Archiwum miesiąca: listopad 2014

Rozszumiały się wierzby płaczące…

Dzisiejszy marsz wypadł jak czołówka starego serialu. Polskie drogi:

Flesz telewizyjny: „Za chwilę w Polsacie >>Zdrady<<. Po nich >>Przyjaciółki<<”.

Na portalu wawalove.pl napisałem: „Wolałbym być słupem ogłoszeniowym na skrzyżowaniu Świętokrzyskiej i Marszałkowskiej niż wojewodą podkarpackim”. Niektórzy internauci nie rozumieją, o co chodzi.

Agnieszka Osiecka, Czytadła. Gawędy o lekturach, Prószyński i S-ka 2014

Dobroczyńca  na  przykład  mówi,  że  lubi  mieszkać  sam,  ale  kiedy  wychodzi,  zostawia włączony komputer. Dzięki temu kiedy wraca, zastaje w domu kogoś w rodzaju kota.

A powinnam  wiedzieć!  Powinnam  –  powiadam  –  ponieważ  ja  się  snobuję  na Skamandra.  Notabene  zostałam  za  to  ukarana:  odwiedziła  mnie  pewna  młoda  osoba i oznajmiła, że pisze o mnie magisterium! Natychmiast zaczęłam się mądrzyć i powiedziałam między innymi:  Jako poetka – jestem córką Skamandra. A na to ta mądrala:  A ja myślałam, że pani jest córką pana Osieckiego!

Zauważcie: masa ludzi jakże często powiada, że na Mazurach ciągle pada deszcz. Ale to  nieprawda!  Deszcz  pada  tam  tak  samo  jak  w Warszawie,  czy  w Poznaniu.  Sekret  polega jednak na tym, że na Mazurach deszcz długo wisi w powietrzu. Gnieździ się w koronkowych łapach  sosen,  wozi  się  na  wilgotnych  grzbietach  saren,  dynda  na  strzechach,  migoce  na drutach telegraficznych i w piórach – oczywiście – jaskółek.

Tomaso Albinoni „Oboe Concertos”. Dialoguja ze sobą w krótkich przebiegach obój i orkiestrowe tutti. Jak to w concerto grosso. Z tym, że obój nie gra nigdy sam, zawsze współbrzmi z orkiestrą. To muzyka bardzo energetyczna, pogodna, wręcz entuzjastyczna. Albinoni, jak czytam, miał zwyczaj dedykować swoje dzieła różnym możnym ówczesnych Włoch i Europy, dzięki czemu miał za co żyć:

Itzhak Perlman „The French Album”. Jedna płyta z całej serii dedykowanej wioliniście. Tutaj gra Saint-Saensa, Chausso, Ravela. Utwory wyjątkowo lekkie, ulotne (jak „Tzigane” Ravela). Do nich świetnie pasują miękkie w brzmieniu, lekko zawodzące skrzypce. Słychać coś z muzyki weselnej, trochę klezmerskiego grania. Wrażenie puchu i światła:

Zbieg z Alcatraz / Point Blank

https://www.youtube.com/watch?v=jGCJPWVobDE

 

Lee Marvin (ta surowa twarz)
Angie Dickinson (ten wysoki biust)

Niby tuzinkowa historia: gangster zdradzony przez przyjaciół mści się.
Ale tu wszystko jest w niedopowiedzeniach, w scenach dziwnie zatrzymanych, powtarzanych, mieszanych, które łamią konwencję, spowolniają narrację. A może to wszystko to tylko sen więźnia o zemście – w rzeczywistości niemożliwej?

Równoległa rozmowa na spotkaniu absolwentów i skok na kasę.

Były przyjaciel zaprzedał się Organizacji. A tam jest tak, że wielki drapieżnik zawsze ma nad sobą jeszcze większego drapieżnika.

Scena, kiedy ona tarza się w łóżku na przemian – ujęcie po ujęciu – raz z jednym raz z drugim kochankiem została zreplikowana w „Misiu”.

Zakończenie niejasne, podobnie jak całość, ale tak powinno być.

Zbieg z Alcatraz / Point Blank, reż. John Boorman, 1967 filmweb

Po co jest ten miś?

Dziś próbowałem się jakoś odnieść do tego bladego słońca, co to jest, a jakoby go nie było. Efekt, jak samo słońce, mizerny:

Pewna instytucja badająca opinie publiczną, a związana z Radiem M. przeprowadziła prace na temat oglądalności Telewizji Trwam. Wyszło jej, że telewizję tę w miarę regularnie ogląda 10 milionów Polaków. Z komentarza: „Wśród badanych przeważają osoby w wieku dojrzałym oraz kobiety”.

W Poznaniu w uniwersyteckim Collegium Maius zorganizowano wystawę gadżetów pochodzących z kultowych polskich komedii. To pochodzenie jest dość wątpliwe, bo na środku stoi miś jak z filmu Barei. A ten miał sobie zgnić na wolnym powietrzu i miało się spisać protokół zniszczenia (fot. Internet):

Postawiono także PRL-owską budkę telefoniczną. Dorota podeszła do portiera i pyta, czy można zadzwonić. Spodziewała się, że powie coś w stylu: „Ona nieczynna, ta budka…”. A on: „- Już próbowałem. Nie ma sygnału”. No, i cała wystawa na nic.

Koniec słuchania powieści „Krąg” Bernarda Miniera:

Pierwsza Miniera, której słuchałem, „Bielszy odcień śmierci”, była na tyle interesująca, że warto było dać kredyt drugiej. Taki kredyt w moim przypadku oznacza, że będę słuchał o perypetiach komendanta Servaza z Tuluzy przez mniej więcej 120 kilometrów marszu. Nie jest to bowiem literatura, która wymagały absolutnej koncentracji – jak się człowiek gapi na dzięcioły i szyszki, to jeszcze starcza skupienia na treść książki.
Więc: akcja potoczysta, zwroty częste, im bliżej końca tym częstsze. Opowieść prowadzona z kliku punktów widzenia: nie nuży.
Sporo odmieńców: a to półlegalny imigrant, a to lesbijki, a to szemrany detektyw prywatny, a to emerytowany nauczyciel literatury, a to dilerka narkotyków o ksywie Heisenberg. Nawet urozmaicona menażeria.
Minusy te same. Te wszystkie „kilogramy ołowiu w żołądku”, te „igły”, które bohaterów przeszywają w chwili napięcia itd. Co kawałek. To jest po prostu nieznośne. I niewytłumaczalne z przyczyn fizjologicznych. Organizm się przecież dostosowuje i z czasem nie reaguje już po wariacku. Że też wydawca mu tego nie wyperswadował!
No i fakt, że przez całe życie naprawdę ważne jest tylko to, co zdarzyło się w kilkuosobowej grupie rówieśniczej na pierwszym roku studiów. To tak, jak bym ja nie był w stanie obejść się bez kumpli z wojska. Litości!

Do czegoś potrzebna mi książka o polskich aktorkach. Ze zdumieniem stwierdzam na tylnej okładce cytat dotyczący Katarzyny Figury: „Kiedy ona tak przedefilowała kompletnie nago przez ekrany, to my wiedzieliśmy jedno: komuna musi upaść”. Podpisano: Wiesław Kot.
Niby zgadzam się z tym, co tam napisane. Ale gdzie ja to mogłem powiedzieć, gdzie napisać? W ząb nie mogę sobie przypomnieć.
Przypominam sobie za to, że kiedyś mówią mi: „- Stary, Teleexpress podał, że jakiś twój artykuł był użyty na próbnej maturze z polskiego. Jako tekst do skomentowania”. Czytam – rzeczywiście zasób tego, co tam napisane zgadza się z tym, co na ten temat wiem i sądzę. Ale żebym ja to gdzieś napisał? Zero wspomnień.

Agnieszka Osiecka, Czytadła. Gawędy o lekturach, Prószyński i S-ka 2014

Moja pedantyczna  mentalność  wyodrębnia  cztery  typy  mężczyzn  torturowanych  lirycznie  przez poetki: potwór, szaleniec, obojętny i misiaczek.
Potwór  jest  najpopularniejszy.  To  jest  ten,  co  jeszcze  dzisiaj  ma  słoną  skórę,  a już jutro  –  myk,  myk.  Wielbicielka  potwora  jest  zazwyczaj  masochistką  i petentką.  Niżej podpisana  ma  wielkie  zasługi  na  tym  polu.  Tak  się  na  przykład  kiedyś  pisało:  Tkwić  przy tobie  w szarej  sukience  i podziwiać,  jak  oddychasz!  Dopiero  niedawno  rodzina  mi powiedziała: „Agnieszka – czy to był jakiś astmatyk?”.
Szaleniec  to  jest  ten  typ,  co  znika,  potem  rżnie  sobie  żyły,  a potem  pojawia  się z Tamtą Drugą.
Obojętny to  wiadomo.  Dla niego pisze się:   Rzuć choćby szyszką w moją stronę i tak dalej.
Misiaczek  ma  najgorzej:  poetessa  daje  mu  do  zrozumienia,  że  nie  nudzi  się  z nim w łóżku, ale rano nie ma z kim pogadać na taki temat, czy wszechświat jest rurą.

Kępiński  powiada,  że  w społeczeństwie  naszym  królują  dwa  podstawowe  typy:  historyczny i psychasteniczny.  Pierwszy  typ  reprezentuje  polski  szlagon  („zastaw  się,  a postaw  się”), drugi  –  polski  kmiotek  („człowiek  cichy,  pokornego  serca”).  W postaci  czystej  oba  typy zanikły  wprawdzie,  na  każdym  kroku  spotyka  się  dwie  postawy:  szlachecką  fanfaronadę i kmiecą pilność.

Jednak  szkoła  to  jest  coś  strasznego.  I przygnębiająca  jest  ciemnota  takich  tytułów, w których od razu zawarta jest  odpowiedź. Kościuszko jako bohater narodowy, Sienkiewicz jako  mistrz  języka.  Fredro  –  klasyk  humoru.  A jeżeli  biedne  ucznisko  jest  urodzonym pacyfistą i programowo nie znosi wszelkich bohaterów narodowych? Jeżeli Zagłobę uważa za irytującego  gamonia,  a Fredrzynego  Cześnika  boi  się  po  prostu,  to  co?  To  nic.  Nie  może pisnąć nic po swojemu, tylko musi się usztuczniać i duchowo barykadować, jakby się nic od czasu  Ferdydurke nie zmieniło.

I żeby jeszcze paź królowej wpadł przez okno.  

Glenn Gould, J.S.Bach „The Well Tempered Clavier” (1963 – nagranie). Trudno powiedzieć laikowi, na czym polega wyjątkowość tej interpretacji. Może na wyjątkowym spokoju? A może to tylko kwestia nastroju, sugestii? Cóż, wielu rzeczy słuchamy pod terrorem opinii, nie rozumiejąc zupełnie na czym polega muzyczna niezwykłość nagrania. Te wszystkie rekomendacje próbuję traktować jako faktor wstępny, niekonieczny. Bo co mi z tego, że słucham dzieła genialnego, skoro nic z niego nie rozumiem?:

Śmierć pięknych saren / Smrt krásných srnců

 

Według prozy Oty Pavela. Po prostu żywioł czeski.

Motyw – uwielbienie pewnego praskiego Żyda dla saren.
Lata międzywojenne. Bohater jest komiwojażerem. Sprzedaje odkurzacze i lodówki. Problem w tym, że próbuje sprzedać odkurzacz na wsi.
Szczęście mu dopisuje. Cóż z tego skoro kupuje wymarzony staw, w którym jednak jest tylko jeden karp.
Wreszcie zostaje sprzedawcą roku. Całus od prezesowej i wieniec z rury odkurzacza. „- Moją chlubą jest to, że sprzedałem odkurzacz nauczycielowi, w którego jako uczeń rzuciłem kałamarzem.”
Słynny malarz: „- Przyroda to jeden wielki kicz. Ale jaki piękny!”
Wojna. Proponują mu wyjazd do firmy do Brazylii, ale on nie chce, bo tam tylko piranie.
Zawsze uważał, że zabić sarnę to prawie tak jak zabić człowieka. Podczas wojny zmuszony jest szczuć psa na jelenia, żeby zdobyć mięso dla synów.

Śmierć pięknych saren / Smrt krásných srnců, reż. Karel Kachyna, 1986 filmweb

Papież pod szkłem

W Święto Niepodległości wyjechaliśmy ot tak, aby nie zgnuśnieć całkiem. Przypadek chciał, iż na prawdziwy przejaw polskości trafiliśmy na rynku Stęszewa, niewielkiego miasteczka wielkopolskiego. Wmurowano tam w grunt następującą tablicę pamiątkową:

Wyobraźmy to sobie. Jest rok 1848. Nad rozdartą Polską – mimo ruchawek związanych z Wiosną Ludów – krzepko dzierżą władzę trzy potężne armie ówczesnych supermocarstw. W tej sytuacji na rynku w Stęszewie zjawia się grono panów, którzy ogłaszają wolność nie dla Stęszewa, nie dla Wielkopolski, tylko od razu dla całej Polski. Tylko zaborcy – psiajuchy! – nie chcieli ich posłuchać.
Niewiele bardziej polskich gestów zdarzyło mi się spotkać.

W wielkopolskich Głuchowie (wioska w stronę Kościana) przy kościele postumenty treści religijnej:

Proszę zwrócić uwagę, że są w swego rodzaju akwariach, w szklanych opakowaniach. Bo Wielkopolanin jak kupuje telefon komórkowy, to nie odlepia z niego powłoki plastikowej: czeka aż zetrze się sama. Nowe dywany długo spoczywają pod folią, serwety na stołach też: przecież kawa się może wylać. Gdyby Świebodzin leżał w Wielkopolsce, tamtejszy Chrystus też byłby pod szkłem.

I pogłębiona refleksja na widok nagrobka na cmentarzu w Lubaszu:

Ten oto obywatel ziemski nie dożył XX wieku. Zabrakło zaledwie trzech dni. Ale jeżeli spojrzeć na to stulecie, to może i dobrze się stało. Z drugiej strony: nie dożył też samochodu, samolotu, radia, filmu, McDonald’sa, telewizora, komputera i Internetu.
Ciekaw jestem, czego ja nie dożyję. Niestety, nigdy się nie dowiem.

Wzięta z któregoś kościoła gazeta Dobre Nowiny jest w całości poświęcona bł. Karolinie Kózkównie i filmowi o niej pt. „Karolina”. O swym udziale w filmie mówią aktorzy. Maciej Słota: „Gram w tym filmie z kilku powodów. Pierwszy to taki, że zaproponowano mi grę w nim…”

Bezinteresowne piękno – lew na elewacji kamienicy w Czarnkowie:

Wyrwane z kontekstu, ale urocze.
Agnieszka Osiecka, Czytadła. Gawędy o lekturach, Prószyński i S-ka 2014:

  • Wniosek jest więc prosty: raz jest tak, a raz tak.
  • To jest idealna książka na dłuższą grypę. To znaczy: na początku grypy człowiek myśli, że poczyta sobie, aż mu  spadnie  gorączka,  a potem  kupi  sobie  coś  innego.  Potem  jednak  gorączka  spada, a człowiek  dalej  leży  i czyta.
  • Poza  tym,  co  to  właściwie  jest  znajomość?  Koktajlowe  pitu  pitu  czy  głębsze porozumienie  dusz  połączone  ze  wspólnym  wyjazdem  do  Rabki?
  • Ciekawe, co by robiły zwierzęta, gdyby miały pieniądze?
  • Są przecie tacy ludzie, którzy nie chodzą do cyrku, nie lubią burzy, posiadają cztery parasole i są ubezpieczeni na życie (ha, ha, ha!).
  • Wilt  to  wyrafinowany  typ  angielskiego  okularnika.  Na  każde  pytanie  ma  tysiąc odpowiedzi  albo  nie  ma  żadnej.
  • Podobno słowiki  śpiewają na skutek potwornego bólu  gardła.
  • Miłość jest wtedy, kiedy spotyka się dwoje ludzi z taką samą nerwicą. /cytat/

Peter Cincotti „Metropolis” (2012). To już piąta płyta wokalisty pop-rockowego, który kiedyś miał skłonności do jazzu, ale już się wyleczył. Teraz śpiewa piosenkę za piosenką, wszystkie w równym rytmie, dość podobne. I jakoś nic z tego nie chce się zahaczyć w pamięci:

Ennio Morricone „The Mission” (2004 – premiera CD). Ta muzyka płynie ponad czasem. Ogromne wrażenie robiła już w trakcie oglądania filmu Rolanda Joffe. Później doskonale dawała sobie radę bez tamtego obrazu. Połączenie indiańskich bębnów, śpiewu kościelnego i klarnetu z filharmonii! A ten obsesyjny motyw na klarnecie może się przyśnić:

Noc i ciemność / Endless Night

 

Według znanej powieści A. Christie. Czytałem ze dwa razy, ale nic nie pamiętam. Poza dwuwersem:
„- Jedni się rodzą dla radości
Inni dla nocy i ciemności…”

Julia McKenzie jako panna Marple.

„- Przepraszam, madame…
– Proszę nie dodawać >>madame<<…”

Stara cygańska klątwa, która wisi nad posiadłością w Anglii. Dziedziczka ginie w niewyjaśnionych okolicznościach. Cygańska wiedźma.
Panna Marle w nic się nie miesza. Obserwuje i wyciąga wnioski z drobiazgów, które innym umykają.
Stara zasada: „Bardzo dużo można zobaczyć, jeżeli się patrzy”.
Mordercy zwidują się jego ofiary. Nie jest pewien czy to omamy, czy żywi ludzie. Makbet?

Noc i ciemność / Endless Night, Reż. David Moore, 2013 filmweb