeden punkt na ścianie. A przecież staram się mówić przystępnie, prowadzić dyskurs lekko, gdzie tylko się da wykładać anegdotą. Ale i tak, gdyby mieli wysłuchać takiego półtoragodzinnego eseju czy felietonu bez klikania w klawiaturę, to mówiąc językiem młodzieży – łeb by im urwało.
Ten sam temat. Newsweek, dziennikarz w tonie oskarżycielskim zadaje pytanie na temat zaniku czytelnictwa: „W Polsce nikt jeszcze nie uwolnił Siwka z pokładu Idy? Dzieciaki zmuszane są do czytania nudnych, kanonicznych klasyków?”
No tak, jego chyba jednak też nikt nie zmusił do „czytania klasyków”. Bo na „pokładzie Idy” pracował nie Siwek, lecz Łysek…
Zainteresowała mnie wiadomość z moich stron o charakterze internacjonalnym: „Podhalańczyk z Rzeszowa znieważył Portugalczyka?”
Poszło o to, że pewien portugalski uczeń w ramach wymiany z Erasmusa został (rzekomo) zaatakowany w rzeszowskim hotelu przez rasistowsko nastawionego polskiego wojskowego z jednostki podhalańskiej. Ten zawodowy wojskowy liczy sobie wprawdzie już 38 lat, ale za to dosłużył się stopnia starszego szeregowego…
To ja może w tym miejscu przytoczę tekst piosenki z Kabaretu Starszych Panów o pewnym niegodziwym Portugalczyku. Tekst, którego starszy szeregowy zapewne nie przeczytał:
„W tym ogrodzie za Książęcą
zmącił duszę mą dziewczęcą.
Potem ciało
zawiódł śmiało
na Frascati.
Tam, gdy z radia płynął walczyk,
wykorzystał Portugalczyk
mnie ze szczętem.
Kto? Vincente
Osculati.
A kiedy wschód
zaczął ciut
złocić kwiaty,
powiedział mnie
twardo, że
„Ne zaplati”.
Tak bezlitośnie tym zdaniem mnie zranił,
że nagle serce uwięzło mi w krtani!
Za oknem wiew
powiał z drzew
na Frascati:
„Osculati! Osculati!”
A kiedy wstałam i wyszłam bez słowa,
nie wyszedł za mną, nie dofinansował!
I nigdy nie
ujrzy mnie
z nim już Spatif!
Osculati! Osculati!
Portugalczyku, jak nóż
bezlitosny!
Naciąłeś dziewcząt jak róż
w kraju sosny,
że tylko szept z tobą szedł słów jak liści:
„Nie uiści!… Nie uiści!…”
Odsłuchane przed snem: Agata Christie „Karaibska tajemnica”. Motywy zbrodni z grubsza te same. Pewien sprytny facet rozgląda się za kobitkami, którą są mało rozgarnięte albo prezentują typ starej panny bez widoków na zamążpójście, ale mają odłożone trochę zaskórniaków. A potem tak kombinuje, żeby popchnąć je do samobójstwa i odziedziczyć spadek. Nie jest to, zdaje się, tylko angielska specjalność.:
